Days of No Light Tour 2015; Blaze Of Perdition, Mord’A’Stigmata, Moanaa; Klub Zaścianek; 14.11.2015

DaysOfNoLight-plakat-2015Hails! No, na taką podróż to ja długo czekałem. Niby nic, niby zespoły, które dobrze znam i widziałem wielokrotnie, a jednak gęba się człowiekowi cieszy. I uwaga: będzie to kolejna relacja z cyklu „piliśmy, gadali, śmieszki heheszki”.

Zaczęło się już w polskim busie, gdy wespół w zespół z redaktorem Pathologistem zrobiliśmy sobie flaszeczkę. Była całkiem smaczna, choć nie była schłodzona, no ale cóż, jak widać – nie można mieć wszystkiego. Po dojeździe na miejsce doszliśmy do wniosku, że żaden z nas nie zapoznał się dostatecznie z topografią okolicy Klubu Zaścianek, gdzie cały event miał się odbyć. Okazało się, że krakowskie studenty też chuja się orientują, bo każdy pokazywał inny kierunek, a ostatecznie się okazało, że łaziliśmy dookoła klubu jak pies wokół jeża. I szczęśliwie za którymś zakrętem oczom naszym ukazał się sam Organizator zaciągający się ćmikiem. Szczęśliwi, że dotarliśmy na miejsce, spotkaliśmy jeszcze Pana Tymka z jego Ewunią i tak gromadnie czekaliśmy sobie na rozwarcie bram. Ludzi powoli schodziło, skończyliśmy więc piweczko i po chwili weszliśmy do środka.

Klub Zaścianek jest wielkości powiedzmy… Hm… no mały w chuj jest. Jak kurwa naparsteczek, jak pokój socjalny krasnoludków. No ale dzięki temu wyglądało, jakby ludzi więcej było, hehe… Na miejscu znajome i dawno nie widziane Mord’eczki i inni znajomkowie, Zacni Wydawcy (hails!) i Muzycy. No bardzo familiarna atmosfera, to lubię. Chwilkę poszwędaliśmy się z redaktorem Pathologistem czekając aż się zacznie. Wiedzieliśmy, że obsuwy nie będzie, wszak organizator nie pozwoliłby na takie niedopatrzenie.

moanaaI faktycznie, z precyzją co do nanosekund swój występ rozpoczęła Moanaa. Całej płyty wcześniej nie słyszałem, jakieś tam pojedyncze numery, które dodatkowo wybitnie mną nie wstrząsnęły, niemniej jednak ciekaw byłem, jak ten zespół zaprezentuje się na finiszu Days Of No Light Tour. I wypadło naprawdę ciekawie. Mała scena, a na niej pięciu gości, co jeszcze bardziej potęgowało poczucie duszności ich muzyki, hehe… Moanaa, jeśli ktoś nie słyszał, gra post – metal. Całkiem w porządku, jak się okazało na koncercie, a przynajmniej mnie przypadło to do gustu. Powiem szczerze, że to nad sensem ich udziału w tej trasie zastanawiałem się najbardziej, ale po koncercie mogę powiedzieć, że nie było czego się obawiać. Ciężka, duszna muzyka, masa dymu na scenie – fajnie to współgrało. Nieźle wypadał gardłowy, którego czyste, ale bardzo mocne i ekspresyjne wokale były jasnym punktem występu Moanyy (no bo jak Moanaa, to przy odmianie powinny być z kolei dwa razy „yy”, no nie?). Pewnie dla osób zorientowanych bardziej na black metal propozycja kapeli z Bielska – Białej mogła zostawić trochę do życzenia, ale z drugiej strony trochę zdrowej różnorodności na koncertach nie zaszkodzi.

mas1Moanaa zeszła ze sceny, a zaraz po niej deski Zaścianka przejęła horda Wiecznie Zakapturzonych, czy jak to tam było – Mord’A’Stigmata. Kurna, jak ja ten zespół uwielbiam, to takiego mam cholernego pecha do ich koncertów, że ostatni raz widziałem ich na żywca chyba za czasów znanego i lubianego Piony, na ostatniej pamiętnej edycji Silesian Massacre. Przyznacie, że kawałek czasu minął od tego koncertu, prawda? A tu w międzyczasie Mord’A’Stigmata woziła się jak ta lala tu i tam, a mi zawsze coś wypadało. Ba, nowe materiały wydawała, doskonałe krążki i EPki. I nareszcie nadszedł sobotni wieczór w Krakowie, że po latach niewidzenia miałem przyjemność obcowania z ich muzyką. Cztery postacie weszły na małą scenę Zaścianka, napuszczono dymu, DQ uniósł w górę pałeczki i zaczęło się. Kurwa, ten zespół na żywo to jest coś! Pod względem repertuaru kapela zagrała materiał z najnowszej EPki „Our Hearts Slow Down” plus bodajże trzy numery z „Ansia”. I co ja tu mogę powiedzieć? Że ten materiał zagrany na żywca nabiera jeszcze większej siły? Że to co DQ robił na perce przyprawiało o ciary i to właśnie na żywca doskonale widać, jak ważną rolę w muzyce Mord’A’Stigmata pełni perkusja? Że ten zespół robi taką ascetyczną atmosferę, która i tak jest dziesięćkroć lepsza od fajerwerkowego show pięciu Behemothów? Tak, to wszystko prawda. Mord’A’Stigmata pokazała, że do zagrania doskonałego koncertu wystarczy im ascetyczne „M” wyświetlane za plecami muzyków, dużo dymu i talent. Oczywiście muzycy skromniachy stwierdzili, że mieli lepsze występy na tej trasie, więc wyobrażam sobie, co na nich musiało się dziać, hehe.

bop1Po doskonałym koncercie Małopolan przyszła kolej na Blaze of Perdition. Nie będę się rozwodził o przerwie w koncertowaniu i tak dalej, bo już Wam takie wstawki pewnie wychodzą bokiem. Natomiast pewnie tak samo zastanawialiście się, kto za Sonneilona, który niestety mógł zaśpiewać jedynie na lubelskim odcinku trasy. No, ja też się zastanawiałem. Ale ostatecznie wszystko było wiadomo – na trasie za mikrofonem stanie nie kto inny, jak Enigmatyczny Rattenkönig. Nie wiecie kto to? No nic, zdradzę na końcu relacji, miejcie cierpliwość. Wracając jednak do zespołu, dobrze zobaczyć ich w końcu na deskach. Zwłaszcza po tak dobrym albumie, jak „Near Death Revelations” – tym bardziej żądny byłem uczestniczenia w tym koncercie. Trochę żałuję, że nie udało mi się wbić do Lublina, niestety środek tygodnia jest dla klasy pracującej nie najlepszym dniem na koncertowe wojaże. Z drugiej strony – Blaze of Perdition w połączeniu z Enigmatycznym Rattenkönigiem naprawdę dali radę. Typ był bardzo ekspresyjny, zaś maska którą nosił dodawała mu jeszcze więcej enigmatyczności. Był więc takim ekspresyjno – enigmatycznym Rattenkönigiem. Ale dość heheszków, zespół zagrał coś niecałą godzinę, oczywiście wśród numerów nie mogło zabraknąć kawałków z ostatniego długograja, ale i z debiutu, np. na koniec „Królestwo Twoje” (Łysego na błędzie złapaliście, ja się nie dam!), gdzie polski tekst został rzec by można odśpiewany chóralnie przez publiczność. No i koncert Blaze of Perdition był jedyną sztuką tego wieczoru, podczas której miał miejsce taki mały, może nieśmiały młyn. No zdecydowanie ich muzyka, nie zawsze ale czasem, daje możliwość ku bardziej agresywnym zachowaniom. Wszystko fajnie brzmiało, nie było – a przynajmniej ja nie słyszałem – jakichś chujowizn, a wiadomo jak to na koncertach bywa, więc kolejny plusik za ten koncert. Zespół stanął na wysokości zadania i przyznam, że nie odczuwałem podczas ich sztuki jakiegoś piętna wypadku – kapela była zgrana, Wizun nakurwiał jak szalony… Jedynym piętnem był brak Sonneilona, no ale jak już podkreślałem, Enigmatyczny Rattenkönig naprawdę dał radę.

Po zakończeniu „misterium” pogaworzyliśmy jeszcze chwile z bardzo dobrymi kolegami od serca, poszwędaliśmy się po klubie, ale niestety – niczym te kopciuszki musieliśmy spierdalać w okolicach północy, żeby nam karoca nie odjechała. Po drodze oczywiście trzeba było opędzlować McFurię i za ostatni grosz zakupić po jakimś nienachalnie drogim browarku na sen. Przyjazd do Rzeszowa na godzinę trzecią i lulu. To był bardzo dobry koncert. Hails!

Aha, jeśli chcecie dowiedzieć się, kim jest Enigmatyczny Rattenkönig, kliknijcie w ten link.  ;]

 

A więcej zdjęć pod tym linkiem. 

Autor

9778 tekstów dla Chaos Vault

Sarkazm mu ojcem, ironia matką i jak większość bękartów jest nielubiany. W życiu nie trzymał instrumentu w ręku, więc teraz wyżywa się na muzykach. W obiektywizm recenzencki wierzy w takim samym stopniu jak we wniebowstąpienie, świętych obcowanie i grzechów odpuszczenie.

5 komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *