Deathcrusher Tour 2015 - Herod, Voivod, Napalm Death, Carcass, Obituary

Tym razem w dniu tak szczególnym, jakim był 11 listopada, w nie mniej symbolicznym miejscu jakim są tereny dawnej stoczni Gdańskiej wielcy – mniej lub bardziej – postanowili w ramach trasy Deathcrusher Tour pokazać, że mimo upływających lat i coraz większej dawki leków podtrzymujących zdrowie, nadal mogą przyjebać w mordę mocnym death metalem.

Przed klubem jak zwykle zjawiliśmy się grubo przed starem imprezy, a tam zaskoczenia nie było. Tłum ludzi z dużą dawką dreszczyku emocji naładowanych procentami czekał już z niecierpliwością na otwarcie klubowych bram. Dawno nie widziałem takiego przekroju wiekowego. Od najmłodszych fanów metalu (7 lat) przez kuc wyrostków aż po najstarszych, pamiętających pierwsze kroki swoich ulubieńców, dla których przybyli tego wieczoru.

Jako pierwsi na scenie pojawili się panowie z Herod. Przyznam, że nie znam i nie słyszałem zarówno wcześniej, jaki na tym koncercie owej kapeli. Z dobrze znanego wszystkim czytelnikom ChV powodu: piwska. Podczas gdy Herod uskuteczniał swoje dźwięki coraz więcej ludzi zaczęło się ustawiać w kolejce do wejścia, zaś mnie zaczęło ubywać piwa co było znakiem, by w owej kolejce jak najszybciej się znaleźć. Na szczęście wszystko przebiegało na tyle sprawnie, że nie byłem w niej nie więcej niż 10 minut i mogłem wejść do klubu. Dzięki temu mogłem spokojnie zostawić ciuch w szatni (B90 dorobiło się ogrzewania, a to jak na halę pofabryczną naprawdę wiele robi w jesienne dni) i udać się po orzeźwiające płyny, jednocześnie przybijając piątki z bdb kolegami od serca, czy to z centrum Polski czy to z dalekiego południa. Tutaj info dla tych, którzy kiedyś będą w B90 pierwszy raz: środkiem płatniczym w klubie jest specjalna karta prepaid, która służy usprawnieniu sprzedaży na barze. Kartę można nabyć w klubie i w każdej chwili doładować dowolną kwotą. Jeżeli jakimś cudem coś nam na niej zostanie, to za okazaniem paragonu przemiła pani wypłaci nam resztę drobnych.(dobre rozwiązanie, zwłaszcza jeśli nie chcemy się spłukać do zera he he).

Pierwszą kapelą którą tego wieczoru dane było mi w pełni zobaczyć był kanadyjski Voivod. Fanem twórczości tego zespołu jakoś nigdy nie byłem, ale przyznać muszę, że jak na dziadków wypadli nad wyraz przekonująco. Denis “Snake” Bélanger był najbardziej kontaktowym wokalistą tego wieczoru. Świetny kontakt z publiką, respekt dla naszego święta narodowego i przede wszystkim niezłe popisy wokalne i ruchowe (miejscami to nawet Kostrzewski mógł się schować he he) sprawiły, że muzyka Voivod nabierała z każdą minutą ciekawych barw. Muzycznie Voivod pokazał się z dobrej strony. Zacna mieszanka thrash metalu i progresywnych melodii skutecznie rozbujała publikę, która reagowała równie żywiołowo co sam Snake na scenie. Z tego co mój lekko uszkodzony słuch zdołał zarejestrować odegrane zostały m.in. kawałki: “Chaosmöngers”, “Overreaction”, “Tribal Convictions” oraz “Kluskap O’Kom”. To było dobre preludium do występu brytoli z Napalm Death.

Deathcrusher Tour 2015 - Napalm Death

W tym roku było mi już dane Barneya i ziomali ujrzeć na Brutal Assault i wtedy też ich sztuka bardzo mi się podobała (pomimo akustycznego performansu na koniec występu). Jednak koncert klubowy to nie to samo co festiwalowy, dlatego też byłem ciekaw jak wypadną wśród czterech ścian. I wyszło im to nadzwyczaj dobrze. Przyjebali wszystkim tym, co w swym muzycznym inwentarzu mają najlepszego, czyli mocnym grindem wylanym death metalowym mięsem soczystym jak prosiak z rusztu. Napalmi przedstawili tego wieczoru dosyć przekrojowy set. Znalazo się miejsce na nowszy materiał, ale nie zabrakło też klasyków takich jak “Scum”, “You Suffer”, “Timeless Flogging”, czy chociażby zawsze miażdżący cover Dead Kennedys “Nazi Punks Fuck Off !”. Set trwał nieco ponad 50 minut ale w ciągu nich Napalm Death zdążyło skopać nie jedną mordę i zadać rany kłute swoimi dźwiękami nie jednemu osobnikowi. Pominę tutaj oczywiście konferansjerkę Barneya (i jego żywiołowe ruchy na scenie podczas odgrywania kolejnych utworów), którą ten uskuteczniał przy każdej dłuższej przerwie. No ale cóż, ten typ tak ma i nie każdy musi się z danymi poglądami zgadzać. Z resztą chuj z tym, Napalm Death to Napalm Death ich się lubi albo nienawidzi.

Po napalmie zrzuconym na publikę przyszła około 20 minutowa przerwa, podczas której spokojnie można było uzupełnić płyny i wymienić poglądy z bdb znajomymi od serca.

Deathcrusher Tour 2015 - Obituary

Po przerwie, mniej więcej przed godziną 21, na scenie pojawiło się Obituary. I tutaj już jeńców nie było. Moc, energia, sound taki że trzewia chciały się wydostać na zewnątrz, oraz ogólna, pełna profesjonalna rozjebka. Bez konferansjerki, tylko systematyczne kopanie grobu dla tych, którzy przybyli na koncert. Tego dnia Obituary zagrało naprawdę zajebistą sztukę. Bez pieszczot, mocno nastawioną co prawda na materiał z ostatniego albumu, ale i z miejscem na starsze wydawnictwa. Dzięki czemu zarówno ci młodsi jak i najstarsi fani mogli być mocno usatysfakcjonowani. Nie mogło więc oczywiście zabraknąć takich przebojów jak “Slowly We Rot”, “Dying”, “Visions in My Head” czy “Redneck Stomp”. W tym miejscu przyznam szczerze, że drugi raz widziałem Obituary na żywo i drugi raz bardzo pozytywnie mnie zaskoczyli. Szkoda tylko, że Tardy tego wieczoru jakoś zbytnio nie przykładał wagi do integracji z fanami, którzy dzielnie walczyli w kotle pod sceną. Oblany potem, po występie amerykanów udałem się na płukanie gardła zimnym jak lód Żywcem.

Tuż przed godziną 22 na scenie stanęli panowie z Carcass by przygrzmocić “Unfit for Human Consumption” z “Surgical Steel”. Set był mocno osadzony w ostatnim wydawnictwie, przeplatany jednak starszymi hiciorami, na których czele oczywiście nie mogło zabraknąć “Heartwork” (serce wyskoczyło mi niemal z klatki he he), “Necroticism” czy też “Swansong”. Tego dnia Carcass brzmiało klinicznie czysto, ale jednocześnie mocno i z polotem. W przeciwieństwie do Tardyego, Jeff Walker widząc zaangażowanie fanów wspierał ich jak tylko mógł rzucając im ze sceny wodę w butelkach, by ci po uzupełnieniu płynów mogli dalej napierdalać pod sceną w rytm swoich ulubionych kawałków. Dodatkowo muzyka otrzymała bardzo fajne wizualizacje, które na ścianach B90 prezentowały przebłyski grafik z albumów zespołu, co tylko mocniej nakręcało odpowiedni klimat. Bez dwóch zdań, Carcass wypadł tego wieczoru naprawdę zajebiście.

W tym jakże pięknym jeszcze kraju takie koncerty jak ten zdarzają się raz na dekadę. Kto nie był, może żałować prześwietnego show. Warto też napisać, że po raz kolejny B90 stanęło na wysokości zadania pokazując pełen profesjonalizm jeśli chodzi o organizację koncertu (zero obsuwy, dobra praca dźwiękowców oraz praca barowych). Teraz kolej na Samael, który zagra w B90 już 29 listopada.