Do Diabła z Wami 2019: In Twilight’s Embrace, Truchło Strzygi, Ur; Rzeszów, Klub Vinyl; 24.02.2019

Uroczo się składa, że ostatnie trasy organizowane przez Left Hand Sounds zahaczają jednak o tak głęboką prowincję jak Rzeszów. Dzięki temu w Polsce C można obejrzeć niezłe przedstawienia. Tak jak to, które odbyło się w ostatnią niedzielę w Klubie Vinyl. A już była obawa, że chuj z tego będzie. I jak to czasem w Rzeszowie bywa – żadne tam siły nadprzyrodzone tylko najzwyklejsza rura jebnęła i podtopiła klub. Ale szczęśliwie wsio wyszło dobrze, choć Mintaj może pomyśleć nad braniem w trasę własnego hydraulika, tak na wszelki wypadek, w przyszłości, heh…

Co prawda niedziela nie należy do najbardziej rozrywkowych dni tygodnia, szczególnie jeśli ktoś w poniedziałek musi wstać o szóstej rano. Ale pomimo tego faktu na ostatnim koncercie w ramach trasy Do Diabła z Wami nie wypadało się nie stawić. Szczególnie, że nie stawiłem się, z przyczyn obiektywnych, na wcześniejszym koncercie w Vinylu meksykańskiego Into Sickiness.

Tak więc, gdy większość z Rzeszowian zgromadziła się w niedzielny wieczór oglądać „Taniec z Gwiazdami”, czy inne gówno, garstka napaleńców wbiła do klubu na dzikie harce. Pierwsze co nas uderzyło na wejściu: czy Mintaj i zespoły przywieźli swoich maniaków? Bo osób z Rzeszowa to było może z dwadzieścia z hakiem, a reszta to całkowicie nieznane mi osoby. Fajnie, bardzo fajnie. Szczególnie, że nie było nas wcale tak mało. Szybki rzut oka na stragany, przywitanie się z szanownym panem Wydawcą Roku, następnie poszwędaliśmy się chwilę po klubie i hyc pod scenę – bo na niej instalował się Ur.

No jakoś ta kapela do mnie nie trafia. W każdym razie z płyt. Ciekaw więc byłem koncertu, bo czasem to jednak fajnie żre na żywo coś, co z płyty nie koniecznie podbija serce. No i zaczęli, przeleciały dwa pierwsze numery, potem trzeci… No nie jest źle, słychać w tym trochę Paradise Lost, trochę Primordial. Wokalista ma niezły głos, do tego koncertowo nieźle mu te czystsze partie wychodziły. Ale czwarty numer i już jakoś nie miałem ochoty dłużej słuchać kapeli z Leszna. Poza tym przed koncertem wbiłem na siłkę gdzie wyjebałem dwa litry wody i cały czas ją wysikiwałem (tak, generalnie piwo wcale nie pomagało). Więc jak poszedłem po raz kolejny do kibla i zahaczyłem o bar to już tam zostałem. Potem gadałem ze znajomymi i większość z nich miała podobne odczucia. Więc to nie tylko ze mną jest coś nie tak.

Po Ur tradycyjnie trzeba było odwiedzić palarnię (tak, nie palę i nigdy nie paliłem), skoczyć po browarka i grzecznie czekać na recital Truchła Strzygi, prowadząc dość niezobowiązujące rozmowy. Ale w którymś momencie należało je przerwać, bowiem z sali dobiegły pierwsze dźwięki. W te pędy więc udałem się pod scenę. Powiem tak – wiem, że wiele osób jedzie po Truchle Strzygi zarzucając im wszystko co na scenie najgorsze, aż po obelgę najwyższego kalibru, zaraz po zaklasyfikowaniu ich matek do kobiet oddających się za pieniądze – czyli pozerstwo. Nie wiem, nie znam chłopaków osobiście. Ale powiem, że obydwa ich materiały które mam w posiadaniu mnie kupują. A że cieszą się wyjątkową estymą wśród młodszych oldschoolowców (czaicie ten kurwa oksymoron?) to już pewnie nie ich wina.

No dobra, wjechali. Wiosłowi w maskach pegazkach, perkusista w ciemnych okularach, zaś wokalista… Wokalista jest jebnięty. Chłopaczek napierdalał po scenie jak króliczek Duracella po zwarciu baterii. Do tego miał śmieszne spodenki jak z wuefu, ale ma też moje propsy za naszywkę At War. No dobra, kolesie naprawdę dawali radę, choć nie mieli siatki przed sceną jak na wcześniejszych sztukach, ani trumny… Uchowały się jakieś łańcuchy pozwieszane z sufitu na których od czasu do czasu podwieszał się wspomniany wokalista. Ze sceny buchała w każdym razie tak totalnie pojebana energia, że podnosiłem szczękę z podłogi. Z drugiej strony nie nazwę tego inaczej niż teatrzykiem, metalową operą żebraczą… I chuj, ja to kupuję.

Brakło mi co prawda „Busoli do Nikąd” (tak mi się zdaje), ale i tak było totalnie dobrze – cała najnowsza EPka plus sporo z debiutu. Pod koniec na scenę wtargnęli bracia Łakomi (kurwa, jak źle odmieniam to przepraszam), ażeby odśpiewać „Jasną Pustkę” wraz z kapelą. Pod sceną rozkręcił się trochę młyn, więc musiało być dobrze. Aha, jeszcze jedno – jeśli jesteś najebany i można Tobą rzucać jak szmatą do podłogi, to poproś swoją kobietę, by nie stawała w Twojej obronie po każdym takim akcie, bo to jednak trochę wstyd… Dobra, nieważne, to był naprawdę wyśmienity gig, w chuju mam opinie innych (a jak ktoś ma wątpliwości czy Truchło Strzygi jest fajne czy nie, to wyciągam asa z rękawa – fanpejdż Kleryków napisał, że jest fajne, koniec kropka, argument ostateczny, po makale).

Piwko dla ochłody, wymiana poglądów ze znajomymi na temat dopiero co zakończonej sztuki (wszystkim się podobało, wszyscy stwierdzili, że teatrzyk w chuj i zarazem wszyscy stwierdzili, że im to nie przeszkadza) i oczekiwanie na ostatnią sztukę tego wieczoru. In Twilight’s Embrace – ostatni raz widziałem ich rok i kilka dni temu, więc w sumie nie tak dawno. Ale dobrego nigdy za wiele. W porównaniu do tego co widziałem na fotkach z poprzednich koncertów w Rzeszowie wystrój sceniczny był trochę skromniejszy i ograniczył się do gustownych wiązanek pogrzebowych. Się zaczęło. In Twilight’s Embrace weszło na scenie w poświacie niebieskiego światła i rozpoczęło gig.

Klasa, chłopaki są już naprawdę otrzaskaną scenicznie grupą koncertową. Cyprian jest świetnym frontmanem, zajebiście operuje wokalem nie tylko w studio, ale i na scenie. Odegrali chyba cały najnowszy album „Lawa” co osobiście mnie ucieszyło, bo to bardzo dobry krążek. Pod koniec na scenę wbili muzycy z pozostałych kapel, ażeby uczcić finisz całej trasy. No chuj, wracałem do domu śmierdzący piwskiem, wracałem śmierdzący wódką i tanim winem. Szampanem jeszcze mi się nie zdarzyło, heh… Może ktoś powie, że to wioska takie fetowanie, ale z drugiej strony nawet wśród publiczności można mieć wówczas świadomość, że brało się udział w czymś wyjątkowym. Po zakończeniu setu Poznaniacy zeszli ze sceny, ale powrócili po chwili, by odegrać dwa starsze numery oraz cover. Nie, nie Armia. Przyznam że nie poznałem co to poszło, po koncercie doniesiono mi, iż była to przeróbka Analogs. Może, nie znam. Ale z tego miejsca apeluję – na kolejnym koncercie przeróbkę Siekiery bym chciał najbardziej usłyszeć. Z góry dziękuję.

Tak, taki to był uroczy koniec. W międzyczasie zarówno Ef jak i Pathologist ulotnili się iście po angielsku. Cóż więc miałem zrobić sam jak palec drwala? Ano pewnie, że zamówić sobie jeszcze jedno piwko, wszak jeszcze młoda była to noc. Akurat styknęło mi ono na wieczorne Polaków rozmowy. Było naprawdę nieźle i liczę na kolejne tak fajne trasy.

Autor

10683 tekstów dla Chaos Vault

Sarkazm mu ojcem, ironia matką i jak większość bękartów jest nielubiany. W życiu nie trzymał instrumentu w ręku, więc teraz wyżywa się na muzykach. W obiektywizm recenzencki wierzy w takim samym stopniu jak we wniebowstąpienie, świętych obcowanie i grzechów odpuszczenie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *