Brutal Assault 2019; Twierdza Josefov, Jaromer; 07.08.-10.08.2019

BRUTAL ASSAULT 2019; TWIERDZA JOSEFOV, JAROMER; 07.-10.08.2019

Miałem nie jechać na tegorocznego Brutala, ale z racji tego, że grało na nim kilka kapel, które naprawdę chciałem zobaczyć, a na ich koncerty nie dałem radę się wyrwać uprzednio, to spakowałem manele, zapas jedzeń oraz alkoholu i wyruszyłem w doborowym towarzystwie do Josefova.

Chcąc uniknąć tłumów, jakie zalewają Brutala w środę, wyjechaliśmy we wtorek koło 13. Po dotarciu na miejsce stwierdziłem, że sporo osób miało podobny pomysł, bo ludzi było w cholerę – także na naszym stałym, strategicznym miejscu. Na szczęście mieliśmy jeszcze, gdzie się rozbić, jak również ustawić grilla. Następnie odebranie opasek, wypicie pienistego i pod wieczór można było się udać na warm-up party. Tam niestety zonk – główne wejście na Brutala było zamknięte. Boczne, jak się okazało, również. Wskazówka udzielona, przez jakąś pannę z obsługi była tak mętna, że skończyliśmy, robiąc okrążenie dookoła bunkrów tylko po to, by się dowiedzieć, że wejście jest od strony miasta. Fajno, akurat dodatkowa porcja cardio na spalenie kalorii. Na miejsce dotarliśmy, gdy kończyło się produkować Nail to Obscurity, a że zrobiliśmy taki kawał, to zdecydowaliśmy się zostać, chociaż na ostatni otwieracz festiwalowy jakim był Frog Leap.

Jeśli ktoś nie wie, to mamy do czynienia z coverbandem gającym „hity” przerobione tak, by miały ten rockowy pazur. Ani to głębokie, ani wymagające, ot lekka muzyczka do grania w tle, gdy się sączy piwko, choć tłumek zgromadził się całkiem spory. Wesoły akcent na otwarcie festu, po którym można było wrócić na spanie, ale rzecz jasna tu jest Chaos Vault, więc wspomnę, że wracając, zahaczyliśmy o stoisko, gdzie zaopatrzyłem się w wyborne smoked ale. Jedne z najlepiej wydanych pieniędzy na Brutalu.

ŚRODA

Środowy poranek przywitał festiwal skurwysyńską ulewą przypominającą pamiętny 2017 rok, gdzie lało tak, że jednym znajomym rozpuścił się namiot. Na szczęście gniew przyrody nie trwał długo i można było spokojnie się ogarnąć, by bez pośpiechu dotrzeć pod sceny, podziwiając po drodze majestatyczny korowód jeszcze nienapierdolonych festiwalowiczów. Po dokładnym obmacaniu przez ochronę pozostało tylko zaopatrzyć się brutalowe kufelki z ciemnym Kozelem i lecieć pod scenę na Hexis. Po drodze rzecz jasna jeszcze nastąpiło przywitanie z bdb znajomymi, którzy to przyjechali z odległego Rzeszowa.

Co do samego Hexis, to okazało się całkiem przyjemnym połączeniem core’a i black metalu. Fajno, bo choć zdaję sobie sprawę, że sam opis może powodować pękanie odbytów u niektórych tru prawdziwków, to jednak efekt pozwala na przyjemne obcowanie z muzyką.

Następny w kolejce miał być miażdżący Kraanium. I przyznam, Norwegowie przemielili publikę na krwawą masę swoim slamming brutal death metalem, która doznania bólu oraz masakry przyjęła niezwykle entuzjastycznie. W trakcie jednak pragnienie zmusiło mnie do ewakuacji po trunek, niemniej w połączeniu z uprzednio smagającym Hexis uznaję to za fajny początek muzycznego dnia.

Po chwili oddechu oraz obczajki rozpasanych stoisk z merchem, jak również przebogatych stanowisk z jedzeniami, trafiłem do Namiotu, czyli na Obscure Stage, gdzie produkowało się The Arson Project. Prezentowali oni mix powerviolence z grindującą maszynką do mięsa, ale za to umiejącą nagle przyjemnie zwolnić. Na dłuższą metę ta mieszanka okazała się dla mnie trochę za ciężka i udałem się zająć strategiczne miejsce na Voivod.

I pech chciał, że trafiłem na japońskie Crossfaith. Kristopano, jaki to był szajs. Jakiś pokraczny potworek łączący w sobie hardcore z elektroniką oraz chuj wie, czym jeszcze. Całość nadawała się na podkład pod anime o dziesięcioletnich dziewczynkach z piskliwymi głosami, które napierdalają się laserami w kilkunastometrowych mechach. Nope.

W sukurs jednak przyszedł Voivod. Jakoś z muzyką Kanadyjczyków nie było mi specjalnie po drodze, szczególnie gdy odpłynęli na szerokie wody progresji. Niemniej lubię sobie czasem coś włączyć od nich. Gdy tylko zaczęli grać, znać było, że to będzie dobry występ. Ten zespół można porównać do maszyny, która bezlitośnie wciąga słuchającego w swoje tryby, jednak robi to ze swoistą finezją i gracją, dzięki czemu nawet taki prostak, jak ja mógł odczuwać autentyczną radochę z muzyki. Niestety, z czasem elementy progresji nieco mnie przytłoczyły, więc musiałem udać się po piwo, aby zregenerować nadwątlony umysł. Niezależnie  od tego, było to coś naprawdę kapitalnego w obcowaniu na żywo.

W międzyczasie spotkałem bdb kolegę od serca, z którym to prowadziliśmy szereg mądrych i pouczających dysput na tematy wszelakie przy wybornej Volbie, by następnie skierować swe kroki ku Obscure Stage, by jak się okazało, spędzić tam grube kilka godzin.

Dotarliśmy w porę, bo ze sceny płynęła śmierć i zagłada, topiąc tłum gęstą, smolistą masą zgniłych zwłok, zaś sprawcami tego zamieszania było Incantation. Co prawda w tym roku nie grali trzech różnych setów, za to ten jeden był tak okrutnym i srogim strzałem w pysk, że klękajcie narody. Szkoda tylko, że dotarliśmy niestety na końcówkę, ale wystarczyło to, by wprawić w bitewny nastrój, jak również zarysować przed oczami wizje agonii w okrutnych męczarniach. A było to dobre.

Po Inkantacji zostałem gorąco zachęcony do pozostania, z czego skorzystałem. Dzięki temu mogłem nasycić się bagiennymi oparami prosto z Luizjany, bo oto na scenie pojawiło się Eyehategod. I jak dojebali tym powolnym, gęstym sludgem, to szczęka mi opadła. Wokalista wił się za mikrofonem niczym pełznący podstępnie grzechotnik, a riffy wciągały słuchających coraz głębiej w trzęsawisko, całość pięknie podkreślał pyszny bas wraz z perkusją.

Cudem przeżywszy, udałem się uzupełnić płyny oraz na ćmika, po czym szybki powrót, bo oto na scenie miał grać kolejny zacny strzał z USA, Prong. I gdy tylko zaczęli grać, pod sceną szybko utworzył się krąg dziarskich tancerzy, a i mi główka energicznie chodziła, bo publika została wybatożona świetnym thrashem w klasycznym stylu, niebędącym jednocześnie chamską zrzynką z czegokolwiek. Siarczyście to smagało, muszę przyznać. Do tego wokal, który lubił czasem odpłynąć pomiędzy kawałkami w konferansjerkę, ale nie było w tym żadnej spiny, ino czysty luz. Jak jeszcze nie znacie, odpalcie. Prong postawi Was na nogi niczym solidne espresso.

Taka dawka emocji zasługiwała na uspokojenie pienistym, co też zostało uczynione, jednak dopijałem już na Obscure, bo namiot błyskawicznie wypełnił się ludźmi jak kościół pijanymi parafianami na pasterce. Stany Zjednoczone miały dziś dobrą passę, bo kolejny zespół z tego kraju miał zacząć właśnie popisy, zaś ja nie chciałem ich za nic przegapić. A mowa o Coven.

dig

Zaczęło się dobrze. Na scenę wjechała trumna, z której po chwili wyłoniła się wokalistka odziana błyszczącą maskę, po czym rozpoczęto misteria. I zaprawdę, zaprawdę powiadam Wam, wyborne to było. Solidna dawka zgrabnie bujającego occult rocka przyjemnie umilała wieczór i aż chciało się chłonąć tę muzykę. Nie mogło się również obyć bez znanego i lubianego „Wicked Woman” ( CIACH! CIACH! CIACH!).

Rolę dobranocki przejęło Hypocrisy. Mało jakoś ich słuchałem, ale zostałem, by obadać, jak to wypada na żywo i powiem, że całkiem nieźle, choć to raczej nie moja bajka. Plac pod sceną był mocno nabity, zaś publika reagowała entuzjastycznie na każdy gest grających (przy okazji wspomnę, że Szwedzi zapowiedzieli nowy album). Sama muza była death metalem z melodycznymi naleciałościami, ot sympatyczne do posłuchania przed snem.

Po zakończeniu koncertu wypadało udać się na spoczynek, zahaczając jeszcze po drodze po kolejne smoked ale.

CZWARTEK

Czwartek rozpoczął się wesoło, bo oto okazało się, iż dojechała reszta ekipy. Oblaliśmy tę okoliczność, w tym także legendarną ostrowską cytrynówką. I tak jakoś nam wesoło zeszło, gdyż na teren festu udałem się dopiero na Sacred Reich.

Obecny tam ze mną znajomy określił ich mianem „trzecioligowego thrashu. Możliwe, ale te bujające riffy i płynąca ze sceny energia robiły mi mocno dobrze. Oczywiście nie obeszło się bez klasyka „Surf Nicaragua”.

My zaś w międzyczasie zajęliśmy strategiczne miejsce na wprost sąsiedniej sceny, by posłuchać sobie Decapitated. Tych starych wyjadaczy widziałem już parę razy i przyznaję, że bywało różnie, jednakże tym razem dali popis muzycznej tężyzny. Widać wyraźnie było, że Decapy są w szczytowej formie, chłoszcząc publikę siarczyście riffami, tłukąc perką oraz poniżając wokalem. Przypominali wielkie, jebane tsunami bezlitośnie sunące po zebranych, co mogło tylko cieszyć. Wyraźnie widać, że przez te wszystkie lata zdekapitowani wyrobili własny styl, który, choć płytowo może jednym pasować, innym nie, to na żywo gniecie niemiłosiernie.

Radość z tego powodu odczuwałem wielką, co uczczone zostało zimnym, pienistym (ciemny Kozel, a jakże!), po czym pobieżeliśmy ku Obscure Stage prosto na Omnium Gatherum.

Nie znałem wcześniej twórczości tych Finów (Finusów? Finautów? Finersów?), ale nawet siadło. Muzycznie przypominało mi to dokonania australijskiego Be’lakora, co zaliczam in plus. Do tego nienachalne klawisze, robiące za tło, a nie za partię równą z gitarami. Te zaś łoiły przyjemnie, potrafiąc też zauroczyć finezyjną solówką. Całość spinał soczysty wokal, który prowadził całkiem niezłą integrację z publiką. Usłyszałem też opinię, że brzmią tak, jak mogłoby brzmieć Dream Theater, gdyby odrzucili cały ten progresywny szajs. Możliwe. DT omijam szerokim łukiem, ale ktoś bardziej obeznany może pokusić się o sprawdzenie.

Kontent z obcowania z muzyką, udałem się spokojnie na Sodom, by zająć dobre miejsce. W międzyczasie załapałem się na Thy Art Is Murder i słodki Jezu na kruchym spodzie bitą śmietaną polany, jakie to było chujowe. No nic, trzeba było zacisnąć zęby oraz wytrwać, bo za niedługą chwilę na scenie pojawił się znany i lubiany Tom Angelripper. Po czym rozpętała się wojna.

Kristopano, ten występ to był jeden z koncertowych sztosów tego Brutala. Nowy skład Wodos radził sobie na scenie kapitalnie, niszcząc publikę niczym czołg cywilne osiedla, zaś Tom wokalnie, jak zawsze, był w znakomitej formie. Jeśli idzie o set, to nie było tu zaskoczenia: sprawdzone, koncertowe sztosy, jak odśpiewane przez publikę „The Saw is The Law”, „Outbreak of Evil” wzbogacone o nowy repertuar, w tym bezlitosny „Partisan”, zaś apogeum szczęścia doznałem, gdy poleciał „Blapshemer”. Ja pierdolę, z reguły katuję ten kawałek w pysznej wersji wykonywanej przez Witchmaster, ale to, co poleciało ze sceny, to było czyste zło. Poziom agresji wzrósł nieludzko, zaś w tłumie ginęli ludzie oraz doznawano ciężkich obrażeń i trwałych kalectw. To jest właśnie thrash co się zowie. Ci, którzy po ostatnich roszadach personalnych wątpili w kondycję zespołu, mogą, proszę Waszmościów, wsadzić te narzekania sobie w rzyć. Teutoński thrash wjechał na pełnej udowadniając, że nadal potrafi dewastować hardo.

Niedane było jednak opaść emocjom, należało kuć żelazo, póki gorące, co też szybko zostało uczynione dzięki stawiennictwu na Skeletal Remains. Trzeba przyznać, całość gniotła solidnie, aż chrzęściły kości, zaś brutalny walec ani na chwilę nie przestawał mielić publiki w imię death metalu. Z tym że jednak emocje w końcu opadły. A to, dlatego, że Amerykanie istotnie umieją grać, ale ma się wrażenie, iż wszystko to już kiedyś było. To się słyszało, tamto brzmi znajomo – występ nie zaliczam do słabych, ale jeśli mam być szczery, to są to raczej wyższe stany średnie niż czołówka. Solidne, fachowe napierdalanie, które, choć przyjemnie tarmosi w odsłuchach, to nie chwyta za gardło.

Następny w kolejce miał być Vargrav. Albo Testament. Dałem się namówić na pozostanie na Obscure, a to z uwagi na krojący się występ Daughters. O Córach słyszałem już sporo, a były to same superlatywy, jednak niedane mi było zapoznać się z ich twórczością wcześniej. Pewnie, mogłem to zrobić przed festem, ale wolałem pozostawić sobie możliwość pierwszego spotkania z ich muzyką na koncercie. I powiem Wam: ja pierdolę, warto było. Muzyka? Sama muzyka to było jakieś dziwne połączenie hardcore’a i połamanego rocka, która dosłownie rozpuszczała mózg niczym solidna porcja kwasu zagryziona grzybkami, tę zaś potęgował wokalista. Typulo wił się na scenie, krzyczał, wył, wieszał na kablu od mikrofonu, schodził do publiki, by w końcu popłynąć na jej rękach. Zachowywał się, jakby przed występem wciągnął solidną porcję czegoś mocnego. Po czym wziął jeszcze dwie dawki na wszelki wypadek. Serio, takiej ekspresji na scenie dawno nie widziałem. To było przeżycie zapewniające całkowity opad szczęki. Podzielam tutaj pogląd bdb kolegi, który mnie zaciągnął na Daughters, że zabawne jest, iż najlepszy występ na festiwalu metalowym dał totalnie niemetalowy band. Popieram w pełni. Serio, jeśli będziecie mieć okazję iść na Córy, to wypijcie coś, by wprawić się w przyjemny stan odurzenia, zapalcie z kilka fajek i znajdźcie miejsce blisko sceny, by w pełni chłonąć ten szalony spektakl. Warto.

Uff, po opisanym powyżej występie czułem się niczym po kilkudniowym, tęgim chlańsku. Wypadało, więc zapalić co na uspokojenie, wypić piwko, albo dwa i wracać pod scenę, by obadać Kampfar.

Który mnie zawiódł. Fanbojem Norwegów nigdy nie byłem, zaś ich tegoroczny płyt mi nie podszedł. Solidne granie, ale bez szału. Wyszedłem jednak z założenia, by dać im szansę. Cóż, nie wypaliło. Wiem, że Kampfar ma potężne grono wielbicieli, ale ja do nich należeć nie będę. Po kilku kawałkach poszedłem na kolejną rundkę pienistego, by skierować swe kroki ku dużej scenie, gdzie produkować się miał Anthrax.

W międzyczasie zonk, bo Deicide zjebało i spóźniło się na samolot, przez co nie dali rady być na Brutalu. Trochę chujnia, bo przepadła mi kolejna okazja do sprawdzenia ich na żywo, ale mówi się trudno.

Pod samą sceną ludu było pełno, ale udało nam się znaleźć elegancką miejscówkę z boku. Osobiście miałem nieco obawy, czy nie będzie to po prostu poprawny, mocny set z masą nowych kawałków, ale moje obawy szybko zostały rozwiane już od pierwszych riffów. Amerykanie dobitnie przypomnieli publice, że status legendy thrashu mają w pełni zasłużony, bo granie od początku samych legendarnych sztosów sprawiało, że ciało samo rwało się do radosnych pląsów. Konia z rzędem temu, kto nie szalał przy „Caught in a mosh”, czy „Madhouse”. Osobiście obsrałem zbroję po sam hełm, gdy ze sceny poleciało przepysznie odegrane „I’m the law”. Anthrax pokazał, że mimo upływu lat nadal są wulkanem energii w każdym calu, którą potrafią idealnie przelać na publikę. Tam nie było słabych momentów, czy jakiegoś pitu pitu. Potężna porcja thrashu ożywiała niczym kubek mocnej kawy, w szczególności, że na koniec poleciało kultowe „Indians”. Wyborne.

Po wszystkim zdecydowałem, że udam się na spoczynek, bo z rańca czekała mnie wczesna pobudka. Szkoda tylko, że Deicide dali dupy.

PIĄTEK

Piątek zaczął się wesoło. Najpierw kilometrowe kolejki do pryszniców, potem narastający, skurwysyński upał, ale jakimś cudem udało mi się zdążyć na Taphos.

Z grobowymi wyziewami Duńczyków obcowałem uprzednio na koncercie we Wrocławiu, jeszcze w legendarnej Ciemnej Stronie Miasta, gdzie dokonano splugawienia ziemi, TEJ ZIEMI, oraz oddano absolutny hołd pustce, śmierci i nicości. Nie inaczej było na Brutalu. Udało się zaklepać miejsce w cieniu, skąd mogłem oddać się w pełni obcowaniu ze śmiercią. Solidna porcja grobu wybornie robiła na poranek, orając całkiem sporą grupę zebranych. Nie pasowało mi tylko, że Taphos grali o tak wczesnej porze. Widziałbym ich bardziej grających na Obscure w godzinach wieczornych, ale i tak występ uważam za dewastujący. Łyknąwszy solidnej porcji duńskiej smoły, można było spokojnie wrócić na śniadanie do namiotu, by przeczekać ile się da z tego zasranego żaru.

Na teren festu wróciliśmy dopiero po piętnastej, trafiając na progresywny Vuur . Dla mnie szału nie było, ot poprawne, wesołe granie z damskim wokalem. Postałem, posłuchałem i poszedłem na absynth oraz pizzę.

Wróciłem na grający następnie Aborted, który przyjemnie mielił na miazgę. Nie był to może death metal z najwyższej półki, ale w ten dzień zacnie umilał czas pastwieniem się nad uszami publiki. Dla mnie jednak robił za rozgrzewkę przed mającym grać na Obscure…

Slaegt. O tak, pamiętam jak kol. Oracle zachwycał się nimi. Z ciekawości sięgnąłem wtedy po ich płyt, by z ukontentowaniem stwierdzić, że peany były zasłużone. Dlatego też nie mogłem sobie odpuścić okazji oglądnięcia popisów Duńczyków na żywo. I przyznam, warto było. Ze sceny popłynęła czysta energia, przybierając skondensowaną formę wściekłej mieszanki black i heavy metalu. Riffy bujały prężnie poganiane przez szalejącą perkusję, całość zaś podkreślał ten wybornie chrypiący wokal. Zacne.

Następnie udałem się ku dużym scenom, i niestety załapałem się na Destruction. No żesz kurwa mać. Nic tylko siąść i zapłakać łzami rzęsistymi, bo ze sceny prezentowano tak płaski, tak ohydnie wyzuty z potęgi thrash, że aż strach. A nadmienię, że stare Destruction ma honorowe miejsce w moim serduszku i zawsze lubiłem ich bezlitosne napierdalanie. Gdy Sodom był niczym machina wojenna, to Schmier z ekipą robili za spersonifikowaną eksplozję nuklearną. Tego dnia zaś doświadczyłem nie eksplozji, a pierda, do tego stłumionego i sfermentowanego pod kołdrą. Nie sądziłem, że można tak bardzo spłaszczyć własną muzykę, która naprawdę potrafiła onegdaj skopać dupy, ale się myliłem. Szkoda, bo zjebali nawet taki sztos, jak „Thrash ‘Till death”. Poszedłem z żalu uprawiać alkoholokaust, by wrócić pod sceny z nadzieją, że będzie lepiej.

Było, gdyż na deskach rozgościła się zagłada w postaci Immolation. To koncertowe monstrum widziałem już kilkukrotnie i zawsze pozostawiali po sobie zgliszcza oraz wypaloną ziemię. Bezlitosne, masywne riffy, dewastująca perkusja oraz okrutny, grobowy, przepyszny wokal, który sprawia, że kości pękają od środka. Te wszystkie elementy składają się potężny monolit, który tego dnia dopełnił dzieła zniszczenia, jakie rozpoczął Taphos. Wprawne ucho wyłapało sztosy z ostatniej płyty, ale więcej nie powiem, bo niemal cały występ minął mi na wesołym tańcu połączonym z zadawaniem ciężkich obrażeń (blizny mam do dziś). Co, jak co, ale Immolation z nawiązką zrekompensowali niesmak po Destruction i dali też potężny zastrzyk energii na resztę wieczoru.

Po tak zażartej bitwie należało obligatoryjnie uzupełnić nadwątlone siły, w efekcie, czego na front koncertowy powróciłem dopiero na Zuriaake. Z dokonaniami Chińczyków byłem już uprzednio zaznajomiony i choć nie porwały mnie one zbytnio, to byłem ciekaw, jak to wypadnie na żywo. Po chwili oczekiwania, na scenie wyłoniło się z oparów mgły kilku muzyków skrytych pod pokaźnymi słomianymi kapeluszami i zaczęli wykonywać ten ich atmosferyczny black metal. Nie podeszło to mi zbytnio. Nie było to słabe, słychać, że znają się oni na swojej robocie, ale pomimo całkiem fajnego image’u scenicznego, obcowanie z Zuriaake na żywo było dla mnie identyczne, jak z płyt: zacząłem przysypiać.

Na szczęście znajomi porwali mnie pod dużą scenę, gdzie miało coś się dziać, a mianowicie Heilung.

Nie powiem, przyjemne doznanie. Muzycznie nasuwały mi się skojarzenia z Wardruną i zapewne mógłbym z tej muzyki czerpać naprawdę sporą frajdę, ale w mojej ocenie nie nadawała się ona na dużą scenę. Bardziej na jakiś kameralny występ w niedużej sali lub domowy odsłuch, aby w pełni dać się pochłonąć przez te hipnotyzujące dźwięki. Dodatkowe propsy za image wokalistki mającej na głowie kombinację mopa oraz jelenich rogów. Na szczęście czas zabijało mi słuchanie opowieści znajomych o wesołym żywocie polskiego żołnierza.

Z opowiastek wyrwało nas rozpoczęcie występu celu naszej pielgrzymki, Emperor. Tak, wiem, masę osób darzy ich kultem jak sam skurwysyn, że jest to wkład w rozwój gatunku etc., jak również padają na kolana w momencie ich bieżących popisów scenicznych. Osobiście dane mi było już widzieć Ihsahna i spółkę na scenie już parokrotnie, i za każdym razem szybko się ewakuowałem na upatrzone pozycje strategiczne. Tym razem jednak ambitnie postanowiłem wytrwać, bo a nuż się przekonam do nich, mój umysł wzniesie się na wyższy poziom świadomości, doznam katharsis i usłyszę sygnały z kosmosu. Nic z tych rzeczy, wynudziłem się niemiłosiernie. Pewnie, muzycy z Emperor umieją grać i wiedzą, jak poruszyć tłumem, ale dla mnie nie było w tym ognia. Brakowało mi czegoś, co rzuciłoby mnie na kolana, wypraskało po ryju i uświadomiło, jak wiele rzeczy mi umknęło. Szkoda, ale przynajmniej nikt mi nie zarzuci, że nie próbowałem.

Po Cysorzu zastanawiałem się, czy uderzyć na Nordjevel, czy Taake. Wybór padł na norweską Mgłę, co w sumie nie dziwi. Ile to się człowiek nasłuchał płyt, ile to opowieści, jak to koncertowo jest rzeź i sztylety z lodu, że Hoest to świr, zatem na scenie mogą dziać się cuda. Byłem podjarany jak Papa wizytujący letnią kolonię dla ministrantów. I poniekąd się nie zawiodłem, gdyż te smagające, niczym bicz, gitary podlane obłąkanym wokalem robiły mi bardzo dobrze. Choć przyznam, chyba miałem krzynkę za wysokie oczekiwania, bo cały czas mi czegoś brakowało. Niemniej, bawiłem się wybornie.

Miałem potem chwilę oddechu, by coś wypić, zapalić ćmika i kierować się powoli w okolice dużych scen. Udało mi się wyłapać miejsce przy barierce, zaś kątem ucha łapałem grający obok Primordial. Piękne to było. Jak zawsze, umieją poruszyć muzyką serce, choć zmęczenie dawało o sobie znać tak mocno, że cały wysiłek wkładałem w wytrwanie do „nich”.

Hellhammer Triumph of Death. Gdy Tom obwieścił, że przed wyruszeniem w drogę zbiera drużynę wielu śmieszkowało, że skład chujowy, że mógłby się wziąć za nowy Triptykon, a nie bawić w coverband i takie tam pierdy. Ja natomiast, liczyłem na solidny wpierdol, albowiem wierzyłem, że kto, jak kto, ale Tom nie zawiedzie. Po dłużącym się oczekiwaniu na scenie wśród ryku tłumu zaczęli pojawiać się poszczególni członkowie trupy, aż w końcu wszedł on – pół człowiek, pół czapka. Następnie po powitalnym UH rozpoczęła się rzeź. O żesz kurwa mać! Jak wcześniej byłem dosłownie padnięty, to w jednej chwili całe rezerwy mocy zostały uzupełnione i to ponad miarę. To było to. Wpierdol totalny, potężny i nieludzki. Gitary zadawały wraz z perkusją ciężkie obrażenia, zaś Warrior był znakomitej formie wokalnej, do tego, co jakiś czas rzucał żartem, lub UH na zmianę z publiką („Is this the only thing, You will remeber me for?” – spytał w końcu). A co do publiki, to nie zdziwi zapewne nikogo, jeśli powiem, że tłum był potężny. Do tego już od pierwszego kawałka uformował się rozpasany krąg tańczących, zaś, co chwilę dokonywano crowdsurfingu. To była cholerna dzicz, co zresztą nie dziwi, bo jak tu stać spokojnie, gdy ze sceny lecą takie sztosiwa, jak „Decapitator”, „Reaper”, „Aggressor”, czy niszczące obiekty wraz z życiem ludzkim, „Messiah”, przy którym wybuchły zamieszki. Jezu Chryste na rożnie z warzywami pieczony, to było pyszne. Jarałem się, jak dzieciak w składzie ze słodyczami. Wszystkie hejty, jakie ciskano w Toma, zostały tym właśnie występem zdeptane, oplute i zaorane. Tak, jak Daughters dało najlepszy popis ekspresji scenicznej na Brutalu, tak Hellhammer dał najlepszy popis muzyczny. Nie będę ukrywał, że był to mój główny powód przyjazdu do Czech i przepełniało mnie szczęście, dobroć oraz wpierdol. Będą grać w Stolycy na Metalowej Wigilii, więc kto może, niechaj wbija, bo kurwa, warto. Przy okazji, Człowiek Czapka obwieścił, iż trwają intensywnie prace nad nowym Triptykonem, zatem jest, na co czekać.

Szczęśliwy mogłem udać się na zasłużony spoczynek, bo ostatni dzień zapowiadał się równie wesoło.

SOBOTA

Ostatni dzień radosnego świętowania należało zacząć odpowiednio. Ogarnąwszy się,  szybko podreptaliśmy pod scenę, gdzie wśród porannej rosy skrzącej się pod barwnym łukiem tęczy lało się gówno. Strumieniami, bo w najlepsze trwały harce na Gutalax.

Jeśli ktokolwiek zastanawiał się, jak wielką estymą ten zespół darzony jest choćby w Czechach, to powinien pojawić się tego dnia z rana na placu, który autentycznie był nabity tak, że zawstydziłaby się niejedna gwiazda dużego formatu. Z tym, że tu nie było napinki i smyrania się berdyszami po szyszkach, ale wesołe pochrząkiwanie oraz kupa zabawy. Z naciskiem na kupę. Dotarliśmy akurat, gdy odgrywano kawałek „Shitbusters”, przy czym na telebimach miała tego dnia miejsce premiera klipu do tejże pieśni. Tłum szalał w najlepsze, ja zaś zasiadłem na murku niedaleko stoiska z merchem festiwalowym, z Kozelem w dłoni i oglądałem wesołe widowisko. Tu nie ma co się rozpisywać zbytnio o riffach, o wysublimowanych solówkach, czy finezyjnym wokalu: jest wesoły grind, pochrumkiwanie prima sort oraz rzeka gówna. Warto tu wspomnieć, że sam występ był na tyle dobry, że stał się memem, gdy ze sceny wypchnięto w tłum Toi Toi, który majestatycznie, niczym okręt po przestworze oceanu, pływał na rękach ludzi. Przepocieszne.

Po tej porannej rozgrzewce tłum na placu znacznie się przerzedził do normalnej frekwencji o tej porze (czyli jeno garstki), my zaś zająwszy miłe miejsce w cieniu obserwowaliśmy kolejny hord z kraju bramborów i piwa, Mallephyr. Ci dowalili przyjemnie kruszącą kości dawką black/death metalu. Z jednej strony nie było to nic odkrywczego, co powodowałoby trwałe uszczerbki na zdrowiu, z drugiej zaś słuchało się dobrze.

Czesi byli jednak tylko przystawką przed tym, co miało grać następne. Przed dewastacją potężną i totalną. Przed dziką furią nieokiełznanego, bluźnierczego chaosu rozdzierającego nieboskłon na pół, Altarage.

Na tych hiszpańskich niszczycieli czekałem mocno. „Nihl” zostawił mnie całkowicie zaoranego i zdewastowanego. Drugi album może takiego wrażenia już nie wywarł, za to tegoroczny pełniak przywrócił wiarę w potęgę pustki. A jak wypadło samo Altarage? Niszcząco. Muzyka dosłownie orała publikę, wysysając wszelkie siły witalne i doprowadzając do okrutnej śmierci. Było dokładnie tak, jak oczekiwałem: ciężar przytłaczał, kruszył kości, zaś umysł wysyłał w bezmiar otchłani. W pełni ukontentowany wróciłem do namiotu pokrzepić się solidną dawką płynów.

dig

Potem jeszcze wypad na obiad do „Kulatej Baby”. Polecam ten lokal ze względu na dobre piwo, solidne porcje świeżego jedzenia i przystępne ceny. Po obiedzie pędem na teren festiwalu nie zważając na padający deszcz, albowiem miały tam mieć miejsce germańskie rytuały pod wodzą Necros Christos.

Na szczęście spóźniliśmy się raptem chwilę. Szybki rzut okna na scenę i lekkie zdziwienie. Spodziewałem się, że Niemcy wystąpią raczej przyodziani w jakieś bardziej rytualne szaty, a tu dość luźno. Ale powiedzmy sobie, chuj z tym. Nie przyszedłem przecież na pokaz mody, tylko na solidną porcję bezczeszczącego dusze śmierć metalu. I dostałem to. Muzyka Necros Christos gniotła publikę, niczym ciężka, granitowa płyta nagrobna, pod którą gniją złożone Rogatemu w ofierze szczątki ludzkie. Riffy chłostały bezlitośnie wraz z perkusją, przez co aż nie wypadało stać w miejscu, do tego wyborny wokal brzmiący, jak gdyby dobywał się z głębokiej krypty. Całość zakończono zaś radosnym hymnem „Necromantique Nun”, który mimo coraz mocniej padającego deszczu, podkręcił publikę do maksimum.

Z uwagi na niesprzyjające warunki atmosferyczne ewakuowaliśmy się pod jeden z namiotów piwnych, czekając aż deszcz nieco zelżeje. Kątem ucha łapałem jednocześnie produkujący się na scenie w międzyczasie Violator, który jednak nie zachwycał specjalnie. Ot przyjemny thrash podlany tą brazylijską dzikością.

Podjąwszy decyzję o taktycznym odwrocie celem przeczekania deszczu w naszym osobistym obozie, krzepiąc się zimną czystą, powróciłem na teren festu akurat na Rotting Christ.

Greków słyszałem już parę razy i o ile za pierwszym wyrwali mnie z butów, o tyle za drugim było raczej średnio. Nie odczuwałem, więc jakoś specyficznego bitewnego uniesienia. I zostałem mile zaskoczony, bo przykurwili tak zacnie, że zęby sypały się, jak tik taki. Był ogień, były radosne pląsy, bo jak tu nie pląsać, gdy leci „Grandis Spiritus Diavolos”, „In Yumen – Xibalba”, czy ten pyszny cover Thou Art Lord, „Societas Satanas”. Jo, ktoś może rzec, że to taki w sumie set bez niespodzianek i pewnie ma rację. Ale zagrany z odpowiednią energią, aż chciało się krzywdzić bliźnich.

Po Rotting Christ miałem zamiar iść na piwo, ale żem człek o słabej woli, to dałem się namówić, by zostać razem z ekipą na Napalm Death. I to był błąd.

Bo Napalmów nie cierpię. Ok, na płytach jeszcze ujdą, ale na żywo? Dla mnie dno totalne. Robiłem już kilka podejść do ich koncertów i za każdym razem odbijałem się mocno. Teraz podobnież. Widać nie dla mnie chwała i splendor legendy, przy czym wolałem nie powtarzać wyczynu, jak na Emperorze, by wytrzymać całego seta. Podjąłem decyzję o taktycznym odwrocie.

Niestety, kurwa mać, po drodze zagadałem się z jednym znajomkiem, i dopiero wracając pod sceny główne uświadomiłem sobie, że przepadł mi Eskhaton. Klnąc ohydnie, ulokowałem się na w miarę dobrym miejscu i już niedługo wokół mnie zrobiło się tłoczno. Dlaczego? A dlatego, że ze sceny miała spłynąć Mgła.

Kurde, ten zespół to naprawdę fenomen. Nie zabiegają o sławę, nie szukają atencji wrzucając do sieci żarty o he he „ruchańsku”, czy twojej starej, a jedynie bronią się samą muzyką. Ultrasem Mgły nie byłem nigdy, zastrzegam, ale lubię i wystarczająco mocno, by zawsze móc ich obejrzeć, gdy tylko nadarzy się okazja. Czekając na początek występu z rozrzewnieniem wspominałem, gdy po raz pierwszy dane mi było ich ujrzeć na żywo, a było to właśnie na Brutalu. Grali na małej scenie, pod namiotem, który wtedy faktycznie bardziej przypominał namiot cyrkowy (zapachem też, bo waliło jakby regularnie przebywały tam dzikie zwierzęta). Było późno w nocy, zimno jak skurwysyn, a ja z ekipą stałem na zewnątrz ciekawy, co to też będzie się działo. I działo wtedy niesamowicie. M. z ekipą mieli wyjątkowe szczęście grać ze świetnym nagłośnieniem, dzięki czemu dowalili takiego seta, że szczęka mi wtedy opadła. Ze wspominek wyrwały mnie entuzjastyczne okrzyki, bo oto na scenie pojawiły się, legendarne już, kaptury i można było w pełni poddać się muzyce. Te riffy, ta perkusja – to wszystko tworzyło idealne połączenie, które dosłownie porywało ze sobą słuchającego. Z jednej strony słychać, że wszystko tu jest dopieszczone z zegarmistrzowską precyzją, z drugiej nie mamy do czynienia z lukrowanym pączkiem w czarnej skarpecie, ale potężną dawką czarciej sztuki, od której wibrowało powietrze. A wibrować miało od czego, bo M. częstował smakołykami zebranych pod sceną, jak dobry wujek pokątnie piwem dzieci, zaś z łakoci wyłapałem „Age of Excuse II”, który łaskawie zapowiadał nowy album, jak również „Exercises in Futility IV” i „Exercises in Futility V”. Wyborne.

Pod dużymi scenami pozostałem jeszcze na chwilę, bo następny w kolejce miał być Carcass, a tak wypadało, że mogłem sobie pozwolić na nieco obcowania z nimi.

Wspominałem wcześniej, że Rotting Christ miło mnie zaskoczył. Równowaga we wszechświecie musi chyba jednak zostać zachowana, bo Carcass srogo mnie zawiódł. Żeby nie było, oglądałem już Jeffa i spółkę kilkukrotnie na żywo, i zawsze była to bezlitosna operacja bez znieczulenia nastawiona na maksymalne zwiększenie odczuwania bólu. Tym razem jednak czuć było granie bez serca. Solidnie, technicznie bez zarzutu, ale nie widać było tej frajdy, jaka towarzyszyła im dotychczas. Szkoda. Bez żalu ewakuowałem się na Obscure, bo tam miały dziać się hulanki i swawole.

Dotarłszy na miejsce, korzystając z kombinacji sprytu oraz słowiańskiej tężyzny przedostałem się pod samą scenę. Chwila oczekiwania, podczas której namiot nabił się po brzegi i na scenie pojawili się oni! MIDNIGHT! Po czym bez zbędnego pierdolenia dowalili na wjazd „Penetratal Ecstasy” Jarałem się jak Rzym za Nerona, bo na ich koncert w Warszawie nijak nie mogłem się dostać, więc opcja wbicia na festiwalowy występ była obligatoryjna. Ten zaś był pysznym, soczystym wpierdolem smagającym słuchaczy, niczym bicz cycatej dominatrix. Co prawda, na scenie brakowało wyginających się niewiast odzianych jeno w pasy z nabojami, ale Athenar wraz z Vanikiem uwijali się, jak szaleni, dając piękny popis integracji z publiką. Duch black’n’rolla zstąpił na wszystkich i rozkurwił końcówkę Brutala, niczym cztery potężne penisy odbyt Charlotty Sartre. Szybko uformował się krąg tańczących, do których chętnie dołączyłem. Jak tu zresztą nie tańczyć, gdy ze sceny płyną takie sztosy, jak choćby „Satanic Royalty”, czy „Evil like a knife”. Zadawano również ważne egzystencjalne pytania w postaci „Who gives a fuck?” oraz przepowiadano nieuchronne w „You can’t stop steel”. Samo Midnight zdawało się bawić równie dobrze, jak publika. Z koncertu wyszedłem półżywy, ale przezadowolony. Tu wszystko współgrało ze sobą idealnie: nagłośnienie pyszne, mała przestrzeń oraz późna pora idealnie pasowały do tej muzy.

Pozostało mi zatem tylko udać się na spoczynek, a następnego dnia ze smutkiem wrócić do szarej rzeczywistości.

Reasumując: tegoroczna edycja Brutal Assault udała się wyśmienicie. Zobaczyłem niemal wszystko, co chciałem. Na plus zaliczam też spotkania z bdb znajomymi od serca, zarówno tymi, których się widuję tylko sporadycznie, jak i tymi znanymi dotychczas tylko z neta. Do tego morze piwa, zacne jedzenia (mam wrażenie, że jakość tego mocno się poprawiła) i pogoda, która nie była tak skurwiała, jak w zeszłym roku. Wzbogacono też festiwal o nowe atrakcje w tym dom strachów, pomieszczenie z automatami, czy strefę post apo, wyrwaną żywcem z Fallouta. Jedyny minus: ceny. Karnet na Brutala dość mocno podrożał, jak również podrożoało piwo i kubki na terenie festu. Przez cały rok idzie jednak odłożyć chyba na bilet oraz na coś dla ciała, czyż nie? Warto było się tam kolebać.

Autor

69 tekstów dla Chaos Vault

Przemądrzały, gruby chuj. Miłośnik żarcia, alkoholu i gór, któremu wydaje się, że umie pisać.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *