Deströyer 666, Bölzer, Trepaneringsritualen; Wrocław, Klub Firlej, 11.04.2016

D666_Tourflyer_a5_new D666 logoPo sześciu długich latach niedościgniony Deströyer 666 ponownie zawitał do naszego urokliwego cebulowego zakątka. Jako spora entuzjastka twórczości owej hordy zaraz po wypłynięciu informacji udałam się do punktu handlowego, aby nabyć bilet i z nieukrywaną radością obserwowałam tragedie ludzkie, które rozgrywały się na moich oczach kilka dni przed gigiem (no dobra, nieobecność kilku osób uważam za dziejową niesprawiedliwość). Stosunkowo często miewam tak, że z im większym utęsknieniem czekam na dany ewencik muzyczny, który w moim mniemaniu ma mnie zmieść z powierzchni ziemi, tym większym okazuje się on niewypałem. Szczęśliwie schematy zostały pogwałcone.

Proces przygotowawczy do zajścia zaczął się stosunkowo wczesną pobudką, wyprasowaniem odpowiednio dobranej garderoby, papu w stylu: tak bogato i tłusto, że panie boże umrzyj oraz całą resztą czynności wysoce prozaicznych. Po skumulowaniu się w Rzeszowie grup ChV w składzie: ja, Oracle i Pathologist oraz Excidium: Thot i Cuntreaper wraz z połowicą, wbiliśmy do Polskiego Busa, w którym to rozpoczęły się czynności integracyjne. Całą szóstką oddaliśmy się degustacji słynnego trunku o nieoficjalnej i jakże pomysłowej nazwie Słyżtoszówka, którego zawartość pozwolę sobie ocenić w skali 10 na 10. Tak wybornie rozluźnionym towarzystwem, po sześciu godzinach jazdy, rozpoczęliśmy skomasowany atak na podwodne miasto zwane Breslau. Czas nie naglił, zatem postanowiliśmy wchłonąć plastikowe wytwory kulinarne w przybytku zwanym Mcgówno’s czy coś tam. Po szybkim logowaniu w hostelu udaliśmy się pod klub Firlej. Jako że musiałam trzymać pieczę nad pewną transakcją biletową, postaliśmy dłuższą chwilę pod klubem w oczekiwaniu na wspomniany skrawek papieru, po czym ze stoickim spokojem wjechaliśmy do klubu. Miłe zaskoczenie jeśli chodzi o wnętrze, bo zainwestowano wreszcie w nienarzucające się oświetlenie. Ostatnim razem na Into The Abyss Festival czułam się bardziej jak w chłodni niż przytulnym klubiku. Poza tym z różnorodnością piwerka słabo czyli bez zmian, ale organizatorzy zadbali o atrakcje typu projekcja niemego filmu w jednej z sal czy możność partyjki w Tekkena. Nie rozglądając się dłużej, przezornie i w naturalnym odruchu udałam się pod merch, aby pozbyć się części majątku.

trupcośtamJeszcze miłe ploteczki ze znajomymi twarzami i punktualne zajęłam dogodne stanowisko pod sceną. Ja w szampańskim nastroju, a Pan Thomas Martin Ekelund mniej. Bardzo fajnie, że na początek postanowił zdjąć gustowny sznureczek z węzełkiem, który akurat miał na szyi, bo a nuż by się nam chłop udusił w trakcie performanceu. Taki artysta miał pomysł. Tak sobie wydumał. Nazwa Trepaneringsritualen nic mi wcześniej nie mówiła, ale miałam nosa, że ma to coś wspólnego z trepanacją czaszki w otoczeniu świeczuszek i czaszeczki (tylko jedna była- bieda straszna). Mimo to jakoś specjalnie moich opon mózgowych temu miłemu panu nie udało się otworzyć. Zawsze mi się naiwnie wydaje, że do takiej muzyki potrzeba powiewu, nawet zmyślonej historyjki, o ucieczce z psychiatryka i atakowaniu siekierą małych dziewczynek czy coś… Wyszłam stamtąd ze stanowczo zbyt pozytywnym stosunkiem do świata i ludzi. Nie jestem pewna, czy brak oświetlenia na muzyków był jakimś błędem typa od lampek, czy celowym zabiegiem, ale tu akurat miało tu rację bytu. Kocie ruchy, schodzenie do publiczności i nikłe światło świec wyglądały przy tym ciekawie. Enigmatyczność zawsze na plus. Od czasu do czasu lubię takie basowe samplowania i choć niespecjalne pałam uczuciem do depresyjnych klimatów to od czasu do czasu takie np. Diagnose: Lebensgefahr czy Abruptum zarzucę. Swoją drogą niektóre sample przypominały do złudzenia te od Nattramana. Na szczęście skończyło się to szybko. Wymiana bdb zdań z bdb psiapsiółką Gabrielą, kolejne ciekawe pogaduszki, piwejro i nadszedł czas na danie drugie.

bolzerWeszłam na salę pełna nadziei, że oto za chwil kilka stanę się prochem i odlecę w otchłań zatracenia pod wpływem nieokiełznanej siły Bölzer. Sęk utkwił jednak w brzmieniu. I to, moim zdaniem, dość spory sęk, właściwie drąg wielkości szyny kolejowej, bo naczelnym atutem tej kapeli jest właśnie owo brzmienie. Na moje ucho ukazało się w zjadliwej formie dopiero czwartym lub piątym wałku. Potem było nadal chujowo, ale stabilnie. Bez szaleństw i czekałam już tylko na szlagier „Entranced By The Wolfshook”, który mimo wszystko miło było usłyszeć. Do tego stwierdziłam brak basu i zdecydowanie za dużo perkusji. Ogólnie groch z kapustą. Studyjnie Bolcer to niesztampowy wpierdol, natomiast koncerty robią chyba tylko po to żeby pogłaskać, a nie jebnąć z bańki. Z relacji świadków wiem, że ostatnim razem przed Tryptikonem w Krakowie i na zagranicznych festiwalach też się nie popisali, więc to nie są incydenty. Nie nudziłam się jakoś diabelnie, ale chłopaki powinni coś z tym zrobić albo zostać projektem studyjnym. Klu programu miał jednak dopiero nadejść i trzeba się było do tego przygotować. W tym celu udałam się do latryny. Wspomnień czar i kolejny raz dochodzę do wniosku, że 90% pijanych to tylko zmarnowana protoplazma. Dlaczego zawsze trafiam na momenty, kiedy metalówki w otoczeniu zapachu ekskrementów dyskutują o miłosnych podbojach? Ale może to i faktycznie odpowiednie do tego tematu miejsce. Ganz egal. Grzecznie umyłam rączki jak zwykle śpiewając „Wlazł kotek” i dałam dyla. Tym razem się zagadałam i musiałam biec pod scenę.

d666Szczęśliwie zdążyłam i moim oczom ukazał się Deströyer 666. Przedstawiać chyba nie trzeba. Nonszalancko wylałam resztkę piwa na ludzi i poczęłam wycinać oberki. Na pierwszy ogień (określenie nieprzypadkowe) poszedł „Wildfire” i „Traitor”, a więc nowości. Po sztuniach „A Breed Apart “ „I Am The Wargod”, które rozniosły w pył przyszedł czas na kolejny i zarazem ostatni najnowszy wyczyn – „Live and Burn”, który pretenduje do miana hymnu życia. Bez lukrowania, nowości okazały się cholernie celnym ciosem koncertowym. Jak byłam delikatne sceptyczna słuchając tego krążka z internetów, tak na dzień dzisiejszy „Wildfire” nie wychodzi z wieży. Sama nie wiem dlaczego wcześniej nie obadałam set listy, dlatego też dobór repertuaru był dla mnie niespodzianką, ale absolutnie się nie zawiodłam. „Cold Steel…for an Iron Age” może i nie jest najsilniejszym ich materiałem, ale po „Sons of Perdition” „The Calling” i „Black City – Black Fire” nie mogłam kwękać. Do pośpiewania były też nieodżałowany „Satanic Speed Metal” i cover (wiadomo czyj) – „Iron Fist”. W „SSM” zginał trochę wokal, ale to pewnie po to żeby publika mogła sobie sama poryczeć. Nieważne, przez prawie całą uroczystość miotałam się jak pojebana i brzmienie miałam raczej w poważaniu. Na zakończenie nie zabrakło ulubieńców: „Trialed by Fire” „Lone Wolf Winter” w którym partie śpiewane zabrzmiały wyjątkowo stabilnie. No i „Australian Anti-Christ” – bozia nie istnieje, nie mam więcej do dodania. Deströyer 666 rozkurwił rzeczywistość i to nie ulega wątpliwościom. Nie wierząc, że to już koniec, choć wcale tak krótko jak mi się wydawało zaraz po, nie było – odeszłam w zatracenie.

Działy się potem jeszcze lekko zakręcone sytuacje, zmiany misternie ukutych wcześniej planów oraz rzewne pożegnania, ale bardzo grzecznie oddaliliśmy się w stronę bunkra, który okazał się nad wyraz dobrym rozwiązaniem. Wyjazd delegacyjny z Chaos Vault oceniam jako nadzwyczaj udany. Oby więcej takich awantur.

Autor

8 tekstów dla Chaos Vault

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *