Capital Of Rock 2016; Stadion Wrocław, Wrocław; 27 sierpnia 2016

capital-of-rockNa koncert Rammstein chciałem wybrać się od bardzo dawna ale nigdy tak naprawdę nie było okazji (albo pieniędzy – bo i pociągi do Berlina darmowe nie są). Tym razem jednak grali tuż „pod nosem” więc szkoda byłoby stracić taką okazję. Niestety nie udało nam się uzyskać akredytacji foto. Zatem, zamiast oglądać moje zdjęcia zostaliście zmuszeni do czytania wypocin niżej podpisanego. Swoją drogą to wypocin „dziewiczych” [sic!] ponieważ zawsze zajmowałem się fotografią i „ręcyma i nogyma” broniłem się przed pisaniem czegokolwiek.

Ok, wstęp teoretycznie za nami, pora więc przejść do dnia koncertu. OCN i RED – ktokolwiek widział, ktokolwiek wie. Na pewno nie ja/my, jakieś – ot, zespoły typu no-name, które siłą zostały wepchnięte w uszy i oczy odwiedzających koncert. A przecież dało by się załatwić na pewno jakieś bardziej rozpoznawalne „nazwy”. No cóż – nie widziałem, nie słyszałem, popiłem, posiedzieliśmy ze znajomymi na mieście i w parku. Z żołądkami wypełnionymi zacnymi potrawami i napojami wyskokowymi, rączo ruszyliśmy w stronę stadionu.

Tramwaje i busy specjalnie zorganizowane przez organizatora i MPK na tę okazję, już przynajmniej od 14 kursowały na stadion wypełnione po brzegi. Po chwili czekania udało nam się jednak jakoś „wbić” do jednego z nich, podjechać kilka przystanków aby następnie ostatnią prostą przejść pieszo bo pośpiechu na wcześniej wymienione kapele nie było, za to pogoda dopisywała.

O obsłudze na wejściu nie mogę powiedzieć za wiele bo wchodziłem oddzielnym wejściem dla prasy, na którym stało dwóch podstarzałych ochroniarzy i jakiś młody koleś z obsługi, który wiedział o organizacji koncertu tyle co ja. Słowem: nic. „Pan pójdzie tam prosto”. Więc poszedłem. Obchodząc cały stadion niemalże dookoła po raz drugi, trafiłem wreszcie na płytę i równo z pierwszym utworem granym przez francuską grupę Gojira. Równo o 19 – zero opóźnień. Czy ja na pewno jestem w Polsce? Wielkim ich fanem i znawcą nie jestem, płyt i tytułów utworów nie znam ale jak dla mnie, muzyka jest wystarczająco „ciężka” i godna zainteresowania. Francuzi dawali z siebie wszystko, biegając po scenie – a miejsca mieli na to dużo, scena w końcu przygotowana pod niemałe widowisko. Krótko opisując występ: ciężko, łatwo i przyjemnie. Grali łącznie 50 minut, w tym dwa utwory na bis. Bracia Duplantier uciechy mieli co nie miara bo pogoda im dopisała (pot lał się ze sceny) a i mieli okazję promować swoją nowo-wydaną płytę „Magma”, na nieoczekiwanym koncercie, w zamian po Naboju dla mojej walentynki – czy jakkolwiek zwali się tamci chłopcy, których zastąpili.

30 minut odpoczynku i o 20:30 na scenę weszło „Mientkie Ciacho”. Wes Borland wożąc ze sobą 4 szafy z ubraniami, tym razem wybrał biały garnitur i makijaż a la „santa muerte”. Postałem chwilę słuchając kawałków zapamiętanych z podstawówki/gimnazjum (czy jakoś tak). Fred Durst jarał się stadionem i ludźmi, nagrywając wszystko na komórkę. Plusem (w porównaniu do ich poprzedniego koncertu w Warszawie) może być jedynie to, że tym razem Freddie nauczył się tekstów i nie korzystał z telepromptera :P. Ok, co kto lubi, jak kto woli. Ja w tym przypadku wolałem wyjść po kilku utworach na piwo.

O naiwności! Patrzę na kolejkę, „kilometrowa”, kiedy wreszcie znalazłem krótszą i przeczekałem te 10-15 minut, po podejściu do kasy okazało się, że PIWA NIE MA. Była 21:30, Limp Bizkit grało Nirvanę a my prosząc o browar jedyne co dostaliśmy to małego Lipton IceTea (tekst zawiera lokalizację produktu. Czekamy na profity.) za 9 złych i tekst: „lepiej weźcie to bo zaraz nawet tego nie będzie”. Organizator po raz kolejny dowalił z grubej rury: brak piwa, brak napojów i jak się później dowiedziałem, niedługo potem zabrakło nawet wody. Mystic Festival 2005 strikes back?

O 21:45 na szczęście skończyli. Daliśmy zatem odpocząć nogom i po równej godzinie siedzenia na płycie stadionu zaczęło się widowisko zwane „Rammstein”. Wszystkie światła na stadionie zgasły i jedyne co było widać to ogromny ekran z odliczaniem ostatnich sekund do rozpoczęcia koncertu. Niemcy weszli na scenę z mocnym pierdolnięciem i „Ramm 4” wyliczającym po kolei ich dotychczasowe „sztandarowe” utwory. Z czasem było tylko coraz lepiej „Reise, reise”, „Keine Lust”, „Feuer Frei!”, „Du riechst so gut” (z wplecionym „you sexy motherfucker”)… Aż się japa cieszyła słysząc to wszystko a noga mimowolnie potupywała w rytm piosenek ze starych dobrych czasów. Tym razem jednak (po kłopotach na innych koncertach) Till nie wymachiwał ze sceny wielkim penisem aby później „gwałcić” Flake‚go. Klawiszowca tym razem spotkał gorszy/lepszy (?) koniec – spłonął w stalowej trumnie, zalany „ogniem” przez wokalistę. Odrodził się jednak po chwili w błyszczącym garniturze aby chodzić po bieżni w trakcie „Links 2-3-4” i kolejnych utworów, napierdalając przy tym solówki ku uciesze publiki. Kolejne trzy utwory nie obniżyły poziomu, „Ich will” i „Du hast” brzmią mi w uszach do dziś. Koncert „zakończył” cover „Stripped” – nie wiem jak Wy ale według mnie język angielski nigdy nie brzmiał dobrze w Rammstein. No nic, pozostało czekać co grupa zrobi po zejściu ze sceny. Nie zawiedli – „Sonne”, „Amerika” (z super-pokazem biało-czerwono-niebieskich świateł i takim samym kolorystycznie konfetti) i na koniec mój ulubiony „Engel” z Tillem wiszacym pośrodku sceny w stalowych skrzydłach opływających ogniem.

Mogę spokojnie i z pełną pewnością stwierdzić, że było to jedno z najlepszych muzycznych „show” jakie kiedykolwiek w swoim życiu widziałem. Bo nie umniejszając muzycznym dokonaniom Rammstein właśnie tak to traktowałem (i myślę, że nie tylko ja) – jako „show”. Panowie mimo tego, że nie są już młodzi, jak najbardziej dali radę. Zarówno oni jak i cała obsługa (światła, ogień, fajerwerki, inne tego typu) zasługują na pochwałę. Myślę, że nie jedna osoba będzie jeszcze długo czekać aż odrosną jej/jemu brwi po tych miotaczach ognia.

A teraz pora na to na co wszyscy czekamy! Zjeba! 😀 KURWA! Brak piwa o 21:30? WTF? Ludzie chodzili po stadionie jak zombie w poszukiwaniu mózgów bo tak ich suszyło. Co do stadionu – nie wiem kto spierdolił sprawę ale żeby na płytę były 2, słownie: DWA, wejścia? A wszystkie bramki z trybun na płytę pozamykane? Nie wiem gdzie ochrona miała głowę, a gdzie dupę – bo „chyba” im się coś pomyliło. Trybuny zapchane po ostatnie miejsce, to samo płyta „A” (Golden Circle) jak i „B” – ZERO miejsca, gdyby coś się zaczęło jarać (a wiadomo, że przy koncertach z taką oprawą wszystko może się zdarzyć) i ta trzoda by wszczęła panikę, to nie trzeba było by żadnych zamachów terrorystycznych, połowa ludzi na stadionie sama by się wykończyła. Dobrym przykładem było to jak ratownicy próbowali się przedzierać przez tłum w czasie koncertu R+. Organizatorzy chyba nie słyszeli o przepisach BHP/przeciwpożarowych/dot. imprez masowych.

Podsumowując: Gojira – za krótko, Limp Bizkit – a niech sobie gdzieś tam będą, ktoś ich słucha. Rammstein – rozpierdol wizualno-muzyczny i miły „powrót do przeszłości”. Organizacja – NIE. Za mało wszystkiego, za dużo ludzi. Ktoś tu chyba za bardzo chciał zarobić/pokazać się, że na jego/jej koncert przyjdzie dużo luda.

Autor

73 tekstów dla Chaos Vault

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *