Carcass_webO tym koncercie wieść gruchnęła nagle i niespodziewanie. Mnie zaskoczyła przy obiedzie, mała brakło a bym się udławił filetem z kurczaka. Było słoneczne popołudnie. Zdecydowałem, że należy 13 września do Warszawy przyjechać i tak też zrobiłem. Tym razem wybrałem się o trochę późniejszej porze niż zwykle i miałem uzasadnioną obawę, że mogę się lekko spóźnić. Autobus co prawda przyjechał punktualnie, ale do obecnej siedziby Progresji jest dość daleko więc chwilę minęło zanim dotarłem pod klub. Pod lokalem gromadził się spory tłum wiec odpaliłem fajeczkę i grzecznie stanąłem w niemałej kolejce do bramek. Okazało się, że to jednak niewłaściwa kolejka, bo po akredytacje to obok. Posłusznie zrezygnowałem więc z już całkiem niezłej pozycji i stanąłem w drugiej kolejce.

Gdy załatwiłem, co miałem załatwić wróciłem do kolejki do bramek i już nerwowo zacząłem spoglądać na zegarek… Na szczęście szybko zostałem wpuszczony do środka. Trochę dużo zachodu było z tymi wejściówkami, bramkami i kolejkami, ale cóż poradzić. Awanturą i krzykiem nic by tam pewnie nie zdziałał hehe. Trzeba było przyjść wcześniej. Ja niestety nie mogłem, więc chwile stresu przeżyłem. Jak nietrudno zgadnąć na spotkaniu z Carcass nie byłem więc nie pytajcie mnie o te kartki pocztowe ani o to jakim piwskiem śmierdział Walker hehe.

thunderwar1Do knajpy wbiłem, jak już Thunderwar odstawiał swoje show. To moja pierwsza wizyta w nowej Progresji i pierwsze, co pomyślałem po wejściu na salę koncertową to „Wow!” Klub naprawdę imponujący. Świetna sala koncertowa, zajebiście wyposażona, kilka barów, nawet pod kiblem koło sklepiku z płytami wystawili pipę ze złocistym napojem. Nie zmienia to faktu, że kolejki były ogromne, ale wszystko sprawnie szło i szybko można było ugasić pragnienie. A to było ogromne, bo temperatura na sali była wysoka jak na egzotycznej plaży i to nie tylko ze względu na podekscytowanie przed występem Anglików. I się rozpisałem a o Thunderwar ani słowa. A warto coś o nich napisać, bo koncert dali naprawdę przyzwoity. To moja pierwsza styczność z tym zespołem. Nie słyszałem ani sekundy z ich debiutanckiego EP „The Birth of Thunder” wiec mogę napisać jedynie o tym, co na scenie. A na scenie działo sie niemało. Byłem pod wrażeniem, bo to ponoć debiutanci a na scenie wyglądali bardzo pewnie. Fajne show udało im się wygenerować i przyjęcie też mieli nie najgorsze jak na kapelę rozgrzewającą. Zagrali też sporo z nadchodzącej płyty. Myślę, że warto będzie się zapoznać z tym materiałem, bo numery, które poleciały utkwiły mi w pamięci, co nie jest rzeczą pospolitą hehe. Szczególnie przedostatni numer z fajnym zwolnieniem bardzo dobrze mną zabujał i delikatnie poruszyłem „czupryną”.

thunderwarStołeczni śmierć metalowcy zeszli ze sceny a ja poszedłem dokończyć piwko na świeżym powietrzu i uraczyć się tytoniem. W ogródku przed knajpą było tak gęsto, że piwo musiałem nieść jak afrykańska kobieta dzbanek z wodą: nieomal na głowie hehe. Cała ta operacja (piwko + fajka) nie trwała dłużej jak 15 minut, a gdy wróciłem do klubu na scenie już swój rytuał rozpoczął Hazael. Słyszałem, że przed Possessed dali dobry koncert więc postanowiłem z tej perspektywy podejść do ich sobotniego koncertu. Fanem jakoś nigdy nie byłem. Pamiętam jednak, że miałem w swojej kolekcji kasetę, wielokrotnie przegrywaną typu składanka, na której było parę numerów Hazael. Fajna była ta składanka, bo okładkę tworzył toporny pentos, który własnoręcznie namalowałem nudząc się w szkole hehe. Ot taki sentyment. Co jednak w temacie koncertu. Całkiem dobrze wypadli. Miał ten występ jaja, że tak powiem. Choć to chyba jednak sprawka samego klubu, który z koncertu na koncert robił na mnie coraz większe wrażenie. Światła, dźwięk, wygląd sceny. Profesjonalizm pełną gębą. Aż mi się smutno zrobiło, bo ostatnio jeden przyzwoity klub koncertowy w Rzeszowie został zamieniony na dyskont odzieżowy. Jak by jeszcze za małym wstydem było przemianowanie jakiś czas temu innego klubu koncertowego na knajpę z gołymi dupami. Też ok, ale dla ludzi, którzy maja wypłatę z kilkoma zerami więcej niż ja. Ale znowu odbiegam od tematu i zaraz mi ktoś napisze w komentarzu, że co ze mnie za debil, skoro nie strzelam setlistą skopiowaną z Internetu. Hazael zagrał naprawdę profesjonalnie. Mi bardzo przypadli do gustu i muszę wrócić do ich twórczość i nadrobić trochę zaległości z lat poprzednich. Koncert bez ekscesów, bez konferansjerki, parę osób się bawiło, parę osób skandowało wiec ogólnie In plus. Mi się przynajmniej podobało, choć i w tak zwanych kuluarach (czytaj w palarni) słychać było niepochlebne opinie. Ale to już powoli traciło na znaczeniu, bo za chwile miał rozpocząć się koncert wieczoru.

carcassByli tacy, co na ten koncert czekali całe życie. Po 21 latach ekipa z UK wraca do Polski i to jest wydarzenie. Muszę tu jeszcze wspomnieć o przedziale wiekowym fanów. Przewaga była panów z brzuszkiem po 40, ale i młodzieży było nad wyraz dużo. Gdy stałem w fosie i czekałem na kapele za mną stały 3 młode dziewoje z flagą Carcass, które odliczały minuty do koncertu i bały się, że zaraz zemdleją hehe. Oddane fanki, nie ma co. Szacunek (i nie pisze tego dlatego, że liczę na numer telefonu czy coś w ten deseń hehehehe). Intro, panowie ładują się na scenę, szał publiki i jedzmy z koksem. „Buried Dreams” na pierwszy ogień. Urghhh!! Niesamowity luz grania, profesjonalizm pełną gębą i lekki zapach truchła. To chyba recepta na udany koncert. Mnie kupili od pierwszego szarpnięcia struny. Aparatu nie mogłem utrzymać w ręku wiec szybko chciałem uwinąć się z robotą i udać się „na siłownie” lub „na sparing” hehe. Wydaje mi się, że zostałem wyproszony spod sceny podczas numeru „Reek of Putrefaction” albo wcześniej bo wtedy już machałem banią. Gdy Walker zapowiedział numery z nowej płyty (i poprosił, żeby nie wychodzić z knajpy hehe) udałem się po browar. W trakcie „Unfit for Human Consumption” i „The Granulating Dark Satanic Mills” wychyliłem złocisty płyn (nie do końca to prawda, bo Tyskie Czerwone) i już przy „Genital Grinder” wróciłem do oddawania hołdu Carcass. Doskonale wypadł ten numer na żywo. Tak jak „Exhume to Consume” czy „Corporal Jigsore Quandary”. Zresztą, co tu dużo wymieniać, wszystko, co zagrali rozkurwiło. Mimo, że koncert nie był długi to udało się upchnąć jeszcze bis w postaci „Heartwork” i do domu. Koncert, że się tak wyrażę wybitnie znakomity. Świetny zestaw numerów, rewelacyjny kontakt z publiką, konferansjerka w stylu angielskim, świetne wizualizacje. Ciekaw jestem ile piórek, wód mineralnych, pałeczek czy piw poleciało w kierunku publiki hehe. Na pewno dużo.

Nie chciałem wychodzić z klubu. Dobrze mi tam było. Koncert na pewno zapamiętam na długo. Doznanie iście mistyczne hehehe.

No i tutaj foty.