W zasadzie miałem nie iść na ten koncert. Człowiek siedzi w robocie do 20, urobiony po łokcie (muszę sobie samemu robić kawę i myć później kubki), więc wahałem się. Zwłaszcza, że koncert zaczynał się chyba o godzinie 19:00 czy jakoś tak, więc istniała spora szansa, że przegapię występ głównego, jak dla mnie, zespołu tego wieczoru i 25 zyli pójdzie się paść, bo pozostałe dwie kapele Creative Act Of Music Tour 2010 widziałem kilkakrotnie. Jednakże jestem hardkorem, hehe i uwielbiam życie na krawędzi, a nie miałem planów na ten wieczór (ktoś zajął mój ulubiony stolik w Sheratonie) postanowiłem zaryzykować. I było to dobre posunięcie.

Chwilę po godzinie 20:00 zjawiłem się bowiem w rzeszowskim klubie Od Zmierzchu Do Świtu, ciasnym jak… albo nie będę świntuszył, sami sobie dopowiedzcie… No po prostu ciasno było i tyle. Akurat zdałem kurtkę szatniarzowi, gdy deski opuściła druga kapela tego wtorkowego wieczoru. No tak, przegapiłem sztuki Nammoth i Heart Attack. Podobno mam żałować, no ale tego to już nie wiem na pewno.

Zdążyłem jednak w sam raz na gig kapeli, dla której przede wszystkim jednak zdecydowałem się wybrać na gig. Armagedon, po ilu to już latach? Piętnastu, szesnastu? Nie ważne, liczy się to, że pojawili się z powrotem na scenie, promując właśnie swój najnowszy krążek „Death Then Nothing”. Jasne więc, że death’owcy z Kwidzynia skupiali się głównie na materiale z tego longpleja, który zresztą planowałem nabyć podczas koncertu. Niestety kontrę mojemu postanowieniu postawił portfel, wyraźnie odmawiając współpracy. W związku z tym pozostało mi jedynie obserwowanie wyczynów Armagedon na żywca, co bynajmniej mnie nie smuciło. Czterech chłopa (trzech z oryginalnego składu plus wszędobylski Adam Sierżęga) przez około czterdzieści minut raczyło nas brutalną, ale i przestrzenną dawką death metalowego ognia. W tany ruszyli raczej starsi stażem słuchacze, podczas gdy reszta, w tym i moja skromna osoba, podziwiali występ Armagedon z pozycji barowej – czyli w przypadku tego klubu jakichś czterech metrów od sceny. No a Armagedon szaleli, jakby z życiorysu ubyło im dwadzieścia lat i tyleż kilogramów. Prócz nowych numerów nie mogło obyć się bez obowiązkowych starszych numerów z „The Dead Condemnation” i chyba również z „Invisible Circle” które wywołały największy aplauz. Bardzo dobry koncert, cieszę się, że go nie przegapiłem, bo pewnie pluł bym sobie w brodę do teraz. Albo i dłużej.

Przedostatnim na deskach sceny Od Zmierzchu Do Świtu był krakowski Thy Disease. I to w dość odmienionym składzie, że zauważę ten fakt. Również i ci panowie są świeżusio po wydaniu nowego albumu, o dziwnym tytule (o ile w muzyce metalowej można jeszcze znaleźć coś dziwnego) „Anshur-Za”. Nie mam też pojęcia co to za fatum ciąży nad kapelą, gdy ta przyjeżdża do Rzeszowa, bo to już chyba drugi raz szlag trafia prąd podczas ich gigu. Na chwilę w klubie zapanowała ciemność, można więc było bezkarnie uderzyć kolegę z prawej lub złapać za pierś koleżankę z lewej. Awarię jednak szybko usunięto i Thy Disease kontynuowało podróż po death/black metalowym świecie Syndykatu. Nie znam jednak ich twórczości na tyle, by rzucać nazwami kawałków na prawo i lewo. I o ile muzycznie wypadało to chłopakom nieźle, to już wizualnie brak było dla mnie spójności – jedynie wokalista ubrany był w uniform znany z wcześniejszych występów, reszta zaś, jak mówi przysłowie, od Sasa do lasa. No szkoda, bo w ich przypadku ubiór sceniczny, muzyka i przekaz bardzo fajnie współgrają. I co tu szczerze mówić, jak widziałem ich z dwa lata temu na Metalfilii to jakoś bardziej mi się podobało, mimo, że i teraz źle nie było.

No i headliner trasy Creative Act Of Music Tour 2010, notoryczny all star band – Virgin Snatch. Tu również były małe zmiany, bo w miejsce Novego basem zajmował się troskliwie Anioł – czyli wszystko po staremu, hehe. Panowie chyba największą publikę, bo i też większość słuchaczy najbardziej zainteresowanych było właśnie nimi. Z jednej strony się nie dziwię, wszak ekipa Zielonego znana jest z żywiołowych koncertów, a ten swój thrash metal grają na naprawdę wysokim poziomie. Dlatego też wraz z pierwszymi taktami pod sceną (ogrodzoną od fanów… pufami, hehehe) zrobił się spory rozgardiasz, że użyję tak mało popularnego słowa. Również i na scenie zrobił się lekki ruch, na ile oczywiście pięcioosobowy zespół mógł sobie pozwolić na ruch na czymś tak małym. Oczywiście prym wiódł Zielony, bo frontman z niego pierwej sort, jak to się mówi na Wschodzie – skakał co chwila w ludzi pod sceną, by po chwili wskakiwać z powrotem i śpiewać dalej, jakby nigdy nic, ludzie spod sceny wskakiwali do niego (nie takie pufy straszne, hehe), ogólnie bardzo wesoła atmosfera. Na około dwanaście kawałków większość pochodziła z dwóch ostatnich albumów, no i nie mogło zabraknąć obowiązkowych szlagierów, jak „In The Name Of Blood”, „Walk The Line” czy dedykowany Vitkowi „It’s Time”. Po numerach własnych grupa odegrała cover Iron Maiden (o dziwo, kilka osób w ogóle nie rozpoznało, co to takiego, tragedia) – „Moonchild”, a zaraz po nim zeszła ze sceny w glorii udanego koncertu, z fankami uwieszonymi na szyjach, torsach i gdzie tylko się dało. Aż człowiek żałuje, że nie nauczył się grać choćby i na grzebieniu…

Cóż. Koniec końców nie żałuję, że wybrałem się na rzeszowski przystanek Creative Act Of Music Tour 2010, bo przede wszystkim zobaczyłem wyśmienity gig legendy, jaką jest Armagedon. Pozostałe dwie grupy, które dane było mi oglądać również wypadły zacnie, zwłaszcza headliner. Mam nadzieję, że następnym razem będzie równie dobrze.

Za fotki tradycyjnie dziękuję Sylwii Musiał. Więcej – tutaj.