mgła2015Szczerze: gdyby mnie zabrakło tego sobotniego wieczoru w Krakowie, to bym chyba nie odżałował. Było trochę kręcenia nosem, że jest to powtórka sprzed niecałych dwóch lat. Dwie te sam kapele, zamaskowani goście z Islandii. Miałem wrażenie pewnego déjà vu. Ale jechać trzeba było. Impreza była znakomita, wszystkie kapele wypadły bardzo dobrze lub lepiej, płyt nakupiłem. Warto było. Ale może jednak zacznę od początku.

Jak tylko pojawiły się bilety, szybko przelałem pieniądze i niedługo potem otrzymałem maila z jednym interesującym słowem „fulfilled”. Pozostało jedynie uzbroić się w cierpliwość i czekać do 12 grudnia. W listopadzie okazało się, że gościem specjalnym będzie Clandestine Blaze, co utwierdziło mnie w przekonaniu, że wcześniejszy zakup biletu był dobrym pomysłem. W sobotnie popołudnie zebraliśmy się przed jednym z rzeszowskich marketów, kupiliśmy prowiant na drogę w postaci ulubionego napoju Aleksandra Kwaśniewskiego oraz czegoś słabszego i pognaliśmy w stronę Krakowa. Tym razem zdecydowaliśmy się na samochód, bo ryzyko, że na busa powrotnego możemy nie zdążyć było zbyt duże. Decyzja okazała się słuszna. W niecałe dwie godziny nadjeżdżamy do bram Grodu Kraka. Błyskawicznie lokujemy się pod klubem i odbezpieczamy piwko. Pojawia się coraz więcej BDB kolegów. Generalnie znajomych było w chuj. Przyznam szczerze, że widziałem ludzi z Rzeszowa, których w życiu nawet bym nie podejrzewał o znajomość Mgły, że o Clandestine Blaze to nawet nie wspomnę. Po wypiciu piwka i sporej ilości przybitych „piątek” postanowiliśmy jeszcze udać się na posiłek do pobliskiego kebabu.

Kringa12.12.15I jakoś punktualnie o 19 wróciliśmy pod klub. Kolejka przewijała się błyskawicznie, potem jeszcze szatnia i lecimy na salę, bo tam już Kringa rozpoczyna swoje misterium. Pierwsze, co mi się rzuciło w oczy to zajebisty tłok. Ludzi było mnóstwo! Nie mam pojęcia ile, bo „Rotunda” ma sporo zakamarków. Prawda jest taka, że ciężko było się dostać z jednego miejsca na drugie. Wraz z kolegą Oracle stanęliśmy sobie tak, żeby widzieć scenę i jednocześnie przesuwać się powoli w kierunku źródła złocistego napoju. Zakupiwszy po kuflu udaliśmy się pod scenę, żeby na spokojnie obejrzeć sobie występ obywateli Austrii. Przed koncertem przesłuchałem dosłownie dwa numery i jakoś nie spasował mi do końca ten black metal. Niby wszystko ok, ale nic mnie nie poruszyło. Mimo wszystko na koncercie stałem wytrwale i obserwowałem. I muszę przyznać, że na żywo goście prezentują się naprawdę dobrze. Po pierwsze: sporo ruchu na scenie, widać zaangażowanie. Po drugie zaś: fajne wokale. Numery „zaśpiewane” na dwa ryje naprawdę brzmiały potężnie. Kolesie świetnie się uzupełniali. Aż milo było patrzeć i posłuchać. I to w zasadzie tyle, jeśli chodzi o ten koncert. Myślę, że najlepsze określenie to „w porządku”. Nic szałowego się nie wydarzyło, ale przyjemnie się ich oglądało.

Mispyrming12.12.15Po występie Kringi postanowiłem opróżnić pęcherz i zapalić peta. Z racji ogromnej ilości ludzi obie te czynności zajęły mi mnóstwo czasu. Najpierw kolejka do kibla, a potem przedzieranie się przez tłumy do palarni. Kolega Oracle zawsze chodzi jarać „na biernego”, często zmarznie albo go przewieje tylko po to, żeby dotrzymać towarzystwa [true story, ale czego się nie robi dla BDB kolegów i koleżanek. – przyp. Oracle]. Tym razem został wynagrodzony za swoje cierpienia, bo gdyby nie poszedł ze mną na fajeczkę, nie byłby światkiem powstania wspaniałego cover bandu zespołu Honor. Nie mogło zabraknąć uniesionych rąk oraz przebojów takich jak „Narodowy Socjalizm” i „Urodzony Białym”. Się działo. Z palarni ruszyliśmy bezpośrednio pod scenę, bo Misþyrming powoli zaczynał swój występ. Bardzo byłem ciekawy jak też ci Islandczycy zaprezentują się na żywo. I przyznam, że byłem zachwycony. To są młode chłopaki, ale naprawdę nakurwiają tak jakby już zęby na scenach całego świata stracili. Niesamowita pewność siebie, autentyczność i pasja. Można? Można! Dla mnie „Söngvar elds og óreiðu” to jedna z najmocniejszych pozycji w black metalu wydanym w 2015 roku. Płyta rewelacyjna. Porównań do Svartidauði nie da się uniknąć, ale mimo wszystko takie granie robi mi dobrze i zawsze z miłą chęcią taki koncert zobaczę. Co zagrali? Mają na koncie tylko jedno wydawnictwo, więc wielkiego pola do manewru nie ma. Wyłapałem wszystkie moje ulubione motywy i zwolnienia, więc setlista mi się podobała. Muszę też napisać o bardzo żywiołowym perkusiście. Rzadko się zdarza, żeby garowy był widoczny na koncercie, ale ten pan był bardzo charyzmatyczny i zdecydowanie nie chciał być tłem dla zespołu. Wyłapałem też zajebistą sprawę: światła od dołu podświetlające perkusję. Wygląda to zajebiście, a wraz z wypuszczanym zza pleców perkusisty dymem robią rewelacyjne wrażenie. Misþyrming dał naprawdę znakomity występ. Nie daje mi jeszcze spokoju jednak kwestia. Goście na koniec zagrali coś, co słabo mi pasowało do ich muzyki. Numer ten miał ze dwie minuty i pachniał mocno Venom lub Sodom. Głowiliśmy się nad tym nawet w drodze powrotnej i nikt nie wymyślił, co to było. Po koncercie poleciałem na merch i niczym ten słynny ludzik z mema powiedziałem do pani „shut up and take my money” hehe. Tym bardziej że debiut Misþyrming był za trzy dyszki, więc szkoda było nie brać. Potem jeszcze nabyłem parę pozycji w tym debiut Death Like Mass, którym to się jaram strasznie. Potem jeszcze fajeczka, piwo i pod scenę.

OneTailOneHead12.12.15Oczywiście po piwo trzeba było odstać swoje, więc po raz kolejny część koncertu oglądałem przez drzwi. Poprzedni występ One Tail, One Head w Polsce był dla mnie średni. Najpewniej, dlatego że byłem średnio trzeźwy i jakoś nie przywiązywałem 100% uwagi do tego, co się dzieje na scenie. Tym razem jednak postanowiłem dać im (i sobie) kolejną szanse. I byłem wbity w ziemię. Ten Luctus za mikrofonem to jest jakieś pierdolone zwierze! Co ten koleś wyprawiał? Jego wzrok, ruchy, gesty… Szaleństwo. Gość nie pieścił się z publiką. Ponoć ktoś dostał w facjatę statywem. Co ciekawe nie była to jedyna twarz obita podczas tego występu, ale to nie relacja z kolejnej gali MMA tylko z koncertu. One Tail, One Head naprawdę rozpierdolił system. Ten koncert był dziki, był szalony. Takie numery jak „The Splendour of the Trident Tyger” czy „One Tail, One Head” wbiły mnie w glebę. Jednak okazało się, że pęcherz nie sługa i jakoś po „The Splendour…” polazłem się odlać. A to też dobra historia. W kiblu był kurwa armageddon. Takiego gnoju to już dawno nie widziałem. Pisuary pozatykane, uryna płynie strumieniem po podłodze i wpada do jeziora moczu znajdującego się pod umywalką. A jakby tego było mało to jakiś mniej zaprawiony w alko- bojach gość wbiegł, mijając mnie w drzwiach i kulturalnie puściła pawia na ścianę i podłogę. Dramat. Po wyjściu z tego szamba udałem się na fajeczkę, mając nadzieje, że już więcej nie będę musiał korzystać z tego miejsca. Potem jeszcze jedna runda po kramach z płytami. Sporo tego było: był merch Mgły, sporo rzeczy ze stajni Nidrosian, Pan Sowa, Pan Leszek, Devoted Art Propaganda. Tu ciekawostka: można było dostać długo wyczekiwane wznowienie Duszę Wypuścił na winylu niedostępne jeszcze w necie! Ogólnie były tego straszne ilości i spokojnie można było samochód zastawić, żeby choć część z tego kupić. Ja się nie zadłużyłem na szczęście, ale do końca miesiąc będę musiał zaciskać pasa, bo trochę popłynąłem…

Mgła12.12.15Dobra jeszcze jeden pecik i już pierwsze dźwięki Mgły dobiegają do palarni. Wywołało to falę ludzi przeciskających się z najróżniejszych zakamarków lokalu pod scenę. Ja dotarłem dopiero jak grali „Further Down The Nest I”. Mikołaj bardzo „skakał” po dyskografii nie skupiając się tylko na nowym wydawnictwie. Ja byłem bardzo ciekawy numerów z nowej płyty, bo „Exercises in Futility” podoba mi się niezmiernie i cały czas bije się z myślami czy to, aby nie jest najlepsza Mgła. Zdecydowanie przebija „With Hearts Toward None”, ale czy jest lepsza od „Grozy”? No nie wiem… Może po kilku latach zdecyduje. Ale numery z nowej płyty zabrzmiały naprawdę zajebiście. Poleciało, zdaje się „II” i „VI”. Osobiście liczyłem na „IV”, ale albo nie leciał, albo byłem na fajce. Bardzo mnie też ucieszył „With Hearts Toward None VII”, bo uważam, że to najlepszy kawałek z tej płyty. Świetny koncert. Jak zwykle. Tu się nie ma co rozpisywać. Mgła to już jest marka sama w sobie. Można ich nie lubić za granie „modnego black metalu”, ale ja mam to w dupie. Oni grają taki black metal, jaki lubię: prosty i genialny. Opierający się na kapitalnych, wpadających w ucho riffach. Takie granie lubię i dlatego będę się Mgłą jarał „now and forever” hehe. Powtórzę jeszcze raz: koncert znakomity, brzmienie przyzwoite, choć były niedociągnięcia. Tak to powinno wyglądać.

ClandestineBlaze12.12.15Mikołaj z kompanią schodzi ze sceny a ja udaje się na kolejnego petka. Po jakiś 10 minutach znowu na scenie pojawia się Mgła ze składem uzupełnionym o pana Mikko ukrytego za bardzo ciekawą maską. Wyglądało to lekko komicznie. No i zaczął się ten pół godzinny set. Poleciało chyba pięć numerów. Całkiem przyjemnie się oglądało ten występ, choć mnie nie porwał. Jakoś nie do końca rozumiem hajp na tę kapelę. Jest to przyzwoite, żeby nie powiedzieć BDB ganie, ale nic poza tym. Bardzo dobrze i profesjonalnie odegrany black metal. Co ciekawe: wydaje mi się, że sporo osób po Mgle opuściło salę koncertową. Koncert bardzo fajny, ale jak już pisałem: z butów mnie nie wyrwał, choć faktycznie „Fist of the Northern Destroyer” na żywo robi wrażenie. I tak to właśnie wyglądało.

Po koncercie szybko pomaszerowałem do szatni i jeszcze rzutem na taśmę nabyłem winylowe wydanie „Exercises in, Futility”, co nie było zbyt mądre, bo posiadam już ten album na CD. Jakoś nie preferuje dublowania wydawnictw w kolekcji, ale była to decyzja chwili, poza tym te 40 zł mogą być niedługo podwojone lub potrojone. W tym kraju na godną emeryturę nie ma co liczyć, więc może na za 40lat kupię sobie za ten winyl protezę zębową albo balkonik. Zanim całej naszej wycieczce udało się wydostać z klubu, minęło trochę czasu spędzonego na serdecznych pożegnaniach. Jakoś przed pierwszą załadowaliśmy się do samochodu i pojechaliśmy w kierunku Rzeszowa. Miał być jeszcze lokal z literką „M” w logo, ale niestety okazało się, że pracownicy tego przybytku żyją w jakiejś innej strefie czasowej i mimo że było sporo przed zamknięciem, nie udało nam się zamówić tradycyjnej mc furii. Racząc się hot dogami ze stacji, rozmawialiśmy o tym, jakiego zajebistego burgera dziś nie uda mam się zjeść hehe.

Zasadniczo wyjazd uważam za zajebiście udany. Wszystkie kapele dały redę. Warunki do koncertu rewelacyjne. Ludzi masa, choć nie mogę oprzeć się wrażeniu, że sporo osób znalazło się tam dość przypadkowo. „Koledzy idą, to ja też”. Takie miałem wrażenie. Oby więcej takich imprez. Nie jadę niestety na Triptykon do Warszawy, więc chyba ta impreza będzie najlepszą w roku…