BrutalAssaulAfterParty2016Jak się dojebać jeszcze bardziej po zaliczeniu Brutal Assault ? Jechać na pofestiwalowe afterparty w czeskiej Pradze! Decyzja o tym by jechać na tą imprezę zapadła jeszcze przed samym festiwalem jednogłośnie, zwłaszcza, że headlinerem miało być Angelcorpse. Nie pozostało więc nic innego jak tylko zebrać namioty, zapakować mandżur do auta i ruszyć do stolicy Czech, by przyjąć ponowne ciosy od Pete Helmkampa, Gene Palubickiego i Ronnie Parmera.

Trasę z Jaromierza pokonaliśmy w niespełna 2 godziny. Pogoda sprzyjała podróży, więc droga minęła dosyć szybko i gładko, a Praga? Jak to Praga. Naprawdę ładne miasto, pełne historii, masy burdeli i podejrzanych knajp. Jednak nie było czasu na zwiedzanie wszystkich tych przybytków drenujących portfel, bowiem trzeba było się odświeżyć przed wyjściem do klubu. Nasz hostel był zlokalizowany w dzielnicy numer 9, skąd do klubu z buta mieliśmy jakieś 30 minut drogi. To świetna lokalizacja, zwłaszcza że dobrze skomunikowana z centrum, gdzie można spokojnie zrobić wypad na stare miasto.

Po pierwszej, prawdziwej kąpieli pofestiwalowej – kurwa, jaka to była ulga! – ruszyliśmy dzielnie w pieszą wędrówkę do klubu. Trzeba było oczywiście po drodze zahaczyć o porządną strawę. Obyło się tylko na jednym piwie i smacznej pizzy ale na tyle sycącej, że bebech był zadowolony, zatankowany do pełna i gotowy do przyjęcia kolejnej dawki czeskiego chmielu.

Pierwszym zaskoczeniem na miejscu okazał się być sam klub. Modrá Vopice to… drewniana chata z placem i plenerową sceną, która ma zaszczyt gościć co roku dwudniowe Fekal Party. Pierwszy cios został więc zadany i to od razu od organizatora he he… Wnętrze knajpy jednak pozytywnie zaskoczyło. Sala 10 na 10 metrów, fajny bar, scena dla zespołów na styk… Żyć nie umierać! Jeśli pod uwagę weźmiemy fakt, że po 20 minutach przebywania w środku czułeś się jak w saunie dostaliśmy prawdziwe, pofestiwalowe, brutal party!

LostSociety

Gdy zaszliśmy do klubu na scenie produkował się właśnie pierwszy zespół. Lost Society, bo o tych gnojkach mowa (średnia wieku 20 lat), próbowało grać thrash metal. Oczywiście patentów, riffów oklepanych leciała cała masa, ale do kotleta (czytaj: lanego, ciemnego Kozela) sprawdziło się całkiem nieźle. Co prawda po 30 minutach wszyscy mieliśmy dosyć, ale przynajmniej czas minął szybko i w miarę bezboleśnie.

Rebaelliun

Mniej więcej po godzinie 21 na scenie pojawiło się w końcu Rebaelliun. I przyznam szczerze, że kolejne spotkanie z Brazylijczykami zabolało mnie jeszcze bardziej. W pozytywnym tego słowa znaczeniu oczywiście! Nagłośnienie było idealne, warunki tym bardziej (temperatura rosła z kawałka na kawałek), a publika mimo iż w większości zmęczona 4 dniami festiwalu, ochoczo skandowała kolejne wersety poszczególnych utworów. Jaka to była rzeź! Jak te blasty wbijały się w głowę! Czułem, jakby wiertarka udarowa wbijała mi się w głowę bez znieczulenia. Kolejne utwory masakrowały publiczność, zaś zespół oblany potem piłował swój brazylijski death metal z istną precyzją. Pot, pot, śmierć, anihilacja i jeszcze raz pot. Miazga! Totalna! Nic dziwnego, że z kawałka na kawałek coraz częściej chłopaki brali za ręczniki, popijali wodę i z trudem łapali powietrze. Tak się wylewa siódme poty, tak się gra death metal!

Przerwa przed Angelcorpse okazała się zbawieniem. Zalani potem (a tylko grzecznie obserwowałem koncert) wyszliśmy przed klub. Co z resztą uczynili wszyscy, prócz obsługi baru, która chyba przyzwyczajona już była do warunków tam panujących. Większe wrota do klubu zostały słusznie otworzone, dzięki czemu klub otrzymał wentylację.

Angelcorpse

Po kilku próbach sprzętowych Angelcorspe ruszyło do boju. Temperatura zdawała się podnosić jeszcze szybciej, zaś blasty odgrywane przez Palmera odgrywane były z chirurgiczną precyzją na tyle szybko, że aż przez chwilę myślałem, że wyprzedził on czas. Na gruncie blastów więc wszystko grało jak należy. Istna miazga, wręcz rozjebion systemu. A co jeśli chodzi o lidera? Co by nie mówić, Pete to postać ciekawa, kontrowersyjna miejscami, ale jeśli do tego dołożymy sceniczne zaangażowanie otrzymamy istną bestię, która odbiera życie samym spojrzeniem he he… A Palubicki? Wiadomo, jak to Polak. Składając te 3 elementy w całość otrzymujemy istną bestię, niosącą śmierć i zniszczenie. I tak też było! Mimo warunków panujących w klubie, Anglecorpse rozjebało po raz kolejny. Bezapelacyjnie, bez litości, bez zbędnego gadania. Do przodu, za ciosem, mimo przeciwności zespół grał dalej. Kiedy miało dość do odegrania ostatniego kawałka Palmer z ręcznikiem na mordzie wybiegł z klubu… czemu? A kto by wytrzymał w takim upale takie tempo… Po 2 minutach okazało się, że “no…”, że perkusista już na dzisiaj ma dosyć.

I tak właśnie koncert Angelcorpse dobiegł końca. Zdyszany Helmkamp klęknął przy piecu z trudem łapiąc oddech śmiejąc się do siebie myśląc zapewne: co ja kurwa tutaj robię? Ogólnie: bestialstwo, zniszczenie, masakra, ukrop, smród spoconych metalowców, papierosowy dym i zespoły na wyciągnięcie ręki w knajpie 10 na 10 metrów… Tego nie uświadczycie nigdzie indziej, zaś mnie to było dane he he…

Kurwa. Co by nie mówić, właśnie ten koncert zapamiętam najbardziej. Miejsce, ludzie, klimat. Wszystko to złożyło się na imprezę roku. Przynajmniej do listopadowego gigu z Grave Miasma i Malokarpatan na czele. Tyle w temacie.