dcwDowiedziawszy się, że dolnośląską ziemię znów nawiedzi Dead Congregation zatarłem ręce śmiejąc się złowieszczo. Zapowiadał się dobry koncert, który wypadałoby zobaczyć, bo dobrej muzy nigdy za wiele. Ale gdy dotarło do mnie potem dodatkowo, kto będzie robił za support, to po prostu już musiałem tam być.

Do Wrocławia dotarłem z pewnymi obawami, albowiem zawsze lubię pojawiać się z zapasem czasowym na wypadek niespodzianek losu. W ten dzień była to rozjebana ulica koło budowanego właśnie betonowego klocka mającego w przyszłości pełnić funkcję dworca PKS i nie tylko. Jakimś cudem jednak autobus nie utknął w korku i zdążyłem się zameldować w miejscu spoczynku, zjeść co, a następnie nabrać sił, by około 19.00 wyruszyć do Ciemnej Strony Miasta.

Gig planowo miał się rozpocząć o 19.30, ale jak to bywa, nastąpiła obsuwa więc nie musiałem się martwić, że coś przegapię. Zamieniłem parę zdań z kilkoma bdb kolegami, zamówiłem wybornego Primatora, następnie zaś szybki rzut oka na merch: Dead Congregation jak zawsze kurewsko drogi, ale Incarceration miało parę ciekawych koszulek. Żałowałem niestety, że nie można było jeszcze nabyć odzieży i płyt z najświeższym dokonaniem Warfist.

eteritusJako pierwsi na scenę zawitali torunianie z Eteritus. Kto czyta uważnie skromnego Kejosa, ten kojarzy może wywiad z Nitro, eteritusowym perkmanem, jaki udało mi się przeprowadzić. Kapela ta łoi zacny death na szwedzką modłę, jednak czyni to nie wzbudzając w słuchaczu uczucia znużenia podlanego „ale to już było”. Obecnie wypluli swojego pierwszego długograja pod sztandarem Godz Ov War, który to długograj został w całości odegrany tego wieczoru. Ciekaw byłem jak Eteritus będzie brzmieć na żywo i nie zawiodłem się. Zaczęli od solidnego pierdolnięcia nie spuszczając z tonu ani na sekundę. Szczególnie dobrą robotę robiła tutaj kapitalna perkusja oraz gitara (z gitarnikiem mającym nieustannie kamienny wyraz twarzy), które zamieniały każdy kawałek w kapitalną petardę. Przyznaję, warto było oczekiwać ludzi z miasta pierników, bo pokazali na scenie istną moc.

warfist-1W międzyczasie rzucałem okiem na frekwencję – źle nie było, ale to był dopiero początek gigu, więc jasnym jawiło się, że z czasem knajpa się wypełni. Pełen obaw przed kolejkami ruszyłem do baru ugasić pragnienie. Wypić zdążyłem dosłownie w ostatniej chwili bo oto na scenę wkroczył Wpierdol… pardon, Warfist, ale to, co zaczęło się po chwili nie mogę określić niczym innym, jak właśnie „wpierdol”. Troje wymiataków z Zielonej Góry rozpętało na scenie istny Armagedon szerząc destrukcję przy pomocy amunicji przeciwpancernej typu black/thrash. Poleciało trochę materiału z nadchodzącej płyty, a i coś z „Devil lives in Grunberg”. Aż się prosiło, by rozpętać nieustający młyn pod sceną, ale publika jeszcze nieco nieśmiała była (poza paroma wyjątkami). Jeśli miałbym przyrównać do czegoś Warfist to brzmiał on dla mnie tego wieczoru jak Toxic Holocaust na sterydach, ba! Nawet wokal zaciągał elegancko Joelem Grindem, z tą różnicą, że wokalista nie wygląda jakby zjadł o jednego Big Maca za dużo i nie ma blond grzywy, za to są zajebiste bokobrody.

incarcerationOrgia muzycznej przemocy w wydaniu Warfist minęła mi błyskawicznie, a szkoda, więc mogłem utopić smutek tylko w kufelku piwa. Zaznaczę tu, że jak Zielonogórzanie będą grać gdzieś w okolicy, to obowiązkowo stawię się tam, bo metal w ich wykonaniu robi mi wyjątkowo dobrze. Kolejni mieli być wymiatacze z Incarceration. Przyznaję, nie dane mi było poznać ich wcześniej, ale po tym wieczorze biję się w pierś, że to zmienię, bo zasypali publikę razami nie gorzej niż Warfist. Incarceration zwracało na siebie uwagę przede wszystkim charyzmatycznym wokalistą, który uwijał się po scenie jak opętany wyrzygując z siebie kolejne teksty. Nadmienię również, że był on od stóp do głów upstrzony pinami i naszywkami, co ciekawie kontrastowało z w miarę prostymi strojami innych muzyków tego wieczoru. Ale! Ma być o muzyce, a nie o ciuchach, a muzyka ta była wprost nieludzka. Najprościej opisać to biorąc Warfist, tylko że zamiast black’u wstawić death z typowo południowoamerykańskim sznytem i voila! Mamy receptę na istną petardę. Kapela co prawda ma za sobą tylko jednego długograja, drobną EP-kę oraz splita, ale na scenie sprawdzili się idealnie dewastując publikę z nieopisaną wprost energią i furią. Główka aż sama chodziła, a i można było pójść w tany z czego chętnie skorzystałem, bo wulkan energii, jaki budził się pod wpływem tego grania musiał znaleźć gdzieś ujście.

Po tak solidnej dawce przemocy pozostawało tylko czekać na Dead Congregaton. Tłum w Ciemnej Stronie Miasta zrobił się już spory, a napięcie wzrastało. W końcu pojawili się! Greccy bogowie śmierci! I przynieśli ze sobą prawdziwie muzyczny majstersztyk. Osobiście wycofałem się nieco, by nie zostać złapanym w młyn. Słuchając Greków wolę dać się porwać ich graniu, a następnie zostać startym na proch przez masywne brzmienie tego soczystego death metalu niż pląsać. Dead Congregation dane mi już było oglądać na żywo dwa razy i za każdym razem był to prawdziwy, śmiercionośny walec. Idealnie dawkowany wpierdol, majestatyczne powolne zwolnienia zdające się wysysać życie, czy klimatyczne zagrania – oni nie muszą się nawet starać. To wypływa samo z siebie, wylewając się na publikę, gęstą, bulgoczącą, czarną masą, by utopić ją w odmętach Styksu. Z każdą sekundą słuchania ich człowiek uświadamia sobie, że wszelkie peany są tutaj absolutnie zasłużone. Istna potęga, co doceniali widać i pozostali słuchający, w szczególności ci, którzy ostro tańcowali.

Wszystko, co dobre, ma jednak swój koniec. Gdy przebrzmiały nutki ostatniego kawałka ewakuowałem się celem nabrania sił, bo w pracy następnego dnia litości nie będzie, ale do ciężkiej cholery! Takiej torpedy jak ten gig potrzebowałem! Kapele dały z siebie 666% możliwości dosłownie masakrując każdego słuchacza, a ten mógł tylko błagać o więcej. I oby więcej takich koncertów na Dolnym Śląsku!