W minionym roku niewiele kapel deathmetalowych tak poruszyło serduszka fanów, jak Blood Incantation. Moje trochę mniej, jednakże wciąż uważałem ich „Starspawn” za album na tyle interesujący i dobry, że gdy usłyszałem, iż wespół z Cruciamentum nawiedzą Wrocław, za swój obowiązek uważałem stawienie się tam.

30 dziemdziała, tj. marca pojechałem więc do Wrocławia modląc się w duchu, by żadne kurestwo komunikacyjne nie zepsuło niczego. O dziwno wszystko poszło idealnie, co pozwoliło mi na spokojnie jeszcze zjeść coś, ogarnąć się i około 19 udać się do klubu.

Jak to już tradycyjnie bywa w Ciemnej była obsuwa czasowa, więc był i czas, by orzeźwić się wybornym Primatorem oraz obadać merch, gdzie prezentowały się zacne koszulki Blood Incantation oraz Cruciamentum. Od rozważań w kwestii uszczuplenia zawartości mojego portfela wyrwały mnie dźwięki pierwszej kapeli.

Otwarcie gigu spadło na barki wrocławskiego Antiflesh i z tego zadania wywiązali się… prawidłowo. Z lekkim pozytywnym zdziwieniem zauważyłem jednocześnie, że już teraz knajpa była pełna, co dobrze wróżyło całej imprezie. Sam Antiflesh zaatakował zebranych black metalem w przyjemnym norweskim wydaniu. Nie powiem, nóżka się ruszała, głową czasem pokiwałem, ale specjalnej petardy nie było. Poprawny, całkiem dobry black, jednakże nie powodujący ciarów na plecach, aczkolwiek jako otwieracz sprawdziło się całkiem nieźle.

Gdy Wrocławianie zakończyli popisy dopchałem się szybko po kolejne piwo, byle tylko zdążyć je wypić, bo następni mieli grać heroldzi wpierdolu, Cruciamentum. Anglicy zaczęli od razu przepotężnym „The Conquered Sun”, które było niczym wjazd walcem w publikę. Zaliczyłem dosłownie opad szczęki z wrażenie i wiedziałem, że do końca koncertu już się nie pozbieram. Sama muza to była dosłownie niemiłosierny walec miażdżący kości oraz rozrywający ścięgna i mięśnie. Rzeka krwi płynęła wśród intensywnego headbangingu, który potem przekształcił się w moshpit (jeśli na gigu we Wrocławiu odstawiają tańce, to znaczy, że jest naprawdę dobrze). Strzały leciały jeden za drugim siejąc brutalne spustoszenie wobec publiki, zaś z amunicji wyłapałem takie pociski jak „Collapse”, „Piety Carved from Flesh”, „Rites to the Abduction of Essence” czy „Convocation of Crawling Chaos”. Byłem dosłownie rozpierdolony na kawałki, a następnie zmielony na krwawą masę. Naprawdę wybornie mi robi śmierć metal serwowany przez angielskich gentelmanów, zaś ten występ tylko utwierdził mnie w tym przekonaniu.

Po tej intensywnej wojnie należało zebrać na chwilę siły, bo na scenie już lokowali się Amerykanie z Blood Incantation. Jestem chyba jedyną osobą, która nie doznaje spustów gigantów nad ich ostatnim albumem. Nie mówię, że jest on kiepski, bo nie jest. To kawał kosmicznej zagłady o masie czarnej dziury, i takoż wszystko niszczącej, do tego zaciągający pięknie Nocturnus, Morbid Angel czy Death ale mi po prostu nie leży w 100%, co nie znaczy jednak, że miałbym sobie odpuścić ich na żywo.

Ich muzyka to swoisty chaos. Nie daje się złapać, tylko wymyka się pojmowaniu… ale jednak wciąga. Tak skurwysyńsko wciąga, niczym przywołana przeze mnie wcześniej czarna dziura. Z kawałków wyłapałem, że leciało „Virtification of Blood” (The portal is inside Your mind!) i „Hoovering Lifeless”, ale bardziej dawałem się wkręcać ich graniu, bo miało właśnie w sobie taki zimny, szalony i bezduszny wpierdol. Pod sceną tłok jak jasna cholera, nawet moshpit się zrobił całkiem zacny, a mało kto nie machał głową. Ina pochwałę zasługuje również konferansjerka Paula, którą płynnie przechodził w kurewsko zajebisty growl. Wiem, piszę tu dość oszczędnie, ale tak naprawdę granie niszczycieli z Denver to bardziej osobliwość niż zwyczajny gig, ale wierzcie mi: chce się wincyj takich osobliwości.

I nagle koniec. Wzmaki całkowicie się zjebały, przez co nie szło dalej grać. Lipa jak cholera, Paul w krótkiej rozmowie przepraszał wkurwiony, że nie odegrali całego setu aczkolwiek słowo uznania zostało docenione. Mimo tego zgrzytu na koniec, muszę przyznać gig zrównał Ciemną Stronę Miasta z ziemią. Oczekiwałem niszczącego obiekty ładunku śmierć metalu i takowy otrzymałem. Cruciamentum zaorało wszystko całkowicie, zaś Blood Incantation rozrzuciło zwłoki pomordowanych po bezmiarach kosmicznej pustki. Kto nie był, niech żałuje!