Disloyal, Insidius; Rzeszów, Klub Vinyl; 09.01.2020

Pierwszy koncert roku bastardziego 2020 już za mną. Tym razem był to totalnie niezobowiązujący wypad – szczerze mówiąc nawet nie wiedziałem czy wybierać się czy nie. Ale gdy się zastanowiłem, stwierdziłem, że no kurwa, a czemu by nie?

Bo podejrzewałem, że na Disloyal i Insidius, to ludzie jakoś tłumnie w Rzeszowie walić nie będą. A myliłem się. Jak wparowałem do klubu gdzieś przed 20:00 to poza uśmiechniętą gębą Gumy z Cerebrum na bramce zobaczyłem jeszcze kilka innych mord. Ostatecznie było pewnie z czterdzieści osób. Biorąc pod uwagę, że to był czwartek, do tego zespoły raczej znane tylko kilku osobom – tragedii nie było.

Przeszwędałem się przez Vinyl, ale znajomych zaledwie kilka osób. Rzut oka na merch – w sumie fajny, jakbym był fanem obydwu grup, pewnie byłbym zadowolony i wyszedł z naręczem koszulek. No ale nie jestem, aż takim maniakiem, więc mój portfel odetchnął. W międzyczasie do klubu wbiła moja grupa pod wezwaniem, więc z browarkiem rozpoczęły się dywagacje na tematy życiowe i nie tak do końca życiowe.

Tutaj nadmienię, że sam do końca nie sprawdziłem w końcu kto gra, kiedy gra i ile kapel będzie. Wydawało mi się, że dwa zespoły to trochę mało i coś tam dobiorą może. Do tego, nie wiem dlaczego, myślałem, że Insidius zagra wcześniej, Disloyal później. Wszystko mi się czyli pojebało i oglądając pierwszy koncert miałem wrażenie, że to nie ten zespół, i w ogóle jeszcze nawet ani Disloyal ani Insidius. Ale się myliłem. Na deskach pięciu kolesi w tym jeden to nawet miał ubraną koloratkę. W sumie, nie jest to nic odkrywczego, choćby Embrional tak sobie pogrywało swego czasu. Ale spoko, nie czepiam się. Disloyal pamiętam głównie z płyty „The Kingdom of Plague”, jaką wydali nakładem Redrum666 Records. Pamiętam, że była spoko. A koncert… w sumie też był spoko. Jeśli ktoś nie czai tej nazwy – Disloyal już niemal ćwierć wieku gra sobie death metal, który nazwałbym polskim death metalem. Czyli jest fajnie, szybko, mocno, ale ni cholery nie wpada to w głowę. Na koncercie jakoś dawało radę – choć to odwracanie się plecami do publiki przed każdym utworem to trochę przesadzone – ja jestem prosty chłopak i stawiałbym raczej na jebnięcie, bo wiem, że i tu Disloyal ma co pokazać. Gdzieś mnie więcej w połowie kapela zagrała cover „Wings” zespołu na V. No akurat to jest chyba moja ulubiona wiwczarkowa płyta, więc ja miałem dobrze. Ale naszła mnie myśl – dlaczego oni grają całkiem nowy numer Vader, a jakieś chude dzieciaki skaczą przy tym (moshem nie nazwę tego co się działo pod sceną)? A potem przebłysk: kurwa, ten numer ma 20 lat, a te dzieciaki pewnie po 16 – 18. Jesteś stary, chuju. A wracając do gigu jednej rzeczy jeszcze nie rozumiem – czy Disloyal ma obcojęzycznego wokalistę, czy się im pojebało że już poza Polską grają? Bo przemawiał do zgromadzonych po angielsku. No nic, będę żył w niewiedzy. Ogólnie rzecz biorąc, Disloyal zagrał spoko, ale nie porwał jakoś wybitnie. Ot, granie do piwka.

No i po Disloyal poszedłem do palarni przesiąknąć trochę fajkami i poczuć się jak prawdziwy metal. Z tego pomieszczenia wywabiło mnie dopiero mocne metalowe granie Insidius. W sumie, nie wiem jak Wy, ale ja ten zespół trochę traktowałem po macoszemu. Niedźwiedzią przysługę zrobił im pan Piotr, zestawiając ich z Mgłą jakiś czas temu i pisząc , że to jest prawdziwy metal, a nie jakieś tam kaptury. I od tego czasu nazwa Insidious kojarzy mi się z tym wyskokiem.

Czy czwartkowy koncert coś zmienił w tym temacie? A powiem Wam, że trochę inaczej na nich popatrzyłem. Jakoś przed gigiem odsłuchałem sobie „Infamii”, czyli drugiego albumu i nieźle żarło. Dawniej pewnie by się znaleźli w Empire Records i byłoby super. A powiem Wam, że na scenie wypadli fajnie, moim zdaniem lepiej niż poprzedzający ich Disloyal. Dobrą robotę robił wokalista – no na solo na gołe klaty z typem bym nie poszedł, nawet jakby było umówione, że nie bijemy po buzi. Ale bili po buzi! Insidius równo skopał te czterdzieści tyłków, które zaszczyciły podwoje klubu Vinyl w ten czwartkowy wieczór. Przyznam, że ich podejście do metalu śmierci jakoś bardziej mi podchodzi. Więcej tu tak zwanej starej szkoły – i to kolejny reprezentant polskiej szkoły death metalu. Ale czy mamy się czego wstydzić? No nie. Insidius brzmi co prawda jakby wyszło spod młota z logiem ”Hertz Sound”, ale ma to swój urok” i po prostu tak się kojarzy. A może zespół tego chce? Nie mnie oceniać. Muzycznie było spoko, konferansjerkę można sobie darować – „zapraszamy bliżej” do małolatów w wieku siedemnastu lat to brzmi jak „Ojciec Wirgiliusz kochał dzieci swoje”…

Dobra, jakbym spędził ten wieczór przy herbacie zamiast na koncercie – plułbym sobie w brodę, ze znów się nie ruszyłem z nory, a mogło być fajnie. Było. Zespoły dały radę, choć bez szału, znajomi byli, piwko było. Miły wieczorny zapychacz.

Autor

12268 tekstów dla Chaos Vault

Sarkazm mu ojcem, ironia matką i jak większość bękartów jest nielubiany. W życiu nie trzymał instrumentu w ręku, więc teraz wyżywa się na muzykach. W obiektywizm recenzencki wierzy w takim samym stopniu jak we wniebowstąpienie, świętych obcowanie i grzechów odpuszczenie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *