Plułem sobie w mordę, że pierwszego występu Kingdom na żywo nie dane mi było zobaczyć. Różne były ku temu powody, jednak nadarzyła się świetna okazja nadrobienia tej zaległości. I to w najlepszym zestawie jakiego sobie nie mogłem wcześniej wyobrazić.

Droga z Pomorza do oblanej mlecznym smogiem stolycy przebiegła dosyć sprawnie. Przepłacone przez polski rząd pentolino to jednak świetna forma transportu i jeśli ktoś dobrze trafi z biletami, może owym premium pociągiem pojechać w przyzwoitej cenie. Pite tym razem nie było, ponieważ kac wywołany piątkowym degustowaniem Imperialnego Komesa i flaszką whisky okazał się na tyle zabójczy, że jakiekolwiek spożycie innego specyfiku groziło w moim wypadku zapaścią alkoholową. Po 3 godzinach podróży zalogowaliśmy się w końcu w hostelu, by tam spokojnie się odświeżyć, nażreć i już z naładowanymi bateriami udać się do oddalonego o niecałe 200 metrów klubu Pogłos. I szczerze mówiąc miałem wątpliwości, czy aby na pewno jest to dobra miejscówka na organizowanie tego typu koncertów. Przejdźmy jednak do rzeczy.

Jako pierwsi na scenie Pogołosu pojawili się goście zza wschodniej granicy. Relics Of Humanity z Białorusi zaprezentował publice death metal w stylu amerykańskiej szkoły, prezentowanej chociażby przez tak wielkich jak Immmolation, Suffocation czy też Morbid Angel. Zestaw wydawać by się mogło na tyle inspirujący, że Białorusini powinni pozamiatać wszystko i wszystkich. Tymczasem po 10 minutach miało się ich dosyć. Nie dość, że wokal z czasem stawał się coraz bardziej monotonny, to wszystko tak jakby do siebie stawało się coraz to bardziej podobne (no, z małymi wyjątkami) i do tego jeszcze wtórne niczym obiady na stoczniowej stołówce. Ja rozumiem, że takie granie ma swoich odbiorców (szczególnie na Białorusi) ale niekoniecznie wśród polskiego odbiorcy, którego gust jest coraz to mocniej wyśrubowany he he… Brawa dla zespołu były, już chyba za sam fakt, że wujek Łukaszenka jeszcze chłopaków nie pozamykał. Nie mniej, jako otwieracz w pewnym stopniu się sprawdził, przynajmniej miałem więcej czasu na kolejne pięćdziesiątki czystej z bratem…

Nastała przerwa. Można było odcedzić kartofle i uzupełnić płyny piwem, a wybór tego trunku był naprawdę bardzo ciekawy. Sporo kraftów, cenowo też trzymających odpowiedni – jak na Warszawę – poziom, który mógł zadowolić niejednego miłośnika rzemiosła browarniczego. No ale ja nie o piciu.

Po 20 minutach na scenie pojawił się w końcu oczekiwany przez zgromadzonych Kingdom. I takiego strzału w pysk właśnie oczekiwałem. Brudne, wściekłe, miejscami prymitywne brzmienie uzupełnione agresją o jaką w death metalu w końcu chodzi, sprawnie zaczęło uszkadzać receptory słuchu już na starcie. Na pierwszy rzut poleciały strzały z ostatniego krążka. Nie mogło więc i zabraknąć kopiącego w głowę “Monolith of Death” jak i “Kaplicy ducha zgniłego” na który to kawałek najbardziej chyba liczyłem. “Kurwy, rzygam na wasze groby!” było tego wieczoru bardzo wymowne he he… Wszystko było więc na swoim miejscu. Dało się wyczuć ten revenge’owy, agresywny wpierdol, który na płycie wręcz gwałci słuchacza z sadystyczną przyjemnością. Potem wspominki z pierwszych dwóch albumów i… koniec… Niespełna 40 minut minęło mi jak sekundy przed śmiercią, gdzie skazaniec widzi całe swoje barwne życie. Kingdom jak na kapelę, której członkowie widzą się średnio raz na miesiąc, grają tyle prób co nic, zagrał tak, jakby to był ich przynajmniej setny występ. Zero spiny, tylko szybkie ciosy nastawione na zadanie jak największego bólu. Aż dziw bierze, że był to drugi, a zarazem ostatni (z tego co mówił Sabesthor) w tym roku występ. Liczę na to, że jednak nie…

Kiedy na zegarze wybiła 21:50 na scenie pojawili się młodzi bogowie greckiej sceny, czyli Dead Congregation. Odpuściłem ich sobie na Brutal Assault, czego do dziś bardzo żałuję. Na szczęście okazja się nadarzyła i to co pokazali tego wieczoru zmiotło wszystko co tego wieczoru i do tej pory moje niedowidzące oczy widziały i uszkodzony słuch, słyszał. Weltklasse jakby to dłubiący w nosie Joahim Loew powiedział. Brzmienie było czyste jak łza samego Zeusa, a moc i potęga płynąca z muzyki niczym złość samego Hadesa. Czyste zło, wpierdol soniczny, zakończony ostatecznym ciosem prosto w serce. Koncertowo grecy naprawdę potrafią zmiażdżyć (zwolnienia niczym nasuwający walec to czysta poezja), a co dopiero jeśli weźmiemy pod uwagę muzykę studyjną. Było – o ile pamięć mnie nie myli – “Only Ashes Remain” oraz “Promulgation of the Fall” i oczywiście coś z “Sombre Doom”. Niestety, ostatnich trzech kawałków nie dane było mi widzieć spod sceny, tylko słyszeć przed klubem. Jak się okazało nagła cisza która nastała po pewnym czasie spowodowana była tym, że koncert urwał się niczym taśma z najlepszym pornosem w finałowym momencie (czytaj: przyczyną była podobno awaria prądu). Rozczarowania fanów nie widziałem, ale słysząc “napierdalać!” wiedziałem, że domagali się powrotu zespołu na scenę he he…

Ogólnie to był mój pierwszy koncert w tym roku i pierwszy w ogóle, który zadał mi tyle sonicznego bólu od dawien dawna. Sam klub okazał się przyjazny – choć nie najlepszy – dla tego typu spędów (szacuje się, że ponad 150 osób było). Zaś ekipa Into The Abbys po raz kolejny pokazała, że umie w organizację. Słowem: czysty rozpierdol. Koncertowo i towarzysko również.