Covenant XXV; Kraków, Klub Kwadrat, 27.04.2013

Po około półrocznej przerwie wyrwałem się w końcu z Rzeszowa na koncert, a na pewno wielu z Was tęskniło za moimi barwnymi opowieściami z życia metalowego wojażera. Cóż, nie chcę być rasistą, ale winę za to ponoszą Cyganie. Tak po prostu pewnego pięknego dnia wjebali się z podporządkowanej w mój kejosowóz, co unieruchomiło mnie na dość długi czas, a bilety PKP drogie, oj drogie. Szczęśliwie, od Pathologist to głowa nie od parady, wynalazł taniego przewoźnika i na krakowski koncert pojechaliśmy za trzy złote od osoby.

Dojazd komfortowym busem do Krakowa upłynął szybko i bezproblemowo, dość przed czasem, przez co zdążyliśmy jeszcze poszwędać się po grodzie królewskim i spokojnie udać się z centrum w stronę klubu Kwadrat. Dwa piwka pod klubem w kurewsko piekącym słońcu się obróciło i wtarabaniło do środka. Obawiałem się trochę o frekwencję, bo normalnie zaludnione przed koncertami miejsca dookoła Kwadratu teraz świeciły pustkami. Wewnątrz nie było lepiej, no ale nie musieliśmy się choć przepychać do stoisk z merchem, hehe…

Zgodnie z rozkładem wystartował śląski Offence, który według moich obliczeń oglądało 13 osób w pozycji stojącej i tyle samo usadowionych w lożach, co w przypadku dość pojemnego klubu nie wyglądało najlepiej. A sama kapela? A bardzo przyjemnie, już logo wyświetlane za plecami kapeli zwiastowało, że będzie tu dużo Szwecji, bo mocno kojarzyło się z Grave. Zresztą jak i sama muzyka Bytomiaków, strasznie śmierdziała mi tą kapelą z Gotlandii. Przyjęcia zajebistego nie mieli, bo i skąd, samemu wokaliście też raczej trudno było zachęcić do napierdalania pod sceną te kilka osób. Zagrali coś koło pięć – sześć numerów, ale nie powiem Wam jakich, bo kapeli dotąd nie znałem, a jak widzę, na koncie mają tylko split z jednym utworem, hehe… Ale jak coś wypuszczą, to chętnie przyjrzę się temu z bliższa.

Kolejnym zespołem był tyski (a propos Tyskiego, straszny szajs leją w tym klubie, no makabra – ani się upić, ani nic) zespół Dysphoria. Nazwa kapeli ostatnio wypłyneła na trochę szersze wody przy okazji pokazania dużego Fukka managmentowi Vadera, co związane było z internetowym głosowaniem na support dla Wiwczarka – przyznajcie, że to paranoja, że nie zagra zespół dobry, ale taki który ma więcej internetowych przyjaciół, lajkujących na zawołanie swoich kumpli? Dobra, chuj z tym, wiadomo, wiele patologii jest na scenie, ale szacun dla Dysphorii za nonkonformistyczny gest. Kolesie wyszli na deski w krwistoczerwonych shirtach, gitary miały nawet identyczny design – widać, że przykładają się do swojego wizerunku, hehe. No a potem zaczęli grać death metal, brutalny, połamany, intensywny. Niestety, powiem w ten sposób – umiejętności muzyczne swoją drogą, ale porwanie (nielicznej wciąż) publiki swoją – Dysphoria nie tworzy bowiem materiału wybitnie koncertowego, w chuj tu zmian tempa, natężenia współczynnika przypierdolenia, ale koncertowo jednak nikogo nie porwało. Może z wyjątkiem coveru „T.N.T.”, który właściwie jest przeciwieństwem muzyki granej przez kapelę z Tychów (Tych?). Nie było źle, ale mimo wszystko – scenicznie nie zabiło. EPkę jednak mam, jako że byliśmy wcześniej, posłucham w domu i ocenię.

Trzecim zespołem było Infatuation Of Death, które jednak nie tak dawno temu widziałem, więc podczas ich występu wybrałem się na rekonesans po klubie. Jednak ludzi wielu nie było, przeto oglądnęliśmy sobie z pozycji piwno – siedzącej popisy następnych Ślązaków. Z mojego gorolskiego punktu widzenia, koncert był bardzo fajny, chłopaki miło napierdalali death/grind na naprawdę przyzwoitym poziomie, z tego co kojarzę set oparli na nowszych kompozycjach (przy czym ostatni ich materiał ukazał się 8 lat temu…), ale i coś tam starszego było, na przykład dedykowany jedynemu napierdalającego bańką pod sceną w osobie Tymka – „Heretic Hellspawn Holocaust”. No fajny, brutalny recital, który jednak widziałem tylko w połowie. Ale myślę, że okazja jeszcze się trafi, a dodatkowym impulsem byłoby wypuszczenie jakiegoś nowego materiału…

Po trzech brutalnych wyziewach przyszła kolej na coś lżejszego – kolejny wyciągnięty z odmętów zapomnienia przez pewną rzeszę osób StrommoussHeld. Katowiczanie grają muzyką na pograniczu awangardy, industrialu, może nawet post metalu…Kumpel podsumował to tak – jaki kraj, taki Samael. I choć brzmi to pejoratywnie, wcale nie ma takiej intencji – mnie osobiście muzyka się podobała. Nie jest to coś do napierdalania dzikiego pod sceną, ale do takiego oglądania z piwem w ręku z pozycji baru. Czego byłem przykładem. StrommoussHeld poradził sobie z materią sceniczną, pomimo że publika w dalszym ciągu była przerzedzona jak włosy muzyków Nifelheim. Nie powiem Wam, co zagrali bo nie mam pojęcia, nie posiadam żadnej ich płyty – pamiętam, że gdzieś miałem ich pełnowymiarowy krążek na CDR, z czasów, gdy ten format był jeszcze dość drogi i nie tak powszechny, bo w mieścinie były trzy wypalarki, hehe… Fajnie wypadł jednak ten ich koncert, obaj wokaliści nieźle się uzupełniali – no zdecydowanie jest to muzyka, która mogła się podobać.

A jak już podumaliśmy nad muzyką StrommoussHeld, to nastąpiła diametralna zmiana stylistyki. Na scenę wejszli panowie patologowie z Epitome. Fajnie, że się załapali, choć początkowo wydawało mi się, że nie za bardzo pasują na fest z takimi kapelami jak Deus Mortem czy Arkona, ale potem pomyślałem z kolei – a w sumie, to dlaczego kurwa mać nie? A jak już weszli na scenę w kitlach i fartuchach upaćkanych krwią, z juchą na twarzy i chuj wi gdzie jeszcze, to już nie miałem żadnych pytań. Z małą zmianą w składzie – Kostka zastąpił jeden koleś, bodajże Słowak, ale mogę się ostatecznie mylić. Powiem tak – nie ma wielu zespołów grind’owych, które lubię, ale akurat należy do nich Epitome, a już zwłaszcza w scenicznej odsłonie – oczywiście niewiele osób doceniło to i machało łbem pod sceną, ale ja sam przyglądałem się ich harcom z balkonu akurat, hehe. Tylko, że nie powiem Wam czym zmasakrowali, bo po tytułach to tak ciężko, może poza jednym – obowiązkowym coverze Mortician. No jest to muza świetna do oglądania na żywca i naprawdę szkoda, że w dalszym ciągu mało ludzi było w Kwadracie. W sumie wszyscy mówili „eee, na wojdhanger to już będzie luda”, ale jak się okazało, było to wróżenie z fusów. Tak czy owak Epitome odstawił naprawdę zajebistą sztukę!

Choć faktycznie, na Voidhanger trochu się zagęściło pod sceną, ale daleko było od tłoku. Goście wyszli i pomimo że nie jesteśmy magazynem plotkarskim w oczy od razu rzuciło się, że Warcrimer jakby przez pół teraz wyglądał. Voidhabger wszedł i bez zbędnego pierdolenia uderzył od razu z grubej rury. Coś tam zaczęło się nawet kotłować pod deskami, ale nie było to porażające szczerze mówiąc. Jazda od początku do końca, z kipiącym ze sceny wkurwieniem były cechami charakterystycznymi koncertu komandy z Voidhanger. Ponadto chyba, faktycznie byli oni pierwszym naprawdę wyczekiwanym zespołem tego wieczoru przez większość maniaków. A co do publiki – zasadniczo młyn odchodził całkiem miły oku, choć oczywiście zawsze znajdą się idioci, jak jakiś burak, którego widzę dość często na koncertach – zawsze napierdala tak samo po pijaku, wkurwiając innych (a w każdym razie mnie) swoim zachowaniem – tarza się matoł po podłodze, symuluje masturbacje, a co najbardziej mnie denerwowało, cały czas próbował wepchnąć mnie w młyn, mimo że akurat nie miałem na to kurwa najmniejszej ochoty. Zrozumiał to chyba dopiero po zdecydowanym pchnięciu i przeturlaniu się trzech – czterech metrów. Poza tym śmierdział jak cap. No ale chuj mu w dupę, na scenie Voidhanger siał pożogę i było dobrze. Oczywiście odegrali nam co nieco z debiutu, no i oczywiście z EPki. Plus konieczny cover Bathory, którego domagała się publiczność. Bardzo porządnie odegrana sztuka.

Ale przyznam się, że to na zespół występujący bezpośrednio po Voidhanger czekałem chyba najbardziej – zwłaszcza, że ich debiutancka płyta rozpierdala mnie ilekroć tylko włączę „Emanations of the Black Light” w odtwarzaczu. Zdecydowanie ostrzyłem sobie zęby na Deus Mortem i się kurwa nie zawiodłem! Choć nie zdołali wykreować takiej atmosfery jak podczas ich koncertu z Mgłą, co jednak było głównie winą nie tak wielkiej publik w Kwadracie jak rok wcześniej w Rotundzie. Panowie maźnęli się juchą (może tą samą co Epitome, hehe) i rozpoczęli swoje misterium. Kurwa, numery z debiutu na żywo wypadają równie dobrze jak z płyty – takie”It Starts to Breath Inside” jest niemal stworzone do odgrywania na żywo, ze skandowaną końcówką – no genialne, naprawdę. Oczywiście wpleciono w setlistę „Spadnie Śmiertelny Cios Na Łby Chrześcijańskich Psów” (normalnie bym skrócił, ale nawet tytuł rozpierdala!), który pośród zgromadzonej publiki pod sceną wywołał amok. Deus Mortem odgrywa swoje koncert w iście nawiedzony sposób, a diabelska energia bije od nich na 6,66 kilometra. Szkoda, że tak mało osób mogło się o tym przekonać.

Po Deus Mortem stwierdziliśmy z Pathologistem, że zda się nam kolejne piwko. Właśnie! Wiecie co najlepiej świadczyło o marnej frekwencji? Że po browara nie trzeba było stać w kolejce, w zasadzie podchodziłeś i miałeś – jak w makdonaldzie. Drugim omenem chujowizny frekwencyjnej było to, że nawet pod koniec całego festu w kiblu było w miarę czysto – kto brodził w szczynach i innych wydalinach przy innych okazjach, ten mnie zrozumie. Ale do tematu – jak już wzięliśmy sobie to piwopodobne coś, stwierdziliśmy że Emptiness oglądniemy sobie z góry, z balkonów. Powiem Wam tak – jakoś mnie Belgowie nie porwali. Fajna muza niby, ale nie trafiło to do mnie w szczególny sposób. Ot, takie do posłuchania, a skoro nie przykuło naszej uwagi, poszliśmy z Pathlogistem poszwendać się po klubie. Więc nic ponadto Wam na temat koncertu Emptiness nie powiem. Zresztą o ile wiem, to i wśród innych zdania co do setu tej kapeli są podzielone.

Wszystko powoli zbliżało się do końca, na deski weszła Arkona, która niedawno wznowiła swoją koncertową aktywność. Za mikrofonem stanął człowiek orkietra, Armagog, który dodatkowo dzierżył jeszcze gitarę bodajże – wybaczcie, nie pamiętam, a że gość uzdolniony jest to i bym się nie zdziwił jakbym go z lutnią zobaczył czy inną waltornią. Kapela w białych bluzach z kapturami naciągniętymi na facjaty weszła na scenę i po krótkim intro zaczęła swoje show. Kurwa, powiem Wam, że chyba podczas ich koncertu pod sceną zrobiło się najbrutalniej, była krew, pot był, może nawet i łzy. Nie pamiętam od czego zaczęli, no ale oczywiście poleciały uderzenia z „Imperium” w postaci „Skrajnej nienawiści egoistycznej egzystencji”, „Epidemii rozczarowania i nędzy duchowej”, musowo „Pluję na twą marność, psie!”, coś z „Konstelacji Lodu”, czy nawet z pierwszej demówki – oczywiście nie muszę nadmieniać, że to w trakcie tych starszych kawałków pod sceną krieg wzrastał? Publiczność, mimo że nie zbyt liczna, skandowała teksty wraz z Armagogiem – widać że co poniektórzy przybyli na krakowski koncert właśnie z uwagi na Arkonę. A Arkona ich nie zawiodła i w mojej opinii zagrała chyba najlepszy koncert całego wieczoru. Godzina zimnego i plującego pogardą black metalu na najwyższym poziomie.

No i ostatni zespół, headliner całego wydarzenia – belgijski Enthroned. Osobiście przyznam, że dla mnie raczej był to miły dodatek, niż kapela, która przyciągnęła ludzi specjalnie do Krakowa. Zresztą – jak było widać po frekwencji – nie przyciągnęła, hehe… Ja sam posiadam jedynie taśmę „Towards the Skullthrone Of Satan”, coś tam oczywiście słyszałem w necie – cóż, uważam, że ich muzyka nie jest zła, ale jest wiele lepszych kapel. Nieważne, kapela zagrała w pięcioosobowym składzie o ile pamiętam, przy czym Nornagest trochę się rozrósł chłopina więc można liczyć, że było ich pięć i pół. Show Enthroned było jednak przyjemne w obserwacji, chociaż kilkugodzinny maraton spowodował, że nie wszyscy mieli siłę napierdalać dla Szatana na najwyższych obrotach (poza jednym współorganizatorem, który nabrał jakby na samo koniec sił witalnych i zaiwaniał pod sceną jak metalowy stachanowiec, hehe). Nornagest chyba miał też w życiu liczniejsze przyjęcia na koncertach, więc próbował zachęcić ludzi do aktywniejszego uczestnictwa. Nie powiem, było nieźle, fajny black metalowy koncert. W przerwach wokalista chciał się chyba pochwalić znajomością polskich realiów, mówić co i rusz „jebać polski rząd, jebać zasranych katolików” – gdyby nie to drugie, to bym się poczuł jak na wiecu ludu smoleńskiego. Belgowie zagrali około godzinny set plus bisy ku temu i osobiście byłem usatysfakcjonowany ich występem – oni sami zresztą chyba też. Dobre zakończenie dobrego festu.

Jak już Enthroned zeszło ze sceny, to i my po chwili wzięliśmy swoje kształtne dupy w troki i pospieszyli ku dworcowi. Szczęśliwie, bus w drodze powrotnej do Rzeszowa nie był załadowany do cna, dzięki czemu można było się jebnąć na dwóch miejscach i kimać. Co też zresztą uczyniliśmy.

Naprawdę, podziwiam Rafała, że mu się chce i że się chłopina nie zraża. Przy marnej frekwencji cały event obronił się jednak pod względem nazwijmy to artystycznym, bo w zasadzie to nie było słabego koncertu w ramach Covenant XXV. Jak najbardziej pozytywne są więc moje odczucia względem tej kwietniowej imprezy – mam nadzieję, że przy okazji na przykład trzydziestej edycji będę mógł powiedzieć to samo! Byle tylko z frekwencją było lepiej, bo tym razem był trochę wstyd.

A więcej zdjęć sprawdźcie tutaj.

Autor

9992 tekstów dla Chaos Vault

Sarkazm mu ojcem, ironia matką i jak większość bękartów jest nielubiany. W życiu nie trzymał instrumentu w ręku, więc teraz wyżywa się na muzykach. W obiektywizm recenzencki wierzy w takim samym stopniu jak we wniebowstąpienie, świętych obcowanie i grzechów odpuszczenie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *