Już stanowczo za długo nie byłem na żadnym wyjazdowym koncercie, wiec okazja, aby zobaczyć na żywo na jednej scenie Marduk i Immolation musiała zostać wykorzystana. Szczególnie przyciągnęli mnie do Krakowa Amerykanie… Ale może jednak od początku. Sobotnie popołudnie to idealny termin koncertowy: Wolnego nie trzeba brać (przynajmniej większość), na następny dzień nie trzeba iść do roboty (podobnie: nie wszyscy) więc usprawiedliwienia dla pozostałych w domu nie ma żadnego. No może Overkill na dzień następny w Katowicach daje rozgrzeszenie hehe. Sam miałem dylemat, który koncert wybrać, bo niestety finansowo bym dwóch nie obrócił, ale wydaje mi się, że wybrałem dobrze. Spora gromada rzeszowskich maniaków właśnie w niedziele ruszała do Katowic, więc my skromną ekipą zmotoryzowaną dzięki niezmierzonej uprzejmości tatusia Oracle wyruszyliśmy w stronę Krakowa i po około dwóch piwkach byliśmy na miejscu.

Pod klubem już sporo ludzi w środku jeszcze więcej. Ciekawa sprawa, bo koncert dopiero się zaczyna. Nie udało nam się niestety załapać na darmową płytę Dira Mortis i jeszcze przegapiliśmy początek gigu Infatuation Of Death. Punktualność godna podziwu. Przyznam, że niezbyt dokładnie oglądałem występ chłopaków z wielu miast polskich. Tu jeszcze fajeczka, tu rzucenie oka na merch, zakup piwka, pstryknięcie paru zdjęć… I tak występ przeleciał trochę obok. Ale z tego, co widziałem to naprawdę dobrze chłopaki zagrali. Konkretny, mięsisty decior! Fajnie, że niedługo ma pojawić się w końcu ich debiut, bo już sporo lat minęło odkąd cokolwiek wydali. Myślę, że „Icons Of Impiety” to będzie płyta, którą trzeba będzie na półce postawić. Pożyjemy zobaczmy. Kredyt zaufania jednak u mnie mają.

Dobra koniec koncertu, czas ruszyć na polowanie. Merch przebogaty, więc naprawdę było, w czym wybierać: koszulek, płyt, winyli ogromna ilość i oczywiście dobre ceny jak to na koncertach. Z Oraclem obkupiliśmy się dobrem wszelakim. Takie mieliśmy banany na ryjach, że w zasadzie można by wracać do domu hehe. Ale oprócz przepuszczana krwawicy na stoiskach przyjechaliśmy tu przecież jeszcze posłuchać muzyki i przelać kasę przy barze hehe. Następna kapela: Dira Mortis. Gruby (albo, jak kto bardziej grindów słucha to Vaginathor) zostaje na scenie, przebiera koszulkę i zaczyna drzeć ryja tym razem, jako naczelny gardłowy ekipy w sumie z Gorlic. Czekałem na ten występ, bo wiele dobrego nasłuchałem się o tej kapeli. Poza tym ich koncert to było jakieś wydarzenie, bo chyba pierwszy raz od ośmiu lat (czy coś koło tego) wyszli na scenę promując materiał, który jest tak naprawdę ich debiutem, mimo że istnieją już ponad dziesięć lat. Przekazałem te informacje jak we wiadomościach hehe. Ale przecież nie daty i cyferki są najważniejsze a to, co na scenie. A na scenie działo się niemało. Z głośników wydobywał się rasowy Death Metal niebiorący zakładników. Bardzo przyjemnie się ich słuchało i oglądało. Muzyka zróżnicowana i mimo że kawałki do najkrótszych nie należały to nie nudziły, bo zawsze pojawiało się w nich coś ciekawego: walcowate zwolnienie idealne do machania banią albo nieco bardziej grindowy przytup do potańcowania hehe. Występ naprawdę bardzo dobry, pod sceną już parę osób się o siebie obijało a do klubu zaczęły wbijać naprawdę spore tłumy. To chyba jednak za sprawą następnej sztuki, która miała zostać odegrana na deskach krakowskiego klubu „Kwadrat”.

Kolejną ekipą, która miała uraczyć nas swoimi dźwiękami był oczywiście Voidhanger. Tej kapeli myślę, że już nikomu przedstawiać nie muszę. Ostatnio są znani w polskim undergroundzie jak pan Darski w mainstreamie hehe. Nieistotne. Ważne, że muzyka ich to istne tornado porywające, miażdżące i rzucające po ścianach każdego, kto zdecyduje się w nie wejść. Świetna maszyna koncertowa: bez kompromisów, bez przebaczenia, bez litości. Zaczęli od szlagieru z debiutu: „Wrathprayer”, który od pierwszych sekund wywołał spore zamieszanie pod sceną. Według mojego rozeznania poleciała cała EPka „The Antagonist” z niewiarygodnie wykonanym coverem wiadomo jakim, wiadomej ekipy hehe. Jestem pełen podziwu dla kapeli, że potrafiła nagrać taki cover: pełen świeżości, precyzji i indywidualnego podejścia, ale i z zachowaniem ducha lat minionych. Nic temu występowi zarzucić nie można, choć momentami wydawało mi się ze wokal trochę niedomagał: wiadomo ciężkie warunki koncertowe, pogoda sprzyja wszelkim chorobom, itd… Występ jednak świetny! Z otwierającej trójcy zdecydowanie najlepszy! Niestety po koncercie Voidhanger miały na scenie prezentować się kapele, których nie znałem, ale nie spodziewałem się też nic szałowego. W sumie to niewiele się pomysłem, ale zacznijmy od początku.

Na pierwszy ogień tej części imprezy poszli Czesi z Heaving Earth. Coś tam słyszałem głosy, że to nawet niezłe, żeby pójść zobaczyć, ale tak naprawdę mnie jakoś nie bardzo przekonali. Nie pasowało mi najbardziej to, że generalnie ekipa z Pragi gra Death Metal a wokal to grindowe „bulgoty” i „świniaki”. Jakoś mi się to gryzie jedno z drugim i nie przekonuje. Zrobiłem klika zdjęć, kupiłem piwo i poszedłem w pizdu. Jednak okazało się, że moje największe obawy, co do doboru kapel miały się dopiero potwierdzić…

Kolejni na scenie mieli być Francuzi z Forsaken World. Oni weszli a ja wyszedłem hehe. Nie, niestety nie mogłem tego zrobić, bo obowiązki hehe. W każdym razie robiąc zdjęcia coś tam niestety widziałem i usłyszałem. A to, co dotarło do moich uszu i oczu to był dramat. Ryje wymalowane, szmaty jak wielbiciele czarnego metalu a z głośników jakiś śmieszny metalcore. Zaczęli pierwszy numer, jakieś absurdalne melodyjki, solówki i te wymalowane ryje. No dramat. Ja spierdoliłem spod sceny jak najszybciej i udałem się jak najdalej od tego żenującego spektaklu. To nie, że ze mnie taki malkontent, bo stojąc akurat w przejściu słuchałem ludzi wychodzących z sali. To nie były słowa w stylu: „idę się odlać” czy „idę zapalić” albo „asiekurwanajebałem” (choć to też hehe), ale raczej wyzwiska, głosy niezadowolenia i wręcz zdziwienia. Po co to? Na co to? Kupa straszliwa. Nawet koło Forsaken World nie przechodźcie. Ja niestety musiałem jeszcze raz wstąpić w tą straszliwą melodramę bo mi okrutnie zaschło w gardle i musiałem nabyć bursztynowy eliksir. Na scenie ekipa z Francji trzymała poziom…

Na kolejny ogień poszli angole z Dead Beyond Buried. Szczerze powiem: olałem ten koncert. Wpadłem na chwilę, zrobiłem parę zdjęć i poszedłem dalej gadać na tematy piwno-metalowe. Ponoć koncert całkiem fajny. Ludzie byli zadowoleni. Z tego, co ja widziałem to na scenie wokalista się nie oszczędzał, zresztą pozostali członkowie też wypacali z siebie spore ilości piwa. Taki decior chyba trochę za techniczny jak dla mnie.

Ale za chwilę Immolation! Kurwa jak oni wyszli na scenę świat zapłonął! Od pierwszych sekund pod sceną amok. To jest niesamowite, że amerykanie są już prawie 25 lat na scenie (za rok okrągła rocznica im stuknie) i mają takie niespożyte pokłady energii. Dolan to człowiek zaiste niesamowity: kiedy dziękuje kapelom z trasy albo publice głos ma jak dobry ojciec a jak szarpnie strunę swojego basu zamienia się w bestię. Pot się z niego lał tak, że wyglądał jakby wypadł właśnie spod prysznica. Pozostali też dawali z siebie 120% normy! Niesamowita miazga. Z ostatniego długograja zabijały „A Glorious Epoch” i numer tytułowy z zeszłorocznej EPki na pewno poleciał kolejny przebój, czyli „What They Bring”. Z klasyków ku mojej wielkiej uciesze odegrane zostały „Father, You’re Not a Father” i „No Jesus, No Beast” – absolutne niszczyciele i przy okazji jedne z moich ulubionych numerów Immolation. Tym bardziej się uciszyłem, bo nie zawsze pojawiają się one w set liście Amerykanów. No, co ja mam więcej napisać? Słów brakuje żeby oddać to, co się działo na scenie i pod sceną. Krew się polała. Okazało się, że to była krew naszego towarzysza podróży i że względy na powagę obrażeń dwóch z naszej czwórki już w tym momencie koncert musiało zakończyć i udać się na pogotowie. Życie. Metal = przemoc! Ale kult był! I mnie niedane było z tego wszystkiego zobaczyć ostatniego numeru, ale mimo wszystko koncert rewelacja. Nie było, co zbierać.

A to jeszcze nie koniec, bo przed nami jeszcze pancerna dywizja! Strasznie długo kazali na siebie czekać, wszystko już poukładane i popodpinane, intro sączy się z głośników a Mortuus i jego komando jakoś nie kwapią się wychodzić na scenę nawet mimo gromkich wezwań publiczności. W końcu są, zaczynają i maszyna susza. Zajebiście duża rzeszę fanów na ta horda. Obserwowałem koszulki noszone przez przybyłych do „Kwadratu” i myślę ze jednak ilość ludzi z logiem „Marduk” na piersi przeważała. Nie ma się, co dziwić, po kiedy Marduk odpala z takich dział jak „Throne of Rats”, „Baptism by Fire”, „Slay the Nazarene”, „The Black Tormentor of Satan” czy oczywiście „Panzer Division Marduk” to nie pudłuje. Niewiarygodna agresja i przemoc. Pod sceną trup się ścielił gęsto. Niemniej jednak, po Immolation to już nie było to. Amerykanie jednak zmietli z powierzchni ziemi… Ubolewam bardzo nad tym, że kolejność nie była inna. Jakby Immolationzagrało ponad godzinną sztukę to bym był zdecydowanie bardziej zadowolony. Ale nie ma, co narzekać: Marduk też na scenie jest nie od dziś, ma zajebiście dużo niszczących kawałków, z których część poleciała w sobotni wieczór. Zagrali też według mnie najlepsze numery z nowej płyty, czyli utwór tytułowy oraz wolny i hipnotyczny „Temple of Decay” tak, że i w tej materii byłem usatysfakcjonowany.

Generalnie podsumowując cały spęd: ludzi ogrom, merch zajebisty i w dobrych cenach, impreza przednia i koncerty świetne (oczywiście z wyjątkami). Generalnie wracając do chałupy zachwytom nad czasem spędzonym w „Kwadracie” nie było końca!

A – tutaj reszta fotek. Przeglądnijcie, może jakieś laski ciekawe wyhaczycie 🙂