destroyer-666Biorąc pod uwagę obfitość środków jakie brały udział w opisywanym wydarzeniu, cnotliwie zaznaczę już na wstępie, że ta relacja nie będzie należeć do najrzetelniejszych. Mimo wszystko, cytując klasyka: „wizje jak ostrza przecinają więzy zwątpienia” już mówię jak było.

Od czasu ostatniej wizyty Deströyer 666 minęło raptem 158 dni- jak dla mnie taką częstotliwość można by utrzymać. Owocem starań organizatorów Into the Abyss Fest stał się zatem kolejny pogrom, który można by streścić ciosem w ryj, ale powolutku, wszystko po kolei.

Jako rasowa reporterka w rejony hołdywoodu naciągnęłam dzień wcześniej. Na miejscu czekał już mój wierny, choć nie tak ordynarny druch. Z Autopsy wiadomo, że szukanie klubu bywa niekiedy problematyczne, ścieżki bywają na tyle kręte, a punkty orientacyjne na tyle podwójne, że należy to robić odpowiednio wcześnie. W podskokach, rozpoczęliśmy zatem research okolicy. Dotarliśmy nawet pod kościół, gdzie przywitał nas chłop w sukience, któremu wyraźnie połechtał ego fakt, że fotografujemy jego przybytek. Z aparycją spłoszonego szopa wypalił z pytaniem czy fotografujemy jego dostojnego kloca do gazetki studenckiej. Całkiem rezolutnie odparliśmy chóralnie, że oczywiście, że zgadza się, że do gazetki! Doprawdy, nie wiem jak można było nie zauważyć odwróconego krzyża na mojej katanie i wystającego z kieszeni jezuska bez rączek pożyczonego z cmentarza obok, ale spoko. W Zabrzu mają widać słabo wyszkoloną kadrę. Biorąc pod uwagę fakt, że pierdnięcie słychać doskonale z jednego końca miasta na drugi, nie mieliśmy większego problemu ze znalezieniem punktu zbytu. Dzień skończył się śmiercią, a następny rozpoczął równie dobrze. Tym razem mieliśmy okazję bliżej przyjrzeć się miastu i jego mieszkańcom. Zabrze – miejsce zapomniane przez wszelki absolut. Ot mieścina pełna starych bab, sebixów i braku perspektyw, pełna ludzi o „urodzie” obok której nie sposób przejść obojętnie. Specyfika lokalizacji osiągnęła apogeum, kiedy minęła nas para karłów. Zdecydowanie polecam to miasto jeśli ktoś jest fanem karłów. Przybierając postawę rasowych hedonistów resztę dnia spędziliśmy na kolejnych rozrywkach. Ogólne rozpasanie.

Pod klub dotarliśmy przyzwoicie przed czasem. Wraz z psycholami znad Rzeszowszczyzny odbębniliśmy ostatnią ze stacji i złożyliśmy wspomnianego już jezuska do grobu – wtajemniczeni wiedzą do jakiego grobu. Kilka miłych uścisków, zakupy, pogaduszki. Jakoś znalazłam się w klubie – do świadomości dotarło wrażenie, że o ile z zewnątrz wydaje się to średnich rozmiarów mordownia, tak wewnątrz- istne stepy akermańskie. Wszystko na swoim miejscu. Merch dopisał, ale starałam się tam nie zapuszczać wziąwszy pod uwagę, że sprawunki miałam już za sobą. Zrzuciłam balast, zatoczyłam się kilkukrotnie, złapałam za aparat i szybciutko pobiegłam focić pierwszych delikwentów – Ragehammer. Nie ma bata żeby ta nazwa, delikatnie rzecz ujmując, nie obiła ci się o uszy. Jeśli chodzi o moje bębenki, to „The Hammer Doctrine” pewnego czasu regularnie pogarsza ich stan. Może nie jestem tak rozentuzjazmowana jak przy demo, może i jestem trochę znudzona i marudna, ale fakt jest faktem, że Ragehammer nie spuszcza z tonu i najlepiej się to objawia na żywo. Tak jak planowałam przystąpiłam do fotografowania, jednak nie potrwało to długo, gdyż rozbestwiona hałastra pozbawiła mnie narzędzia. Szczęśliwie aparat nie ucierpiał, jakoś go wyłowiłam, oddałam w dobre ręce i poszłam czynić dalsze próby przewracania ludzi. Straszna nienawiść. Wracając do ważnych spraw to już od któregoś z kolei, malkontenta słyszę, że wszędzie ostatnio pełno tego Ragehemmer, że już im bokiem wychodzi, że ciągle to samo i że taka częstotliwość gigów nie współgra z podziemnym elitaryzmem. O ile faktycznie odbyło/zapowiada się kilka większych wydarzeń z ich udziałem to zdaje się, że wraz z promocją płyty jest to zupełnie naturalne i umówmy się: kto nie łapie okazji grania przed Toxic Holocaust, Angelcorpse, Destroyer 666 ten Trąbalski. Poza tym zdaje się, że harcowanie w klubach typu Korba zostało już pogrzebane. Wydaje mi się też, że wiem do jakich mniej więcej rozmiarów może dorosnąć ego Ragehemmer i że mimo pewnych zapędów nie grozi im ostateczne splamienie honoru. Gwiazdorka to nie tu. Wracając do tego co się odjebało za ich sprawą na scenie. Pospolite określenia wydają się tu na miejscu: zniszczenie, destrukcja, eksterminacja, śmierć, anihilacja, zagłada, wojna. Pod sceną jak zwykle gnój. Człowiek na człowieku. Powiedziałabym nawet, że Ragehammer stał się ostatnio tak niszczycielski, że strach już przychodzić na ich gigi. Już nie pamiętam, który to raz mam przyjemność brać udział w zabawie pod dowództwem wodzireja Tymka, ale za każdym razem jest takie plucie nienawiścią do człowieka, że chyba nigdy mi się to nie znudzi. A tak stricte muzycznie to trzeba dodać że: bas Corpsebutchera zwyczajnie zaorał, gitara Bestial Avengera wywierciła otwory w mej czaszce a garowy Mortar zmiażdżył kości i zdarł skórę. Po takich zabiegach upiększających wiele ze mnie nie zostało w związku z czym udałam się pod bar. Już się tu nie będę pastwić nad kuluarami.

W każdym razie po kilku mniej czy bardziej jałowych dyskusjach zawinęłam nieco spóźniona pod scenę, gdyż zawsze ceniłam Embrional. Horda, która rok temu odwaliła kawał dobrej roboty i mam tu namyśli oczywiście The Devil Iside. Długo wyczekiwany materiał znakomicie przyjęty przez większość karawaniarskich kundli i co najważniejsze nie ociekający zabiegami marketingowymi, a pewnikiem poziom rzemiosła jaki reprezentują ci panowie (bo to już zdecydowanie nie chłopcy) mógłby wynieść ich na wyżyny swały i chławy. Całkiem dobrze czułam się zatem pod sceną. Jak w domu. Brakowało tylko fotela, bo faktycznie brzmienie wgniatało i momentami chwiałam się już dość niebezpiecznie. Masywność i pewien zimny mrok emanowały z każdej skomplikowanej kompozycji. Z tego co łuskam z pamięci nagłośnienie nie szwankowało, nie zauważyłam żadnych wpadek. W przypadku gliwiczan selektywność wydaje się ważnym czynnikiem i jej również nie brakowało. Przy takiej porcji decybeli, można było rozsmakowywać się w pogmatwanych konstrukcjach niczym Mistrz Masarski w mięsie Bernda Jurgena. Elementami, które nieco psuły mi odbiór były konferansjerka i naświetlenie. Gdyby te dwie rzeczy zredukować, czy nawet się ich pozbyć- było by to bardziej odhumanizowane i zimne –takie jak lubię. Marudzę, ale jako kobieta mam prawo żądać choć odrobiny porządku w chaosie. Mimo to, jakiegoś Diabła można się tam było doszukać. I oby tego zespół muzyczny Embrional się nadal trzymał. Czego i wam życzę.

Opętana przez zło dotrwałam do szczytu rozemocjonowania. Na scenę wkroczyła horda, która ma mocną pozycję w moich statystykach. Streszczę to tak: Diabeł faktycznie może być jednowymiarowy, ale w przypadku Deströyer 666 ma on wiele twarzy i jego psychika dziś, wydaje się już nie tak łatwa w zdefiniowaniu niż na początku istnienia zespołu. Ja tę oczywistość uwielbiam, bo zdecydowanie łykam na raz „Unchain The Wolwes”, „Phoenix Rising” czy „Cold Steel”, natomiast w przypadku dwóch ostatnich krążków nie mam już podobnych uczuć. Przyznam, że ten występ zdecydowanie poczułam niż płytko zobaczyłam i posłuchałam. Przebojowości było w tym wszystkim mniej (mimo, że wiadomix, że darłam na cały ryj „Satanic Speed Metal”). Wszystkie chwytliwe melodyjki nikną za tym co tak naprawdę kryje się za obliczem Deströyer 666. Takie odczucia to oczywiście sprawa indywidualna i można by tu modzić i starać się to ubierać w coraz to ciekawsze sformułowania – język w tym miejscu nie poradzi sobie z zadaniem opisu sytuacji. Kolejny raz dzięki Deströyer 666 spotykam to coś niezdefiniowanego pod sceną i to wcale nie nabiera cech ludzkich i wcale nie jest przyjazne i sama nie wiem czy wyzierało zza moich pleców czy unosiło się nad zespołem. W każdym razie zapach siarki wdzierał się w moje nozdrza jeszcze długo po zajściu.

Koniec.