dzicz 2014Uch, co to był za koncert. A ile na niego czekałem, odliczając dni i godziny. W sumie wyprawa była prawie na dwa dni, no bo jak inaczej – do Warszawy śmiga się z Rzeszowa pięć godzin, a i połączenia nienajlepsze są. Al chuj, metal to piekło i walka, więc załadowaliśmy się do polskiego busa i wyruszyli naprzeciw przygodzie. Wspomagała mnie i Pathologista przy tym Wiśniówka Lubelska, co lepi się okrutnie, hehe…Ale jak Dzicz to Dzicz.

Do stolicy dotarliśmy około 17, no ale jeszcze trzeba było zlokalizować klub Hydrozagadka, w którym cała impreza miała miejsce. Dostać się tam można było tramwajem, który jeździł według sobie tylko znanych zasad i prawideł. Ale bonusowo zawierał jakiegoś ciapatego pana, który z kubeczkiem w dłoni wyśpiewywał jakieś hinduskie inkantacje. Chuj wi, może usłyszymy je na kolejnym krążku Cult of Fire, heh? Pożyjemy, zobaczymy. Po wyjściu z tramwaju (ta przejażdżka dla części z nas wyszła dość drogo, no ale życie to kurwa jak wiadomo) dotarliśmy na ulicę, przy której miała znajdować się Hydrozagadka. Zagadką to dla nas było oznaczenie budynków, no ale jakaś miła pani nas poratowała i trafiliśmy do punktu docelowego.

Na miejscu przywitał nas Mintaj – ciepłym słowem i akredytacją poniżej 100 kilogramów. Uff, udało się, nie trzeba było dopłacać. A z akredytacją mieliśmy możliwość obejrzenia całego koncertu, z możliwością wyjścia na ćmika. Więc był to BDB interes. Rzuciliśmy też okiem na merch, dość ciekawy, ale wielkich zakupów nie zrobiłem. Ale już za momencik udałem się pod scenę, bo deski przejęła we władanie One Man Army of Doom, czyli Rogi. Cholernie byłem ciekaw, jak to wypadnie, zwłaszcza, że Propaganda Chaosu promuje twórczość tegoż zespołu jak może. I co? I bardzo dobrze. Przede wszystkim – pierwszy raz widziałem kogoś, kto równocześnie gra na gitarze, perkusji i drze ryja. Pewnie gdyby to miały być to mega połamane partie, byłoby trudno. Ale doom metal proponowany przez Bartka szczęśliwie obronił się w jego wykonaniu znakomicie. Zaczęło się od „Gość w dom – bóg won” i faktycznie – w Hydrozagadce boga się nie uświadczyło, ale to tak notabene. Rogi zgromadziły pod sceną sporo osób – w większości wszyscy byli zapewne zaciekawieni, jak to wypadnie. Ale po reakcjach – podobało się. Oczywiście moshu nie było, raczej skupienie, ale przecież taka muzyka – dzikie uderzenia w perkusję, transowe riffy… Tutaj główną rolę gra przede wszystkim klimat. I sample – idealnie pasujące, tworzące niesamowitą atmosferę. Zwisające rogi i czerwona, twinpeaksowa kotara… Świetny, naprawdę świetny koncert. W ogóle wielki szacun dla Mintaja, że na tę trasę zaprosił Rogi, przecież można było iść na łatwiznę, hehe!

15811383951_afddda578a_oPo Rogach przyszła pora na chwilę oddechu – więc piwko w dłoń i poszwędanie się po klubie. Akredytacja szczęśliwie obejmowała możliwość obejrzenia koncertu, ale też korzystania z innych usług Hydrozagadki, jak toaleta lub nawet obserwowanie publiczności. A powiem Wam, że ta w Warszawie była dość dziwna. Sporo wychudłych hipsterów, moc typowych kuców, co to brykały sobie wesoło a bezmyślnie. Kilku znajomych płci obojga. Starszy pan. No. Ale odbiegam od tematu, a na scenie już instalował się Thy Worshiper (kolejni promowani gdzie się da i gdzie się nie da przez Propagadę Chaosu, hehe). Ja wiem, że sporo osób ma z nimi problem, bo muzyka nie jest oczywista, image też nie jest stylizowany na to co obecnie modne. Do tego kobiece wokale i dziwne instrumentarium – normalnie prawidzwy metalowiec gardzić winien. Ale ja ich łykam bez przepitki i mam resztę w dupie. Scena wydawała się na nich trochę mała – wszak znalazło się na niej sześć osób. Zaczęli od dwóch numerów z przegenialnego „Czarna Dzika Czerwień”… i rozczarowanie. Nie, nie muzyką – brzmieniem! Kurwa, naprawdę mało co było słychać, wokale Anny chwilami niknące, gitara Dariusza albo niesłyszalna, albo – gdy traktował ją smyczkiem – bucząca jak skurwysyn. Czasem się wszystko poprawiało i wtedy faktycznie było cacy – a dobre brzmienie tutaj to podstawa. Muzycznie jednak Thy Worshiper wypadł znakomicie, gdy dało się coś usłyszeć to przekonywałem się, że materiał odegrany został niemal tak samo jak na płytach. Ich specyficzny black metal na koncertah wypada wyśmienicie, gama wykorzystanych instrumentów wzbogacała przekaz – jakieś szamańskie bębny, digeridoo i inne takie. Ale była to moc, naprawdę! Zespół na scenie daje z siebie wszystko – to widać na pierwszy rzut oka. Niestety Thy Worshiper (zresztą pozostałe kapele też) musiał skrócić swój set, bo czas dla Dziczy był w tym klubie ograniczony – o 23 rozpoczynała się dyskoteka, hehe. Dlatego zagrali chyba tylko pięć albo sześć utworów. Żałuję cholernie, że sound im szwankował, bo o ile wiem, w innych miastach było lepiej. Liczę, że nadrobią przy okazji – najlepiej w Rzeszowie, wszak obecnie dwie osoby terminowały w Misterii.

15814831682_daa74b3d2d_oNo i kapela numer trzy. Szkoda, że jechałem nie znając najnowszej płyty zespołu, ale cóż zrobić. Tak, mowa o Witchmaster. Wielkim Witchmaster! Dawno ich nie widziałem – kilka lat chyba. No i przyjechali. W Warszawie scenografia pozbawiona była drutu kolczastego, który to ponoć sprawił komuś przyjemność w Lublinie, hehe. Była czaszka i w sumie więcej nie trzeba było – resztę zrobiła muzyka. Zaczęli chyba od numerów z nowego albumu, którego jak już powiedziałem – nie słyszałem jeszcze. Chyba w dwóch sztukach. Ja pierdolę, chyba ich występ był kwintesencją tej „Dziczy” – na scenie napierdol był niesamowity. Bastis wyrzygiwał swoją niechęć do wszystkiego co żywe lub święte, z tradycyjnym już opętaniem w ślepiach. Ja też już nie mogłem wytrzymać i uwolniłem wewnętrznego berserka, haha. Choć młyn był cieniutki, w większości składał się z kuców poniżej 50 kilo – to naprawdę jest żenujące, jak ktoś do Ciebie podbija i krzyczy „ej, nie pchaj mnie jak skaczę, bo mam okulary”… No kurwa, dla nich zadedykował bym „Road to Treblinka” i byłby spokój. A poza tym kawałkiem przyjebali jeszcze innymi wykurwistymi numerami – „Truzicna”, „Black Bondage Flagelation”, „Satanic Metal Attack”, „Fuck Off And Die!”i innymi kawałkami, które wyzwalały we mnie rzadko używane pokłady agresji… Ogień ze sceny, istny ogień – Witchmaster to istna maszyna niszcząca ludzkie truchła i plującymi w ich ścierwa smołą. Koncert nie miał słabego momentu, istny dziki rozpierdol od początku do końca. Kocham. Bezgranicznie. Fuck Off & Die, kurwy.

Po Witchmaster byłem już trochę wyjebany, więc Furię obejrzałem z odległości, zwłaszcza że nie chciało mi się wpychać pod scenę, gdzie było tłoczno jak na wyprzedaży crocsków w Lidlu. Nowy krążek znam tylko we fragmentach, ale szczęśliwie kapela zagrała sporo starszych numerów. Takich furiatycznych evergreenów – „Płoń”, „Idzie Zima”, „Kosi ta Śmierć” – w chuj dobrze wypadły. Ale przyznam, że już trochę mniej podczas tego koncertu skupiłem się na obserwacji samej muzyki i zespołu, bo w międzyczasie jeszcze trochę ploteczek i tak dalej się pouskuteczniało. Co by jednak nie mówić o Furii, kapela wie jak chwycić publikę za jaja… No, chyba że to fanki, których nie brakowało – wówczas za coś innego pewnie złapali. Ale ponoć nawet i oni musieli skrócić swój set – szkoda. Może nawet zobaczyłbym więcej z ich koncertu. Ale co tam, tak czy siak było przednio.

15814831542_1a89f13417_oJako, że koncert skończył się jak już powiedziałem – przed czasem, a my z Pathologistem nie byliśmy przygotowani na taki obrót sprawy i zaklepaliśmy sobie busa dopiero na 5 rano musileiśmy się przeszwendać. Posadziliśmy na chwilę dupki ze znajomymi, potem zmieniliśmy knajpkę na jakiś bar obok, tam machnęli browarka, następnie uderzyli do MacDonalda na podwójną McFurię z HappyNihilem, hehe. I na browarka. I jeszcze jednego. Pobujaliśmy się warszawską komunikacją miejską. I dotarli na dworzec, więc zadowoleni z tego faktu wypiliśmy browarka. Kurwa, jak ja lubię te wypady, haha! O 5 nad ranem zapakowali się do busa i zasnęli snem sprawiedliwych metaluszków.

Ogólnie – już się nie mogę doczekać następnej takiej trasy. Wszystkie zespoły rozjebały, nawet pomimo, że Furii widziałem najmniej. Bardzo dobry koncert, pod względem artystycznym, towarzyskim, a także piciów. Niech żałuje kto olał. Rzekłem.

Zdjęcia wrzucimy jak dostaniemy. Hails.