Pierwszy Breslauer Thrashfest zapisał mi się w pamięci nie tyle, jako impreza ale, jako istna walka o przeżycie w moshpicie przy akompaniamencie zacnej muzy oraz znacznej ilości alkoholu. Dlatego też z chęcią wybrałem się na jego trzecią już edycję, tym bardziej, że zeszłoroczna, druga, niestety mi odpadła.

We Wrocławiu pojawiłem się już dużo parę dni wcześniej dlatego w dzień festu wystarczyło wsiąść do tramwaju i spokojnie dotoczyć się na miejsce kaźni, jakim była legendarna już Ciemna Strona Miasta. Na miejscu zebrany tłum gawiedzi raczył się fajeczką i trunkami wszelakimi. I ja zapaliłem jednego, po czym wbiłem do klubu.

A tam przy samym wejściu górował majestatycznie Eryk z Old Temple wraz z przebogatym merchem. Dysponując szczęśliwie zapasami pieniądza dokonałem brutalnego zubożenia mojego portfela wzbogacając tym samym znacznie moją kolekcję muzyczną. W sumie powinienem się cieszyć, że Erykowi szwankował terminal, bo jakbym jeszcze mógł płacić kartą to do końca miesiąca musiałbym dotrwać na chlebie i wodzie, heheh. Warto tu odnotować, że w głębi lokalu stało kolejne stanowisko z merchem, gdzie można było nabyć także demówki Truchła Strzygi, czy cosik od Vulture. Jeszcze tylko szybkie napojenie spragnionego gardła pysznym Rohozcem, poprzybijanie piątek z kilkoma bdb znajomymi i można było kierować się ku scenie, gdzie za otwieracz robił wrocławski Savager.

Oczywiście, jak to w Ciemnej, gig nie mógł rozpocząć się punktualnie ale po około czterdziestopięciominutowej obsuwie ze sceny popłynęło całkiem sympatyczne heavy. Nie powiem, by rzuciło mnie na kolana ale wrocławianie dali radę pięknie łojąc w stylu Saxon, czy też Running Wild. Główka ładnie chodziło do takich szlagierów, jak „Evil”, „Blood of my Enemies”, „Might of the Thundergod”, czy „Leviatan”. Szybko też pod sceną rozpętał się młyn, w którym ochoczo brały także udział urodziwe niewiasty. Czyniono to o tyle chętnie, że najbrutalniejszy tancerz wygrywał z rąk wokalisty kasetę Savagera. Symaptyczne.

Gdy heavy metal skończył pobrzmiewać udałem się na szybkiego ćmika i po kolejnego Rohozca, by wrócić wprost na raszyńską trupę bardów, Truchło Strzygi. Pierwsze spojrzenie na scenę i „O kurwa, to Dead!”. Wokalista, bębniący także w Bestiality, ze swoim corpsepaintem z daleka przypominał nieświętej pamięci Pera Yngve Ohlina, dlatego o pomyłkę było łatwo. Nie sposób również było przeoczyć pozostałą część kapeli odzianą w maski gazowe, oraz kaptury – lecą punkty za stylówę. Przyznaję, słysząc wcześniej nazwę kapeli sądziłem, że to jakieś pitu pitu ale jak już zaczęli grać, jak już dojebali w publikę muzyką niczym pociskiem przeciwpancernym, to pozostało mi tylko odpokutować moje przypuszczenia intensywnie zbierając i zadając sążniste razy w tańcu. Nie był to typowy black thrash, jaki większość z nas zna. Tu czuć mocno było także pierwsze dokonania Celtic Frost czy Hellhammer. Szacunek należy się także wokaliście, który dość ekspresyjnie uwijał się na scenie, a momentami poza nią. Po wszystkim aż miałem łzy w oczach, bo gotówka się skończyła i nie można było przez to już kupić nawet ich demka… pech. Warto śledzić poczynania tego bandu, bo to, co odstawili na Thrashfeście przekroczyło wszelkie granice.

Targany wichrem emocji zmuszony byłem je uspokoić odrobiną zimnego, pienistego. W międzyczasie do ofensywy szykowało się Night’s Blood. Germańskie komando z Gelsenkirchen nie pierdoliło się w tańcu, tylko szybko rozpoczęło ofensywę przy pomocy tradycyjnego, ale jakże zajebistego black thrashu. Pod sceną szybko zrobiło się tłoczno i dopuszczano się aktów bestialskiej przemocy ku powszechnej uciesze zebranych. Niemców oglądałem nieco z oddali, ale pięknie napieprzali. Osobiście zbierałem siły po poprzednim występie ale czujne ucho wyłowiło, iż bluźniono przy hymnach pokroju „Black Conjuration”, „Hellish Metal Procession”, „Starless Night” czy ultrabrutalnym „Sons of Mayhem”. Ten ostatni wałek deptał krzyże wprost z nieludzką furią, która rzucała słuchających na kolana i smagała po twarzy.

Gdy już uprzątnięto gruzy oraz pomordowanych udałem się pod scenę, bo zaraz miała tam grać kapela, na którą najbardziej ostrzyłem sobie zęby, Bestiality. Ja nie wiem, co oni biorą w tym Raszynie. Najpierw Truchło Strzygi pozamiatało, a teraz Bestiality… zaorało? Nie, raczej rozpierdoliło wszystko w drobny mak. Już od pierwszego riffu skoczyłem w piekło pod sceną, bo nie szło ustać w miejscu. Wojna, nienawiść i gniew królowały dumnie podczas tego występu, zaś niejeden musiał się wycofywać, by ocalić zdrowie z armagedonu, jaki rozpętało to komando. Organizator może z dumą ogłaszać wszem i wobec, że poziom zezwierzęcenia, którego wysoką poprzeczkę ustawił Brudny Skurwiel na pierwszym Thrashfeście, został przekroczony znacznie. Wszelkie bariery człowieczeństwa pryskały, gdy niszczono publikę przy pomocy narzędzi w postaci „White Devil’s Spell”, „Bestial Force”, „Oprawca”, który to kawałek osiągnął szczyt dzikości, „Hell for the Brave”, „Raped by the Devil”, a także odśpiewanym wraz z publiką „Way for the Cross”. I kiedy już wszyscy myśleli, że to koniec… kapela wróciła na scenę, by skopać leżących mocarnym coverem Bathory „Hades” (liczyłem po cichu na cover Destroyer666 ale jak leci Bathory to nie ma prawa do skargi) . Warto było na nich czekać. Raszynianie pozostawili za sobą jedynie gołą ziemię i swąd spalonych ciał udowadniając, że definitywnie umieją w black thrash w najbardziej bestialskiej jego formie.

Półżywy wyczołgałem się na fajek, by powrócić prosto na warszawskie Empheris. Przedstawiciele stolicy nie tracili czasu. Rozlokowali się szybko i sprawnie, by zacząć od „Necropulsar”, a następnie dowalić świetnym „Nihilistic Black Metal”. Dalej poleciało już z góreczki. Mimo późnej już pory harce pod sceną wyprawiano przy dźwiękach „Bloodwrath”, „Cursed for the Eternity and Time”, dwóch częściach „The Return of Derelict Gods”, „Blapshemous Posession”, „Cursed for the Eternity and Time”, czy też nowym kawałku „Black Mirror of Unknown”. Całość wieńczyło zaś świetne „Palladium of Fire”. Zaskoczył mnie ten Empheris, przyznaję. Świetnie odstawiony black metal z domieszką thrashu i deathu, dodatkowo pysznie wyrzygiwany przez odzianego w stułę Adriana, aczkolwiek jeśli miałbym porównywać to ich starsze kawałki brzmią jakoś lepiej. Mają w sobie więcej dzikości i bestialstwa, co jednak nie znaczy, że nowe są słabe. Bo nie są. Występ minął błyskawicznie, tak, że nawet nie zdążyła mnie najść ochota na kolejne piwo.

Wisienką na torcie miał być niemiecki Vulture. Krajanie niejakiej Angeli zaoferowali piękny pokaz speed metalu przypominającego mi, ani chybi, Exciter. Ku mojemu zdziwieniu, wciąż liczna i całkiem trzeźwa publika tłumnie zaczęła dokazywanie. Niestety, ja ze względów logistycznych musiałem się już ewakuować, a to z powodu niemal półtoragodzinnej obsuwy. Szkoda, jednakże z tego, co zdążyłem wyłapać, Niemcy srogo chłostali publikę, więc nie można powiedzieć, by było słabo.

Oceniając trzecią edycję Breslauer Thrashfest muszę z dumą podkreślić, że udała się ona wyśmienicie. Dobór kapel był kapitalny, każda dała z siebie wszystko zostawiając finalnie stolicę Dolnego Śląska w zgliszczach. Do tego piwo w świetnych cenach i bdb mocno stoiska z merchem, gdzie można było całkowicie wydrenować się z kasy. Czego chcieć więcej? Kolejnej edycji zapewne. Kto nie był, niech żałuje! Wbijać na następny Thrashfest!!!