BrutalAssaul2016v3

Brutal, Brutal i po Brutalu. 5 dni minęło niesamowicie szybko, ale co się dziwić. Taka dawka muzyki, alkoholu i nieoczekiwanych wydarzeń sprawiły, że czas płynął swoim torem. Tegoroczny zestaw – patrząc na rozpiskę – z początku nie zachwycał, jednak jak się później okazało był wręcz idealny i dopasowany do każdego gustu, nawet tego najbardziej wybrednego. Czy mojego ? No powiedzmy, że tak.

Do Czech ruszyliśmy już w nocy z poniedziałku na wtorek. Droga minęła całkiem spokojnie a polskie drogi okazały się dla nas całkiem łaskawe. Dzięki temu już przed godziną 10 rano wylądowaliśmy na “starych śmieciach”. W Josefovie bez zmian. Twierdza stoi jak stała, cyganeria jak zwykle licznie “kwitnie”, a Czesi dalej udają, że nie rozumieją angielskiego. Po rozbiciu namiotów przyszła pora na standardowe rytuały i to pomimo zmęczenia kilometrami i przedwczorajszą pracą. Obchód po twierdzy i alkohol sprawiły, że siły zaczęły uciekać w zastraszającym tempie, zaś upojenie alkoholowe sięgać zenitu na tyle, że trzeba było uwalić się do namiotu. Spałem jak śpiący królewicz na butelkach wódki na tyle mocno, że nawet nie zarejestrowałem tego, że ktoś próbuje się dostać do namiotu. Na szczęście czujniejsza była kobita, która spłoszyła ów włamywacza, słodko brzmiącym: “wypierdalaj”.

Poranek przyniósł niemiłe wieści. Standardem już stało się to, że pierwsza noc przedfestiwalowa należy do lepkich rąk, które kradną co tylko popadnie. Około 40 osób skrojonych – w tym znajomi – tej nocy to wynik dosyć “zacny”, ale niechlubny. To chyba jedna rzecz, która tutaj się nie zmieniła. Pamiętaj więc, że jadąc na Brutala, możesz być brutalnie zaskoczony nie tylko muzycznie. Jakby tego było mało, aura nie popieściła słońcem i przyniosła całkiem sążne opady deszczu, które akurat musiały nadejść wtedy, gdy odbierałem brutalową opaskę. Cóż, przemoczony ogrzałem się kolejną porcją Żołądkowej Gorzkiej z Czarną Wiśnią i już odpowiednio oporządzony udałem się na pierwszy dla mnie koncert tego dnia.

Dzień pierwszy – środa

Tribulation. Serio nie wiem, co wszyscy widzą w tym przereklamowanym zespole, ale widocznie propaganda, odpowiedni PR w prasie i reklamy na całą stronę robią swoje. Postałem, popatrzyłem, posłuchałem. Wypiłem jedno piwo, potem drugie. I nic. Zero. Pitu pitu i dziękuję, lecimy dalej. Tribulation może i dało dla niektórych świetny koncert, a ich muzyka jest czymś, nad czym spuszczają się tłumy, ale dla mnie osobiście ów zespół nie pokazał nic, co mogłoby mną wstrząsnąć. Strzał w stopę numer jeden i brutalowe piwo zniechęciły mnie na tyle, że postanowiłem powrócić do namiotu po coś mocniejszego. Idąc wałem okalającym twierdzę widziałem tylko moknących ludzi oczekujących w mega kolejce po odbiór brutalowych opasek. Tak, trzeba przyznać że w tym aspekcie organizatorzy dali ciała w tym roku. Nie wszystko zagrało jak należy, a złość spowodowana długim oczekiwaniem (ponad 2 godziny) sięgała w tłumie zenitu. I nie dziwię się temu, też byłbym wkurwiony mając w perspektywie jeszcze godzinę stania i brak możliwości zobaczenia ulubionej kapeli.

Na teren festiwalu powróciłem tuż przed 20, gdzie na Oriental Stage zagościł King Dude. Od razu mówię, koncert całkiem zacny być musiał, patrząc na ludzi zbierających się potem na Shining. Nie widziałem bowiem w ich oczach smutku, acz radość i pewnego rodzaju chillout. Ja osobiście wytrzymałem tylko trzy kawałki. Nie dlatego, że Król Koleś to zły Koleś (i olewa wywiady), ale po prostu on do mnie nie przemawia. Owszem, kontakt z publicznością, magia, charakterystyczny głos i maniera sceniczna sprawiają, że oglądając i słuchając go ma się wrażenie obcowania z samym diabłem, jednak ja bardziej preferuję Roba Coffinsheakera i jego styl bliski Johnnemu Cashowi, niż nieco bardziej neofolkowe przygrywki Kolesia. Mniejsza o to, bo właśnie na małej scenie swój koncert miał dać wspomniany Shining. Zawsze się zastanawiałem, co w tym zespole jest takiego, że na widok lidera zespołu dziewczęta krwawią, a emo chłopcy mają erekcję (bądź nie, zależy jak leży). I tutaj muszę przyznać, że muzycznie było już nieco ciekawiej. Niklas był jakiś taki żywy, muzyka też jakaś była mało depresyjna. Powoli zacząłem się zastanawiać czy to aby na pewno ten zespół, a nie jacyś przebierańcy. Poleciały hity zarówno ze starszych jak i nowszych wydawnictw, więc każdy mógł być zadowolony. Ogólnie jednak, Shining nie pokazał nic, co wykroczyłoby ponad normę. Ot, solidny koncert, bez parcia na szkło.

Po przyśpiewkach o śmierci i cięciu łapek udałem się pod dużą scenę, by zobaczyć kolejnego pajaca… Przepraszam, Pana chłodu i zimy. Władcy krainy Blashyrkh, króla Północy, Abbatha. A Abbath jest taki, jak każdy widzi. Nieco poważny, mroczny ale z drugiej strony wyluzowany i nie stroniący od używek. Jednym to odpowiada, innych zaś wkurwia, ale tego dnia to się akurat nie liczyło. Poleciało wszystko, to co polecieć na scenie miało. Czyli immortalwoskie kawałki wymieszane z autorskimi. Nie powiem, gęba mi się ucieszyła na sam widok i na same riffy niosące zimę. “One by One”, “Nebular Ravens Winter, “Solarfall” (zabrakło mi chociażby “Grim and Frostbitten Kingdoms”)… Bawiłem się muzyką jak dzieciak, ale z drugiej jednak strony byłem bardziej skupiony na zapełnianiu bebecha brutalowym żarłem aniżeli na tym, co działo się na scenie. Cóż, z niektórych rzeczy się po prostu wyrasta. Tuż po władcy lodu na scenie pojawiła się kolejna, mocno wielbiona ostatnimi czasy przez rzeszę złych metalowców, gwiazda. Chelsea Wolfe, bo o niej tutaj mowa. Dla mnie była wielką niewiadomą. Z jednej strony muzycznie ów niewiasta do mnie nie przemawia, z drugiej jednak strony jej głos ma w sobie to coś, co sprawia, że jej muzyka przyciąga. I tak też było tego wieczoru. “Iron Moon”, “Demons” czy chociażby kończące “Pale on Pale” brzmiały niezwykle ciężko, wręcz miejscami dołująco a z drugiej strony tajemniczo wręcz transowo. Chelsea na scenie to zupełnie inna osoba niż studyjnie i takie wcielenie zdecydowanie wolę bardziej. Pierwszy, bardzo dobry koncert tej edycji.

Slagmaur

Po Chelsea nastała dla mnie ponad godzina przerwa, choć na małej scenie o 1 w nocy pojawili się krajanie z Thaw. W sumie za absencję powinienem sam się biczować, ale doszedłem do wniosku, że przyjdzie jeszcze na nich odpowiedni czas (czytaj: koncert klubowy). Nie mogłem jednak sobie odmówić ostatniej kapeli tego dnia. I tutaj będę bezkrytyczny, bo Slagmaur lubię od czasu, gdy poznałem album “Skrekk Lich Kunstler” ( jak dla mnie opus magnum tego zespołu). I nie będę ukrywał, że jarałem się tym koncertem równo, kiedy go zaanonsowano i chyba po raz pierwszy moje fanowskie pragnienie muzyczne zostało zaspokojone należycie. Black metal z mocno przesterowanymi gitarami, lekkim industrialnym podłożem i perkusją ciężką, powolną niczym topornie sunący walec. Coś, co wbija się w czaszkę i zżera jej wnętrzności od środka niczym larwa z koszmarnego snu. I zapewne o taki efekt Norwegom chodziło podczas grania tego koncertu. I osiągnęli go w stu procentach. Szkoda tylko jednak, że te 5 kawałków i niespełna 35 minut setu tak szybko minęły. Pozostał wielki niedosyt, ale radość moja była ogromna.

I tyleż spustów tego dnia było. Mimo wszystko, ni w piczkę ni w oko ten dzień minął. Nie dość, że koncerty nie wywołały większego entuzjazmu, to jeszcze deszczowa aura dobiła klimat. Udałem się więc wesół – no może w pół wesół – pod namiot, gdzie czekała na mnie flaszka i pogaduchy z pijanym w trzy dupy francuzem na tematy różne z nauką polskiego “kurwa” na czele. Żuli papą i sen ściął mnie niczym komentarze agenta Kmiołka.

Dzień drugi – czwartek

Drugi dzień festiwalu przywitał mnie brakiem – o dziwo – kaca i nastrojem pełnym nienawiści (dłoni prosto w słońce nie było, dementując plotki). Zeżarłem więc, co zeżreć miałem. Wypiłem co wypić miałem i obgadałem tych co obgadać miałem i mogłem ruszyć swoją redaktorską dupę na teren festiwalu. Tego dnia na scenie grały m.in. Antigama (podobno db koncert), jakieś szajsy  pod znaku Plini, Heaving Earth i Live Evil oraz Aborted (podobno też całkiem nieźle). Równo o 18 na scenie pojawił się zaś ten, na którego czekałem najbardziej. Chciałem się po prostu przekonać na żywo, czy Ihsahn, troll z Notodden, idol młodzieńczych lat, jest faktycznie tak tragiczny jak widziałem to na zapisach wideo z jego innych festiwalowych “popisów”. Uczucia miałem mieszane. Z jednej strony kawałki z najnowszego albumu (“Arktis”) brzmiały miejscami ostro, wręcz black metalowo, z drugiej kiedy przyszło do odgrywania tych wolniejszych momentów usypiałem na stojąco. Lekki niedosyt więc pozostał, ale ogólnie Ihsahn zagrał poprawny koncert. W przyszłym roku Emperor i całe “Anthems…” na żywo, więc wtedy będzie można stwierdzić, czy liczy się kasa, czy jeszcze choć trochę muzyka. Apropos muzyki. Przeskok w klimacie był brutalny, bo tuż po norweskich smętach na scenę wskoczyli amerykanie z Immolation. I tutaj już bez zbędnego pitolenia poleciały strzały pod postacią m.in. “The Purge”, “Father, You’re Not a Father”, Despondent Souls” czy też “Immolation” i “All That Awaits Us”. 45 minut sprawnie wybudziło mnie z letargu, choć występem roku tego koncertu nazwać nie można (coś tam ze sceny Dolan przebąkiwał, że w następnym roku trasa po Europie, bo nowa płyta…).

Zaraz po nich na scenie pojawił się Exodus. I tutaj już bawiłem się przednio. Stara gwardia po prostu pokazała, jak się powinno grać metal. Zwłaszcza, thrash metal. Wystarczy wymienić takie kawałki jak: “Body Harvest”, Blacklist“, “Pleasures of the Flesh”, “Toxic Waltz” i od razu człowiekowi zrobiło się weselej. Więcej nie dodam, po prostu bdb koncert. Zaraz legendzie przemieściłem się szybko pod małą scenę, co by zahaczyć jeszcze o Ahumado Granujo. Można śmiać się z elektro grindcore ale twórcy “Chemical Holocaust” nie zawiedli. Pomimo iż nie usłyszałem na żywo “Le Ketamin” to 5 kawałków na które się załapałem (na 21 miałem ustawiony wywiad z pewnym jegomościem, który do przeczytania będzie wkrótce) dostarczyło mi masę radości.

Przed 23 powróciłem na teren festiwalu, by obejrzeć koncert Perturbator. Ale zanim to nastąpiło moje uszy zostały okaleczone wymiocinami pod postacią Parkway Drive. Ja pierdolę, że ja to wystałem, że ja to przeżyłem, że ja tego słuchałem… Aż sam sobie się dziwę po dziś dzień. Opisywać tego shitu nie będę, ale ten tłum jarający się muzyką rzeczonych tutaj “muzyków” miejscami jawił mi się niczym trzoda w oborze podczas jedzenia… To chyba tyle w temacie.

Perturbator

Punktualnie 20 minut po północy na scenie pojawił się James Kent. Można mówić o tym chłopaku wiele. Można zarzucać mu kicz i zrównywać z ziemią, ale trzeba przyznać jedno. Mimo wszystko i mimo tego po jakim rejonie muzycznym ów chłopak się porusza, potrafi on wiernie oddać klimat lat ‘80. Klimat zajechanych vhsów, ortalionów i gier rodem z Nintendo 64. Mocne, miejscami mroczne bity przywołujące na myśl obrazy z “Łowcy Androidów” czy też zatłoczonego Tokio rodem z “Ghost In The Shell” wywarło na mnie spore wrażenie. I patrząc na publikę, nie tylko na mnie. Zabawa trwała w najlepsze, publika skakała, światła pulsowały na kolory czerwieni, bieli i niebieskiego, a w powietrzu unosił się zapach zielska. W końcu organizator musiał dopominać się o zakończenie występu, gdyż czas na występ młodego anglika został znacznie przekroczony. I możecie mówić co chcecie, ale Perturbator pozamiatał tej nocy równo i wbił się w świadomość na tyle, że potrafię odtworzyć każdy szczegół z tego koncertu. Genialne i to pomimo, że zbytnim fanem tego pana nie jestem.

I na tym wrażenia tego dnia się skończyły. Na dużej scenie pojawili się jeszcze panowie z 1349 ale to już był cios samobójczy nie tylko dla mnie (choć czekałem na ten koncert równie mocno, co na trolla z Notodden) ale i dla zespołu. “Liberation” katowałem swego czasu dzień w dzień zajeżdżając płytę do stanu nieużywalności, ale po tym co zobaczyłem, zwątpiłem we wszystko, bo okazało się, że 1349 to solidny kloc z dupy na żywo. Nie dość, że muzycznie bida rodem z 3 świata, to jeszcze scenicznie bezosobowo, miałko i bezdusznie. Frost zastawiony zestawem talerzy i bębnów był chyba tylko dlatego, by schować wyraz twarzy i wstydu, że musi grać takie gówno. Zawód, jeden wielki zawód. I aż strach i wstyd, że kiedyś się jarało tą muzyką. Wytrzymałem dwa kawałki i powróciłem do współtowarzyszy.

Drugi dzień minął równie intensywnie co pierwszy. Na szczęście pozostała jeszcze wódka, która zatarła złe wspomnienia z ostatniego koncertu.

Dzień trzeci – piątek

Jeszcze dobrze się nie zaczął, a już miałem dosyć. I pogody i alkoholu. No może tego drugiego nieco mniej, ale jednak. Wyjątkowo w tym roku czeskie piwo dało znać, że trzeba zastopować, że już nie ma picia, że “Łysy spierdalaj”, ale nie. Organizm jednak już na tyle się przestawił, że musiał po prostu przyjmować kolejne dawki procentów.

Pierwszy tego dnia w moim rozkładzie koncertowym był Grave. W ogóle to mieli grać na dużej scenie, ale z powodów logistycznych ich występ się opóźnił i zostali przeniesieni na małą scenę. I w sumie taka zmiana była w miarę ok. Publiki najebało sporo, zaś Szwedzi wiedzieli jak to wykorzystać. I wykorzystywali w najlepsze pomimo tego, że mieli położone brzmienie (w ogóle to jakaś plaga na tegorocznej edycji). “Soulless”, “Hating Life”, “Trail of Ungodly Trades” skopały dupę należycie i naładowały baterie na resztę dnia. Na dużej scenie zagościły również m.in. Voivod (odpuściłem, z racji tego, że widziałem ich w B90), Septic Flash (podobno dupy nie dali) oraz Textures (też mam, ale w Photoshopie).

Moim celem numer jeden tego dnia było jednak In The Woods… Twórcy przegenialnego “Omnio” czy “Strenge in stereo” w końcu powrócili, ich nowa płyta czeka na premierę, a za mikrofonem pojawił się nowy jegomość. Niewiadome mnożyły się ale kiedy poleciały pierwsze dźwięki “Yearning the Seeds of a New Dimension” wiedziałem, że schrzanić tego nie mogą. Mr. Fog sprawdził się jako wokalista, zaś reszta zespołu udowodniła, że nadal jest w formie i potrafi czarować tym jakże specyficznym klimatem. Dosłownie, poczułem się jak na spacerze po lesie z słuchawkami na uszach (jakie to kurwa black metalowe). Zostałem zahipnotyzowany na dobre. Poleciały jeszcze naturalnie “HEart of the Ages”, “Blue Oceans Rise (Like a War)” (nowy kawałek naprawdę dał radę na żywo i jeszcze bardziej wzmógł u mnie apetyt na nowy album) oraz “299 796 km/s”... Ciarki i łzy cieknące po policzku… Mega koncert! Jedna z najlepszych rzeczy na tym festiwalu.

Po emocjach związanych z powrotem do przeszłości przyszła pora na coś mocniejszego. Absynt tego dnia smakował zdecydowanie zajebiście. Zwłaszcza ten, Który podawany był na Ambient Stage. Muzyka (grało m.in. Dead Factory), ciepłe pomieszczenie (przydało się, by ogrzać łysinę w te skurwiałe od deszczu dni) i mocny alk to zdecydowanie największy plus tego miejsca. Mam nadzieję, że organizatorzy tę scenę pozostawią, bo to ciekawa alternatywa dobrze współgrająca z resztą klimatu festiwalu (czytaj: z resztą muzyki).

Przemieszczając się jeszcze pod dużą scenę zobaczyłem końcówkę Obituary, gdzie odegrane były: “Chopped in Half”, “Turned Inside Out” oraz naturalnie i oczywiście “Slowly We Rot”. Okej, 3 kawałki nie mogą być wykładnią całości koncertu, ale stwierdzam, że było poprawnie. Zaraz po nich pojawili się starzy wyjadacze z Coroner. Powiem tylko tyle, że knypy chociażby z takiego 1349 powinny się uczyć jak grać metal! To był istny cios w potylicę. W ogóle nie było widać po kolesiach, że są już po 50. Normalnie grali tak, jakby ząb czasu zupełnie ich nie dotknął. “Internal Conflicts”, “Semtex Revolution”, “Metamorphosis” czy chociażby “Reborn Through Hate”  i “Die by My Hand”. Nic więcej dodawać nie trzeba. Ci goście po prostu nadal czerpią radochę z tego co robią, dzięki czemu muzyka którą grają jest naturalna i szczera aż do szpiku kości. Niespodzianka tego Brutala i nauka dla młodych szczyli, którzy myślą, że “umią w metale”.

Nie tylko jednak Coroner tego wieczoru mnie zaskoczył. Równie mocnym ciosem okazał się koncert brazylijskiego Rebaelliun na małej scenie. Normalnie masakra, która została poczyniona przez ten zespół na moich trzewiach odczuwana po dziś dzień. Miazga! Zniszczenie! W ogóle ukłony należą się perkusiście, który wybijał blasty niczym CKM na polu bitwy. Cud i miód, który można polecić każdemu, który lubi masakry bezbronnej ludności przy użyciu czołgu. Brazylijczycy mocno napompowali mnie adrenaliną i niemal na pełnej kurwie pobiegłem (zahaczając o absynt, a jakże!) na koncert Satyricon. Okazało się, że Satyr żyje, ma się dobrze i gra kupę z koncertu na koncert. Wielkie rozczarowanie zwłaszcza, że “Nemesis Divina” nie brzmiała jak… “Nemesis Divina”. Oczywiście wiem, że koncerty rządzą się swoimi prawami, ale wpierdalanie “Transcendental Requiem of Slaves” w środek koncertu tylko po to, by Satyr łyknął piksę na guza mózgu to nieporozumienie warte odnotowania. Oczywiście, trzeba było zjebać całość do końca odgrywając “Mother North” na koniec “płyty” chyba tylko po to, by cipki miały mokro, a gender w rurkach zmasowaną erekcję. Nie pozostało mi nic innego jak tylko oddalić się najdalej jak tylko mogłem by spożyć podwójną dawkę absyntu… Przepraszam, potrójną.

Po ogrzaniu się procentami przemieściłem się na małą scenę, gdzie Hoest miał machać genitaliami. Na szczęście, nic takiego nie było, ale przyznać trzeba, że Taake zagrało na pełnej kurwie. Nie wiem co brali czy tam pili albo palili (może tez pociupciali) ale taka dawka nienawiści płynąca ze sceny musiała mieć gdzieś swoje źródło. I dobrze, to mi się podobało, ale do pewnego momentu. Gdzieś w połowie po prostu ten koncert zaczął mnie nudzić na tyle, że postanowiłem odwrócić się na pięcie i wrócić do namiotu. Jak się okazało tej decyzji mogę teraz żałować, bo na koniec został odegrany kawałek Króla Gówna i Autodestrukcji G.G. Allina. Cóż, mówi się trudno, żyje się dalej. Dzięki swojej decyzji jednak zdążyłem na końcówkę dwóch koncertów. Pierwszym z nich był set żółtków z Sigh. Akurat odgrywali oni “Me-Devil” podczas którego Japoneczka odpaliła świecę, zaś po pewnym czasie kapiącą z niej sterynę wlewała sobie do ust… Wyglądało to interesująco, że tak powiem, zwłaszcza że na koniec ów Japoneczka po stearynowym bukakke buchnęła ogniem. Patrząc jednak po ilości ludzi na Octagonie wnioskuję, że nie zebrali oni sporej publiki (zapewne z racji grającego w tym czasie Taake). Bywa. Drugim i jakże nędznym przedstawieniem był kabaret pod postacią Arch Anemy. Naprawdę zdziwiony byłem, że muszę przebijać się przez tłumy “fanów” śliniących się na widok dziewczyny próbującej śpiewać coś na scenie. Serio? Wy to lubicie?

Deszcz pokrzyżował dalsze plany znajomym którzy pozostali na terenie festu, a zwłaszcza plan obejrzenia koncertu Dark Funeral. Jak się okazało, deszcz wiedział kiedy spaść, bo okazało się, że Dark Funeral odegrał taką beznadzieję, że chyba sami organizatorzy łapali się za głowy, że ów zespół zaprosili na tą edycję. Parafrazując “Quo vadis satanas?” chciało by się rzec… Kolejne nieporozumienie tego dnia, które koniecznie trzeba było przepić czymś mocniejszym.

Dzień czwarty – sobota

Przedostatnia noc okazała się na tyle zimna, że obudziłem się bez bólu głowy. Naturalna wytrzeźwiałka zawsze uber pro i polecam ją każdemu, kto nie chce płacić za nockę w pasach.

Ostatni dzień zawsze należał do tych najbardziej aktywnych, jeśli weźmiemy pod uwagę ilość i natężenie kapel “do zobaczenia”. W tym roku jednak nie było aż tak ciasno, jakby wydawać się mogło, więc spokojnie mogłem obejrzeć wszystko to, co miałem zaplanowane w swoim kajecie.

Na pierwszy strzał tego dnia – ciepłego dodam! – poszedł Holy Moses. I takiego właśnie metalu oczekiwałem. Bez pierdolenia, bez zbędnego ględzenia i machania dupą i cycem na scenie. Tak, piję tutaj Arch Enemy, którego wokalistka mogłaby – czy raczej powinna – uczyć się od Sabiny co to znaczy prezentacja sceniczna. W ogóle, Classen tego dnia zdawała się być mocno zaangażowana w to co robi na scenie. No cóż, ta kobieta im starsza, tym lepsza he he… Poważnie jednak rzecz biorąc, z początku koncert Niemców mógł nieco irytować, potem jednak wszystko się na tyle rozluźniło, że oglądało się ich występ na pełnym luzie. Taki thrash metal to ja rozumiem!

Nie Niemcy jednak byli głównym daniem tego dnia, ale Angelcorpse! Ilu fanatyków pod namiotem małej sceny się pojawiło, tego nie powiem. Jednak tłum był i tłum dostał tego, czego oczekiwał. Czyli rozpierdolu. Zagłady, eksterminacji, anihilacji czy czego tam najgorszego i najbardziej złego chcecie. Moc, jad, agresja wylewająca się z każdego riffu i blastu rozlewała się przed sceną niczym najgorsza z możliwych plag… Mistrzostwo świata, czyste zło! Koncert tej edycji Brutal Assault! Set nie dla pizdeczek, tylko dla prawdziwych fighterów lubiących walkę pod sceną!

Z początku po tej sonicznej masakrze myślałem, czy iść na koncert Behemoth, ale doszedłem do wniosku, że po prostu szkoda tracić czas na ten zespół i przeznaczyć go na ciepłą herbatę w press roomie. Nie pomyliłem się zbytnio, gdy idąc na miejsce spotkania ze znajomymi otarłem się na kawałek występu naszych krajan. Oni po prostu byli na scenie. Odegrali to co odegrać mieli i tyle ich Josefov widział. Bez wyrazu, bez mocy, dobrze odegrana pańszczyzna, a jeśli ktoś twierdzi inaczej, jest po prostu fanem tego zespołu.

Archgoat

A propos fanów. Jako fan zespołu Archgoat musiałem zjawić się na Oriental Stage (dla przypomnienia zlokalizowaną na Octagonie). Koncert w Krakowie przy okazji trasy z Inquisition i Ondskapt raczej nie należał do wybitnych, dlatego tym bardziej byłem ciekaw, co Finowie pokażą na większym festiwalu. I pokazali prawdziwą moc zła, nadaną im przez samego Szatana. Zanim jednak koncert się rozpoczął reprezentacja fanów z Polski musiała odśpiewać początkowe wersety “Barki”… Tak jest, tej “Barki” której Janek Paweł II podobno uwielbiał. Akcent humorystyczny jednak został szybko skarcony przez dewastujące blasty “Nuns, Cunts and Darkness”. Kurwa, co za rozpiździeć ci kolesie zrobili, to ja nawet nie! Agresja, chaos, watykańskie dziwki i satanistyczne perwersje. Wszystko to wymieszane w kotle nienawiści blastującego black death metalu. Pod koniec setu gitarzysta zaczął jednak nie nadążać za basistą, a w pewnym momencie obaj nawet grali zupełnie co innego, ale pal to licho! Niczego innego nie trzeba mi było tego dnia, by osiągnąć pełnię chorej radości, czerpanej prosto z muzyki Finów! Polecam Wam koncert w Gliwicach z całego czarciego serducha, nie zawiedziecie się!

Podczas gdy Archgoat dogrywał – a raczej próbował dogrywać – ostatnie riffy na dużej scenie pojawiła się Mgła. Widziałem już ich tyle razy, że przeszedłem obok tego koncertu obojętnie. Tak, owszem. Byłem na nim, widziałem cały set ale dalej sądzę, że tego typu muzyka nie nadaje się na tak dużą scenę na tego typu festiwalu. Z obowiązku jednak nadmienię, że odmówić jednak prezencji krakusom nie można. To klasa sama w sobie nie mająca obecnie równych w gatunku. Tylko cóż z tego, że brzmienie nie było takie jak trzeba (realizator dźwięku ewidentnie położył sprawę)? Ba! I nawet gitarzysta się pomylił, przez co koncert został przerwany gdzieś mniej więcej w połowie…?! Ogólnie rzecz biorąc koncert dobry, ale nie najlepszy w wykonaniu tego zespołu. Dobrze, że chociaż był późny wieczór i – że tak powiem – odpowiedni klimat do oglądania tego występu.

Zaraz za Mgłą na małej scenie zagrał Venom Inc. Koncert ten jednak olałem na rzecz Ufomammut ze świadomością, że Angoli zobaczę na jesieni w Gdańsku (i to z Mortuary Drape!). I w sumie nie mam czego żałować, bo Ufomammut przywalił porządnym stoner doom metalem. Może nie aż tak sążnym jak chociażby nasz Belzebong, ale nadal masywnym i gniecącym trzewia. Dobre nagłośnienie, ciekawe wizualizacje i 4 makaroniarzy na totalnym luzie. Miodek.

DarkenedNocturnSlaughtercult

Pu Ufomammut pozostały jeszcze tylko dwa koncerty tej edycji. Pierwszym z nich był występ Darkened Nocturn Slaughtercult. W zasadzie nie wiedziałem czego się spodziewać. To znaczy wiedziałem, ale nie myślałem, że wypadnie to aż tak dobrze. Niezła oprawa, świetnie wręcz dobrana kreacja Onielar sprawiły, że oglądało się ten koncert wręcz idealnie. Co prawda miejscami granica między powagą a kiczem robiła się cienka niczym włos, to jednak nie została przekroczona. Mało tego, to był chyba jeden z lepszych i chyba najbardziej blackowych występów na tym festiwalu, jeśli weźmiemy pod uwagę pewien poziom (czytaj: ponad Satyricon, 1349, Dark Funeral…). Można więc powiedzieć, że zostałem pozytywnie zaskoczony (i dziwnie jakoś nabrałem ochoty na to, by kiedyś obejrzeć na żywo koncert Darkspace).

Nie mogę tego powiedzieć jednak o Valkyrja na którą to poszedłem chyba tylko dlatego, aby się dobić już na amen. Może i występ Norwegów miejscami był ciekawy, ale to nie był content, który akurat do mnie by trafiał. Przyznam jednak, że wytrzymałem do końca setu.

Podsumowanie

I tak też tegoroczna edycja Brutal Assault dobiegła dla mnie końca. Można powiedzieć, że edycja udana, choć pozostawiająca lekki niedosyt i niezadowolenie. Niedosyt, bo z jednej strony po raz kolejny zabrakło dla mnie headlinera z prawdziwego zdarzenia. Takiego, który by położyłby na łopatki wszystkich zgromadzonych (może by tak King Diamond w przyszłym roku?). Z drugiej zaś skład w tym roku obfitował mimo wszystko w parę naprawdę świetnych strzałów (Angelcorpse, Rebaelliun, Archgoat, Coroner…) oraz istnych kup, które znalazły się na tej edycji, chyba tylko po to, by przyciągnąć jak najwięcej ludzi (Satyricon, 1349, Dark Funeral…). Niezadowolenie, bo pogoda istnie dała ciała (deszcze, temperatura w nocy), zaś cygańska zaraza po raz kolejny dała o sobie znać. Organizatorzy jednak starali się jak mogli, by wszystko przebiegało jak należy. Nie zawsze jednak im to wychodziło, czyli klops z opaskami i kolejkami czy też zadziwiająco mała liczba toi tojów (abstrakcją jest dla mnie do tej pory to, jak można obsrać kabinę po sufit… kurwa GG Allin się chowa). Mimo wszystko, mimo tego narzekania moja 3 edycja może śmiało zostać uznana za udaną. W przyszłym roku Emperor, więc… see you in hell in next year!