Deformeathing Fest vol. 3; Rzeszów, Klub Vinyl; 14.09.2019

Bo ostatnio w ogóle nie mam czasu na koncerty. No kurwa, pluję sobie w brodę i w co jeszcze można. Mało tego – żebym ja nie miał czasu na koncerty wyjazdowe. Ale mam takiego pierdolonego pecha, że nawet koncerty w Rzeszowie mi jakoś przepadają, bowiem jak już coś wypadnie, to mi z kolei wypada wyjazd. Ale nie mogłem sobie darować nie wdepnąć na kolejną edycję Deformeathing Festival.

Z kolei tym razem reszcie rzeszowskiej ekipy coś tam powypadało w terminarzach. Stawiłem się więc w Vinylu sam. Spóźniwszy się chwilę, gdy wbiłem już do środka to akurat na deskach produkował się mielecki band Apatheia. No cóż, z płyty „Konstelacja Dziur” mnie nie przekonali jakoś. Myślałem, że inaczej będzie w przypadku koncertu, ale muszę powiedzieć, że i w wersji live nie jest to jakoś łapiący mnie za serce czy inne narządy, band. Taki ten black metal dla mnie trochę mało ciekawy, no chyba że pierwsza część koncertu była lepsza niż druga, bo widziałem go mniej więcej właśnie pół.

Po Apathei udałem się po piweczko i z powrotem pod scenę, bo kolejni wedle rozpiski mieli być Ślązacy z Fetor. O tak, ten zapaszek zawsze mi pasował akurat, więc moja obecność pod sceną była oczywista. No i weszli i faktycznie zaczęło jebać zgniłym brutal slam death metalem. Już po chwili sceną i tym co się pod nią działał radośnie dyrygował sobie wokalista kapeli, Ojciec. Fetor się nie oszczędzał i całe pół godziny koncertu napierdalał, w zasadzie bez zwolnień. Do tego kultywowali tradycję picia wódki na scenie, co bardzo chwalę – tradycja w narodzie bowiem to rzecz ważna. Kilku mniej lub bardziej pijanych maniaków również ruszyło w tany, ja stałem twardo w miejscu, acz łbem pomachałem zawodowo.

Przerwa na piwko i oczekiwanie na kolejny tego wieczoru band. Tym razem chodziło o nasz lokalny Epitome. No jakiś czas już ich nie widziałem, więc tym chętniej wbiłem w tę sobotę do Vinyla. Szczególnie, że do składu powrócił Misiek, uderzenie miało więc być jeszcze mocniejsze. I było. Jak to zwykle, ubrani w medyczne uniformy, oblani juchom, wbili na dechy i przypierdolili tak, że nie było czego zbierać. Uwielbiam ten ich death/grind, bo kolesie po prostu robią to po swojemu. Pokaż mi drugą kapelę, która robi to z taką precyzją i ma to tak zdehumanizowany przekaz. Polecieli po starociach i po rzeczach nowszych, a o ile mi się nie wydaje błędnie, to usłyszeliśmy również coś z nadchodzącego materiału. Będzie dobrze.

Po Epitome zaczęły się pogawędki przy piwku z dobrymi znajomymi na tematy życiowe, mniej lub bardziej. W międzyczasie na scenie zalogowała się Moanaa. Nie mam z nimi problemu, ale na koncert rzuciłem tylko jednym okiem i udałem się z powrotem do rozmów. BDB znajoma, która jest również autorką zdjęć, mówiła że było przepysznie, pozostaje mi więc jej wierzyć. Ona nie kłamie.

Rozmowy trwały i były na tyle udane, że… w sumie to nie widziałem już Neolith. Po prostu tu piwko, tam piwko, potem szybka wódeczka przy barze z kilkoma osobami i włączył mi się tryb nomada, co wiązało się z tym, że poczyniłem zakupy na merchu (pamiętajcie, oni nie wożą tych rzeczy, żeby ich z powrotem odwozić, kupujcie na merchu ile się da!) i w sumie to tyle, Neolith jakoś przeleciał niestety.

Ogólnie to wielkie brawa należą się dla Wojtka, że ogarnął ten temat tak klawo. Cały koncert bardzo udany, może jedynie publiki można by trochę więcej zagonić, no ale tydzień po Deformeathing Festival do Rzeszowa wbijała Furia, więc metaluchy uznały, że to będzie za dużo szczęścia naraz. Ja w każdym razie czekam na kolejne edycje. Stawiam się obowiązkowo.

Za foty dziękuję pięknie Justynie ;*

Autor

11281 tekstów dla Chaos Vault

Sarkazm mu ojcem, ironia matką i jak większość bękartów jest nielubiany. W życiu nie trzymał instrumentu w ręku, więc teraz wyżywa się na muzykach. W obiektywizm recenzencki wierzy w takim samym stopniu jak we wniebowstąpienie, świętych obcowanie i grzechów odpuszczenie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *