Covenant XV; Kraków, Klub Kwadrat; 21.04.2012

Okresowy spęd metalowy pod szyldem Covenant wrósł już na stałe w krajobraz południowej sceny w naszym kraju, gromadząc w Krakowie raz mniej raz więcej pogłowia. Tym razem miało być grubo, bo oto i na piętnastej edycji miała się odbyć celebracja piętnastej rocznicy mordowania dźwiękiem prowadzonej przez Zabójców z Południa. Ale nie wyprzedzajmy faktów.

Impreza zorganizowana była w krakowskim klubie Kwadrat. Miejsce nie należy do najmniejszych, zastanawiałem się przeto, jak wypadnie to wszystko w zderzeniu z rzeczywistością. Bo wiecie, frekwencja, chuje muje, bla bla (nie chce mi się powtarzać znów tych samych zarzutów, że ludzi mało, że to że tamto. Ale na początku było naprawdę marnie. Mało powiedzieć, że z Rzeszowa z planwanych sześciu – siedmiu osób przyjechało trzy. Więc jeśli z każdej ekipy tyle samo odpadło, to nie dziwiłem się, że pierwszy zespół na feście – Cień oglądało może z dwadzieścia osób, podczas gdy w całym klubie było z pięćdziesiąt może. Miałem wątpliwości, jak wypadnie wspomniana kapela, bo Epka – choć porządna – to jednak wypadała dość przeciętnie. Jednak zespół poradził sobie nieźle, ba – zabrzmiał lepiej niż na „Time Of Desolation”. Kolesie grają depresyjny black metal w stylu Shining czy Lifelover (czego zresztą można było się spodziewać po ich t-shirtach, hehe), który wypadł całkiem w porządku. Nawet jedna osoba napierdalała baniakiem i odstawiała dziwne tańce podczas ich setu – choć ten sympatyczny hanys robił to samo przy wszystkich innych kapelach, jakby za dużo kawy wypił, hehe! Cień produkował się na scenie około trzydziestu minut, może krócej, ale przyznam, że osobiście mi się podobało.

Cień zszedł z desek klubu i ustąpił miejsca lokalnemu Exmortum. Przyznam, że ten zespół był jednym z najważniejszych powodów, dla których zdecydowałem się pokonać niecałe dwieście kilometrów. T.Y.M.K.A. znam od dłuższego już czasu i bardzo chciałem zobaczyć debiut sceniczny jego formacji. Jeśli jeszcze ich nie znacie już Was spieszę nakierować – goście napierdalają death/doom metal z elementami black metalu, wszystko wymieszane w gęstej kadzi ze smołą. Tymek zestresowany przed koncertem, na deskach zamienił się w prawdziwie opętaną bestyjkę. Exmortum – jak na pierwszy raz – odjebało naprawdę porządny koncert i w zasadzie można się było nawet nie domyślić, iż to ich pierwszy raz na deskach. Usłyszeliśmy kawałki z bardzo dobrego splitu z Deadly Frost, do których dodano nam cover. Czy zaskakujący? Nie wiem, pewnie można było liczyć na przeróbkę znaną już ze wspomnianej płytki, niemniej jednak ja się nie zawiodłem, gdy usłyszałem ze sceny „A teraz coś o tym, jak to było przed stworzeniem czasu…”. Miazga. Reasumując – koncert wyśmienity, a i sami zainteresowani sprawiali wrażenie zadowolonych. Dokonało się.

Kolejną kapelą na deskach krakowskiego klubu był Formis. Szczerze rzeknę, iż był to chyba najsłabszy koncert podczas całego festiwalu… Ci kolesie jakoś nie pasowali mi do tej imprezy, głównie stylistycznie… Jasne, podczas ich gigu dwóch najebanych chłopczyków krzyczało ich nazwę, ale wicie rozumicie – jak byłem w ich wieku, też mi się bardzo podobał Sceptic. Ba, miałem ich debiut (jedyne co wypuścili) więc byłem die hard fan… ale wracając do Formis… Ten ich metal był strasznie grzeczny, miałem wrażenie, że wokalista bardziej niż na śpiewaniu przykładał się do tego, by wypaść fajnie przed obiektywem, hehe. Otóż Formis gra coś na styku melodyjnego death metalu i thrash metalu, ale też takiego z gatunku lżejszych… Zasadniczo to set tych Ślązaków mnie wynudził, czekałem tylko kiedy minie przydzielony im czas, a na scenę wejdzie jakiś prawdziwie metalowy zespół… Kolejnym razem proszę o coś innego, hehe…

Kolejna kapela i co tu dużo mówić – tym razem był to strzał prosto w ryj. Na imię im było Ulcer Uterus, a ich brutalny death metal może i mnie nie porywa z ich albumu, jednak bardzo przyjemnie prezentował się scenicznie. Na scenie pięć osób uraczyło nas dość żywiołowym show, które opierało się głównie o numery z debiutanckiego krążka, włączając w to wszystko cover Morbid Angel. Miło się patrzyło na tą kapelę, bo widać, że obtrzaskani są ze sceną pomimo niewielkiego dorobku płytowego. Osobne brawa od publiki zebrała Nostalgia, ale to już bardziej chyba ze względu na płeć, hehe – muzycznie bowiem nie odstawała od wysokiego poziomu reszty zespołu.

Gdy już Ulcer Uterus zeszło ze sceny, deski musiały udźwignąć ciężar dewiacji… nie byle jakiej, bo reprezentowanej przez Deviation właśnie. Kapela z kobietą za mikrofonem… pewnie część z Was myśli (bądź myślała), że mamy do czynienia z kolejnym kastingiem w „Masz Talent”. Kapela zwała się Deviation. Kurwa, przyznam, że zrobili na mnie wrażenie – ich death metal nie był jakiś wybitnie oryginalnym lub przeciwnie – wybitnie nieoryginalnym. Deviation po prostu skopał dupska tym, którzy podeszli bliżej sceny – a takich nie brakowało, jak tylko wyczaili, iż postac pod kapturem, z łańcuchami przy przegubach to kobieta, hehe! Laska miała dar przekonywania do swej muzy, nawet pomijając trochę drętwą gadkę – „Philosophy Of The Hammer” naprawdę nie potrzebowało tak łopatologicznego wstępu, hehe! Ale nie ważne, dobrze, że Deviation pokazało się na jeszcze szerszą skalę niż przy okazji ostatnich koncertów – ta grupa ma naprawdę przyszłość przed sobą, byle nie pozbywali się takiego gardła, jakim dysponuje ta kobieta na wokalu – moc, kurwa! Aha – i kolejny raz uraczono nas coverem Morbid Angel, o ile mnie pamięć nie myli.

Embrional widziałem już wiele, wiele razy. Ale nie pamiętam, koncertu, podczas którego ten zespół dałby dupy – tak w całości, jak i po części. Krakowski koncert był kontynuacją ich dobrej passy, z przyjemnością więc oglądałem ich dzieło zniszczenia. Czterech chłopa zrobiło rozwałkę godną pięciokrotności ich liczebności, hehe… Ok, bo już mi się pierdoli, kończę piwo i zacznę relację jutro… Dobra, mamy jutro, czyli dziś. Kontynuujmy więc. Embrional był świeżo po wydaniu swojego najnowszego albumu „Absolutely Antihuman Behaviours” więc logiczne, że i z niego zaprezentowano kilka numerów. Co konkretnie? Wybaczcie, nie pamiętam wiele, poza tym, że odegrali ładnie numer tytułowy, hehe. Były też rzeczy starsze no i oczywiście było na sam koniec „Death and Destruction”. Za dwa tygodnie Embrional łupie u mnie w Rzeszowie, niestety już dziś wiem, że zjawić się nie będę mógł. Podejrzewam mimo to, iż ich passa trwać będzie nadal, hehe.

Po huraganie zwanym Embrional scena klubu opustoszała, ale na krótko, bo zaraz przejęta została przez kolejną death metalową hordę, Infatuation Of Death. Tych urwipołciów widziałem jednak tylko przez moment, ale nie zgadniecie – podobało mi się! Jednak rozmówki polsko – polskie z nowymi i starymi znajomymi wzięły tym razem górę nad treścią artystyczną koncertu Ślązaków. Swoją drogą, sam klub w tej godzinie zaczął coraz bardziej zapychać się ludźmi, którzy przybyli z najodleglejszych zakątków naszego kraju, hehe. Początkowo mizeria frekwencyjna poczęła odchodzić więc w niepamięć…

Po Infatuation Of Death kolejna kapela sponsorowana przez literkę I. Nie, nie było to Iron Maiden, hehe. Infidel się zwą i grają black metal. Kapela, która dba w równym stopniu zapewne o doznania słuchowe, jak i wzrokowe maniaków spod sceny. Opasani w bulletbelty, z corpsepaintami na twarzach i gwoździami na przedramieniach przybyli siać black metalową pożogę. I może siali, jednak przyznam, że konwersacje na temat życia i tematów pobocznych przeciągnęły mi się na ich koncert. Ale jakoś nigdy nie byłem ich fanem, osobiście nie mam nic do ich muzyki, jednak klękać nigdy nie klękałem… odpuściłem ten set, jeśli więc jesteście ciekawi tego, jak wypadł Infidel – przepraszam.

Następnego zespołu jednak nie mogłem sobie odmówić. Bloodthirst zaprzęgnął bowiem Kozły i przybył do Krakowa. Bez bulletbeltów, bez corpsepaintów, bez gwoździ, a przypierdolili aż miło. Jestem zwolennikiem ich antychrześcijańskiego thrash metalu, więc gęba sama mi się cieszyła przy dźwiękach „Sanctity Denied”, „Przeklinij Życie”, „Excommunion” i innych ich przebojów i hitów, hehe. Tym razem bardziej mi się podobał ich koncert niż ostatnia moja z nimi przygoda w Warszawie, kiedy grali przed Aura Noir – tego sobotniego wieczoru w Krakowie Bloodthirst wykrzesał z siebie 666% normy. Z nowym sesyjnym gitarzystą (który notabene również dawał sobie radę) dobrze się panowie pozgrywali, dzięki czemu i publika była zadowolona z tego setu, skandując co chwila nazwę kapeli. Na sam koniec Bloodthirst uraczył nas coverem Morbid Angel… uups, sorry zagalopowałem się – akurat Poznaniacy postawili na przeróbkę Kata i ich „Czasu Zemsty”… No, nie było źle, ale wybór mógł paść na coś innego, bo jakoś ten cover nie chwycił za me czarne serce. Suma summarum cały ich gig wypadł mimo wszystko bardzo dobrze, nawet sami muzycy byli zadowoleni, a przynajmniej tak rzekł do mnie Rambo podczas wspólnego oddawania moczu, hehe!

No i Furia. Może tym razem ograniczę się do suchych faktów, bez zagłębiania się w to, jak to ich jedni lubią, a inni mniej. Zapewne wiele osób przyjechało tu specjalnie dla nich (strzała, Łysy!), a i ja z chęcią powziąłem postanowienie oglądnięcia ich setu. Ja należę do tej pozerskiej części sceny, które akurat lubią tak muzykę Furii, jak i jej koncerty (choć i ich słabsze sety widziałem). Ustawiłem się więc z kolegą Tomkiem i z dogodnej odległości oglądaliśmy sobie recital Ślązaków (kurna, tego wieczoru w Krakowie to jakaś ich supremacja miała miejsce, hehe – zdecydowanie nie byli tu mniejszością, jeśli chodzi o dobór kapel!). Nasze black metalowe pogodynki odstawiły naprawdę dobry koncert. Zasadniczo, dla mnie nie było to coś do napierdalania w tłumie, raczej do słuchania i obserwowania. Furia w znakomity sposób odstawiła swoje show, w zasadzie to ich muzyka porwała mnie na tyle, że stałem w bezruchu i po prostu chłonąłem ich koncert. Ale byli i tacy, którzy bawili się bardziej aktywnie, ja jednak wolałem bierne obserwowanie, które i tak sprawiło mi olbrzymia przyjemność. Bardzo udany koncert.

I pora na solenizantów, czy tam jubilatów. Stillborn fetował tego wieczora swoje piętnaste urodziny. Jeszcze trzy lata i chłopaki będą mogły oficjalnie pić alkohol, hehe. Szczerze, zastanawiałem się, czy z tejże okazji Zabójcy z Południa przedstawią nam jakiś niecodzinny performance. Jakoś niedługo po dwudziestej trzeciej przekonałem się, że… nie. Ale to przecież dobrze, bo co niby miałoby to być: nagie tancerki, killer w duecie z raperem, rytualne zabójstwo? Panowie po prostu wyszli i zrobili to, co robili przez piętnaście lat – dojebali do ognia. Przejechali przez swoją dyskografię wzdłuż, wszerz i na ukos, bez sensu uważam wymienianie kawałków, które zostały zaprezentowane, bo każdy wie, czym Stillborn zwykł wyrywać ludziom kręgosłupy. Wydaje mi się, że podczas ich koncertu młyn pod sceną był największy – no ale czy mogło być inaczej? Jasne, że nie kurwa! W którymś tam momencie (nie pamiętam już przy jakim to numerze) na scenę wkroczył dumnie ex-gitarzysta Ikaroz, by gościnnie odśpiewał i odegrał jeden (a może dwa) utwory. Poszczególne kawałki zazwyczaj były przeplatane krótkimi zapowiedziami Killera, ale i tak największą furorę zrobił Ataman, który – uwaga – zapalił papierosa. Nie wiem dlaczego, ale uczynił tym furorę, gwizdy i okrzyki aplauzu jakby był Morrisonem, który w telewizji ogólnokrajowej pokazał chuja, hehe. Ale nic to, widać było, że i zespół i maniacy dobrze się bawili tej nocy. Na koniec Killer podziękował przybyłym ekipom, fanom z najróżniejszych zakątków kraju i zmył się wraz z zespołem na backstage, gdzie zapewne trwała już impreza obfita w alkohol – w końcu urodziny, nie?

Podsumujmy. Przede wszystkim brawo dla Rafała, że dotrwał do piętnastej edycji swojego festu – a już zaanonsowane są dwie bądź trzy kolejne, hehe! Po wtóre, brawo dla solenizantów za piętnaście lat plucia siarką w twarz biskupów i hołoty! Po trzecie, dlaczego na każdym metalowym koncercie szlagierem numer jeden jest piosenka „Jezus chuj, wozi gnój na czerwonych taczkach…”??? Za cholerę tego nie pojmę. Cała impreza była naprawdę dobra, niektórzy jedynie ugięli karki (i całe ciała) pod naporem wrażeń i zalegli w najprzeróżniejszych miejscach klubu, haha! No ale widział ktoś porządne urodziny bez przybijania gwoździa łbem?!

Autor

9989 tekstów dla Chaos Vault

Sarkazm mu ojcem, ironia matką i jak większość bękartów jest nielubiany. W życiu nie trzymał instrumentu w ręku, więc teraz wyżywa się na muzykach. W obiektywizm recenzencki wierzy w takim samym stopniu jak we wniebowstąpienie, świętych obcowanie i grzechów odpuszczenie.

8 komentarzy

  • a można było się doedukować ostatnio, bo chyba też śpiewali hehe

  • Więc tak. Skomentuje jedynie 4 zespoły. Embrional – Chciałem ich posłuchać, wszyscy mówili, że perkusista przezajebisty, wypierdala itp. Jak dla mnie jest dobry, nawet bardzo, ale nie urzekł mnie niczym specjalnym.

    Bloodthrist – Tych panów nigdy nie słyszałem wcześniej i powiem, że zagrali solidnie lecz ich set mnie znudził. 2 kawałki wcześniej już mogliby skończyć.

    Furia – I tutaj się zgodzę z Tobą (Panem, nie wiem czy grzeczniej czy nie mam się wyrażać:D) zgodzę w 100% „Zasadniczo, dla mnie nie było to coś do napierdalania w tłumie, raczej do słuchania i obserwowania. Furia w znakomity sposób odstawiła swoje show, w zasadzie to ich muzyka porwała mnie na tyle, że stałem w bezruchu i po prostu chłonąłem ich koncert. Ale byli i tacy, którzy bawili się bardziej aktywnie, ja jednak wolałem bierne obserwowanie, które i tak sprawiło mi olbrzymia przyjemność. Bardzo udany koncert.”

    Stillborn – Sieka w chuj, na to czekałem w sumie cały koncert. August na garach w Stillbornie, Deception i Geniusie napierdala aż miło. Killer zabijający wzrokiem ze sceny. Rzułty i Ataman też dobrze, chociaż obaj ‚pokerface’ przez cały koncert mieli 😀 Tak czy tak Stillborn roz*ebał 😉 Dobra relacja 🙂 Pozdrawiam

  • Infatuation Of Death grało cover morbid angel 🙂 rapture
    Deviation nie grało żadnego coveru 😀

  • No właśnie, jak już powiedziałem – długi okres od imprezy i sporo kapel pomieszało mi coś w zwojach, przeto będę wdzięczny za dalsze uwagi 😉 Zwłaszcza, że dziś kultura, hehe.

  • Ja tylko dodam, że nie „Rapture”, tylko „Pain Divine” zagrali Infatuatorzy.

  • Pozdrowienia od „Sympatycznego Hanysa” 🙂 Koncert świetny chodź pod koniec trochę mnie siły opuściły 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *