Campaign For Musicial Destruction Tour 2010; Kraków, Klub Kwadrat; 11.12.2010

O tym bardzo przyjemnym koncercie wiadomo było już od jakiegoś czasu, jednak moje plany zawodowe do ostatniego momentu trzymały mnie w niepewności, czy aby się wybiorę w grudniową sobotę na death metalową ucztę. Doszło prawie do problemów psychosomatycznych, otarło się o poradnię zdrowia psychicznego i egzorcystę. W końcu 3 dni przed gigiem wyjaśniło się – jednak dam radę jechać, yes yes yes! Immolation, here I come!

Tak więc poprzez wiatr, zawieruchę, śnieg i gołoledź dostaliśmy się tedy do krakowskiego klubu Kwadrat niedługo przed startem. Uzupełniono zapas niezbędnych płynów i raźnym krokiem udano się pod deski klubu zobaczyć jak bawią się ludzie przy wrocławskim Ass To Mouth. Panowie odstawiali typowy grind core, który mnie nie specjalnie pociągał w ich akurat wykonaniu, ale mimo to kilka osób napierdalało pod sceną ostro. Mnie jakoś nie ruszyło, udałem się więc ponownie uzupełnić płyny i poszwendać się po korytarzu. Ludzi, choc dopiero przybywało, zebrała się nie mała garstka – jednak klasycy death metalu i grind’u przyciągają gawiedź. I dobrze.

Drugą kapelą tego wieczoru byli nasi sąsiedzi z Południa – czeski Hypnos. Jasna cholera, przyznam się szczerze, że od baaaardzo dawna nie słuchałem tego zespołu, chyba jeszcze za Belki to było, kiedy ostatni raz w odtwarzaczu zabrzmiało „Revenge Ride”. Zastanawiałem się w jakiej formie jest Bruno i koledzy, ale szybko okazało się, że w nad wyraz dobrej. Półgodzinna porcja old schoolowego death metalu naprawdę mogła się podobać. Zresztą Bruno to przesympatyczny koleś, gadał do ludzi łamanym polskim z naleciałościami czeskiego hehe, więc kontakt był naprawdę dobry. „Lovesong” czy „Endorsed by Satan” to między innymi kawałki, jakimi uraczył nas Hypnos. Na sam koniec padł zaś utwór autorstwa Bruna, lecz przypisany inej kapeli – „Orthodox”. Tu już nie wytrzymałem i rzuciłem się do tańca, po raz pierwszy tego wieczoru. Numer zadedykowany był Nergalowi, co jakoś przeszło przez publiczność bez echa. Albo mi się tak wydawało. Mniejsza o to, zapamiętajcie w razie czego, że na Chaos Vault pisali, iż Hypnos dało świetną sztukę, która nie mogła się nie podobać.

Po Hypnos przyszła kolej na piewców różnych dewiantów, morderców i innych takich – Macabre. W zasadzie nigdy się w tej kapeli jakoś nie zasłuchiwałem, mam gdzieś ich dwie kasety i tyle. Ale kurwa mać, ich koncert to ja będę wspominał, oj będę. Redneck macabre murder metal co się zowie, hehe. Połączenie agresji z jebniętym humorem, głównie dzięki frontmanowi co ma w dowodzie napisane Corporate Death. Rzeczony pan miał mikrofon przyczepiany na zasadzie „kontakt z bazą”, coś jak Britney Spears, hehe. Ale dzięki temu mógł sobie chodzić w te i we wte po scenie, nie przestając przy tym śpiewać, wrzeszczeć czy stroić głupich min. Jasna cholera, panowie zrobili nam dodatkową niespodziankę i w dwóch kawałkach zaśpiewał z nimi nie kto inny, jak Shane Embury. Bardzo miło będę wspominał ich występ, zachęcony nim miałem nawet ochotę zasięgnąć jakiegoś merchu, ale uwierzcie mi, pod tym względem cała impreza stała raczej ubogo. Lub w cenach zaporowych.

Przedostatnią gwiazdą sobotniej nocy byli jedyni i niepowtarzalni herosi death metalu – Immolation. Moja druga styczność z nimi fejs to fejs (pomijając przygodę kiedy to natknąłem się na nich w rzeszowskim centrum handlowym – a co, pochwalę się, hehe) była głównym powodem, dla którego wyruszyłem do Krakowa. Przez kilka wcześniejszych dni katowałem się ich dokonaniami, żeby wszystko zapamiętać, co grali a czego nie i w której minucie się pomylili. I chuja. Jak tylko zabrzmiały pierwsze dźwięki gitary Roba rzuciłem się jak opętany w młyn. I tyle z moich redaktorskich obowiązków było, więc znów nie uraczę Was żadnymi tytułami. Poszukajcie se na internecie ich setlisty jak chcecie. Powiem Wam tylko tyle, że wypadli jeszcze lepiej niż w katowickim Spodku kilka lat temu. Widać służą im takie kluby jak Kwadrat, nie śląskie molochy. Goście jak zwykle na scenie przeistoczyli się w death metalowych szaleńców, Dolan ryczał jak pojebany, Vigna z dzikością w oczach katował gitarę i wywijał ją jak ścierką, drugie skrzydło w postaci Tylora analogicznie. Huragan, powiadam Wam! Do tego wszystko brzmiało tak kurewsko masywnie, że siniaki prócz tych wyniesionych z młynu zapewne mam i od ogromnych razów, jakie spadały na nas wraz z każdym utworem Immolation. Świetny koncert, ja przed nimi klękam.

Otarwszy krew, pot i łzy, odebrawszy aparart od zaufanego człowieka, wypiwszy piwo oczekiwałem na ostatni zespół tej Gorączki Sobotniej Nocy. Napalm Death. O nich też wiadomo, że dupy nie dają. I nie dali, oj nie. Już na początku koncertu Barney zapowiedział, że ich set będzie się składał z bardziej historycznych, starszych kawałków. Oczywiście jak możecie się domyślać, nie było słychać jęków zawiedzionej gawiedzi, hehe. A potem zaczęli. Kurwa, wulkan energii! Miałem problem, żeby utrafić Barneya aparatem – dobrze, że scena była nieduża, to nie miał wielkiego pola manewru, hehe. Świetny koncert, na którym oczywiście nie mogło zabraknąć szlagierów w postaci „Suffer The Children” i innych takich evergreenów. Pod sceną szał, na scenie z chłopaków pot lał się strumieniami i niemal osadzał się na ścianach Kwadratu. W ogóle nie widać, że ta kapela napieprza już prawie trzydzieści lat. Tak tak, chłopaki za niedługo będą mieli po pięćdziesiątce na karku – ale jeśli dalej będą tak grali jak grają, to syndrom wieku średniego chyba im nie grozi. Kanonada perkusyjna i dzikie warczenie Barneya, wspomagane przez wrzask Harrisa i dudniący bas Shane’a – niby nie wiele, a starczyło za trzydzieści gigów innych zespołów, hehe. Grali coś około godziny, może krócej może dłużej, szczęśliwy byłem jak świnia w błotku podczas ich występu, a jak wiadomo – szczęśliwi czasu nie mierzą. Po zakończonym secie i krótkiej wiązce bisowych przebojów Napalm Death zeszło ze sceny. Dalsze wywoływanie niestety poszło na marne – koncert się skończył, dzięki napalmowcy!

Oczywiście dla mnie gigiem wiezoru był dewastujący występ Nowojorczyków z Immolation, ale właściwie każda inna kapela stanęła na wysokości zadania. Pewnie dla części koncertem wieczoru było Napalm Death, ale to już kwestia gustu. Organizacyjnie wszystko było okej, nawet ochrona tym razem nie kojarzyła się z półdebilami. A to ciekawe, bo jej skład osobowy od Czarnej Soboty się nie zmienił… Cóż, nie ważne, ważne, że na następnym koncercie Immolation może liczyć na moją skromną osobę.

Autor

10175 tekstów dla Chaos Vault

Sarkazm mu ojcem, ironia matką i jak większość bękartów jest nielubiany. W życiu nie trzymał instrumentu w ręku, więc teraz wyżywa się na muzykach. W obiektywizm recenzencki wierzy w takim samym stopniu jak we wniebowstąpienie, świętych obcowanie i grzechów odpuszczenie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *