colJestem pod wrażeniem ilości koncertów tej wiosny. Naprawdę mnóstwo fajnych gigów zostało zorganizowane ku mojej wielkiej uciesze. Cult of Luna wraz z God Seed w Warszawie: po raz kolejny nie mogłem odmówić. Jak się dowiedziałem o tym koncercie to pierwsze, co pomyślałem: „Dość egzotyczny to zestaw, ciekawe jak się sprawdzi?”. Sprawdził się doskonale, ale może po kolei.

Do Warszawy przybyłem trochę wcześniej więc bez problemu ogarnąłem sobie nocleg i wybrałem się pod klub. Tym razem postanowiłem nie wpadać na miejsce na ostatnią chwilę, więc pod klubem znalazłem się w momencie gdy drzwi były jeszcze zamknięte. Pod Proximą ludzi dość skromnie. Nie spodziewałem się jednak wielkich tłumów, bo to wszak środek tygodnia. Myliłem się hehe. Punktualnie o 19 otwarły się bramy, ja szybko pobiegłem po piwko i stanąłem w oczekiwanie na te remiksy, bo ciekawy byłem, co też to będzie. Nie było jednak żadnych remiksów były jedynie numery Pantery, ale to chyba dobrze hehe. Oczekiwanie trochę się przeciągało, zdążyłem wypić piwo i pomyśleć o następnym.

god sees1Dobrze, że jednak nie udałem się do baru, bo punkt 20 na scenę wyszedł God Seed. Sporo dymu, grobowe światła i rozpoczęli od „Sign of an Open Eye” z repertuaru Gorgoroth. Zajebiście lubię ten numer wiec od razu na moim ryju pojawił się szeroki uśmiech. Na scenie nie było wiele zamieszania, bo Gaahl raczej do zbyt ruchliwych (przynajmniej na scenie hehe) frontmanów nie należy, ale trzeba mu przyznać potrafi zrobić „atmosferę”. Muszę też na początku napomnieć, że dla mnie twórczość Gorgoroth po odejściu Gaahl’a i King’a to już delikatnie mówiąc mizeria. Natomiast God Seed wręcz przeciwnie. Ich debiutancki materiał „I Begin” uważam za naprawdę dobrą płytę. Na pewno znacznie lepszą niż – nie bójmy się określenia – chujową „Quantos Possunt ad Satanitatem Trahunt”, która mi się zupełnie nie podobała. Wróćmy jednak do koncertu. Dość przekrojowo zagrali, bo pojawiło się sporo numerów z debiutu, ale i sporo kawałków Gorgoroth. Obok „Sign…” zagrali też „Forces Of Satan Storms” i „Wound Upon Wound”, które mi bardzo dobrze robią. Z debiutu God Seed poleciały: “Awake”, “From the Running of Blood”, “Aldrande Tre”, “Lit” i “Alt Liv” wątpię, że w takiej kolejności. Muszę przyznać ze koncert mi się podobał. Mimo dość chłodnego przyjęcia przez publikę Gaahl, King i spółka odwalili naprawdę dobry występ.

W tym miejscu warto też napisać, że nie był to typowy koncerty z „typowymi metalowcami”. Oprócz tego, że po sali chodzili goście w koszulkach Szron czy Infernal War było też sporo osób wyglądających zupełnie inaczej. Można było zauważyć osobników w kraciastych koszulach i rurkach, sporo przewijało się dziwnych tatuaży, pojawiały się tak zwane „męskie torebki” (męskie torebki – kurwa mać to mi się w głowie nie mieści) oraz zanotowałem spore spożycie piwa marki Desperados. To taka drobna uwaga hehehe. Mam nadzieję, że nie przyszli oni podrywać Gaahl’a a słuchać muzyki hehe. Ale dość już tego nabijania się z orientacji. Kto tam, gdzie tam i co tam lubi wkładać to jego prywatna sprawa.

cult of luna1Koncert God Seed się skończył, ja poszedłem zobaczyć kramik z dobrem wszelkim. Koszulek było sporo i to nawet fajnych, ale płyty zdaje się tylko dwie leżały na straganie. Skromnie, na szczęście ja miałem ograniczony budżet więc tym razem obyło się bez zakupów. Oddaliłem się, zamówiłem piwko i rozpocząłem pełne napięcia oczekiwanie. Ludzi do knajpy zaczęło wchodzić coraz więcej więc przestałem się martwić o frekwencję. Mimo środka tygodnia ta (w sensie frekwencja) okazała się jednak dobra i klub był wypełniony w znacznej części. Wróćmy jednak do muzyki. Cult of Luna to kapela, która objawiła mi się stosunkowo niedawno. Jakoś przez przypadek wpadła mi w ucho płyta „Eternal Kingdom”, a potem rewelacyjny „Vertikal”. O ile „Eternal Kingdom” nie zaskoczył od razu tak „Vertikal” pokochałem od pierwszej nuty i to głównie dzięki tej płycie znalazłem się na koncercie. Wielkie wrażenie zrobił na mnie ten materiał i pamiętam, że długo nie mogłem się od niego oderwać, dlatego też z coraz większym niepokojem wypatrywałem na scenie Szwedów. Instrumentów kilka mają wiec instalacja nie była ekspresowa i chyba dopiero gdzieś w okolicy 21.40 przygasły światła i się zaczęło. Mój początek koncertu to zrobienie zdjęć pod sceną wiec na muzyce skupiałem się mniej. Gdy zrobiłem swoją robotę oddaliłem się w dalszy zakątek sali, gdzie postanowiłem oglądać resztę gigu. Szczękę miałem, co chwile na podłodze. Rewelacyjny występ, kapitalna muzyka do grania na żywo, ale nie do zabawy hehe. Ja chłonąłem każdy dźwięk jak gąbka, płynąłem razem z tą muzyką, pozwalałem się jej nieść. Gdy koncert się skończył to nie mogłem uwierzyć, że minęło półtorej godziny. Dla mnie to była chwila. Patrzyłem, słuchałem. Słuchałem, patrzyłem. Idealny spektakl. Doskonałe zgranie światła i dźwięku. Niewiarygodna dawka emocji… Naprawdę ciężko mi znaleźć właściwe słowa żeby opisać to, co działo się tego wieczora na deskach „Proximy”. To była jakaś magia… Ale żeby nie było, że jestem jakimś poetą to muszę napisać też trochę o szczegółach technicznych. Trasa promująca „Vertikal” wiec wiedziałem ze zagają dużo z tej rewelacyjnej płyty. I poleciały „I: The Weapon”, „The Sweep”, „Vicarious Redemption”. Jako przedostatni numer zagrali rewelacyjną balladę „Passing Through” a na Koniec dojebali chyba moim ulubionym numerem, czyli „In Awe Of” i to mnie rozwaliło ostatecznie. Oprócz tych numerów poleciały jeszcze „Light Chaser” z ostatniego EP, „Dark city, Dead Man” z „Somewhere Along the Highway”, „Following Betulas” z „Eternal Kingdom” i chyba tyle, choć nie jestem pewien. Koncert dla mnie był idealny, nie było, co prawda bisów, ale te półtorej godziny wystarczyło. Mam nadzieje, że kto nie widział ich w Warszawie zdążył na koncert do Krakowa.

Na posumowanie najlepiej nadaje się cytat jednego jegomościa, który wracając z koncertu w tą samą stronę, co ja wrzeszcząc na cały głos: „Co za koncert…!!!!! Kurwa!!!!”.

A tutaj więcej zdjęć.