Breakneck Tour 2012: Andralls, Arondight, Brainwashed, Infinity; Rzeszów, Klub Od Zmierzchu Do Świtu; 25.07.2012

Jak ktoś w Rzeszowie zrobi koncert to niech go drzwi ścisną. Dobrze, że pewnego dnia wybrałem się do Efa na browara i zauważyłem plakat informujący o tym, że brazylijski Andralls zagra sztukę w moim mieście. Oczywiście na stronie klubu też niewiele informacji znalazłem…

No ale jednak widać, że Szatan czuwa i tak pokierował mym wzrokiem, że ów plakat ujrzałem i powziąłem decyzję, by w środowy wieczór opuścić przyjazne ściany mojego mieszkania i udać się do Klubu Od Zmierzchu Do Świtu potupać nogą w takt thrashowych przebojów. Pod klubem stała już pewna ilość okatanionej młodzieży, kilka starszych osób również. Jako, że pogoda zaczęła być iście thrashowa (mianowicie napierdalała burza jak w „Ride The Lightning”) wtarabaniłem się do klubu. Wewnątrz lekkie zdziwienie – ludzi więcej niż przypuszczałem, ale w większości i tak były to osoby, które przyjechały ze znajomymi, miejscowych było raczej nie wielu, zwłaszcza, jeśli mówimy o starszej gwardii, której brazylijski thrash powinien być przecież dość bliski sercu… No ale widać woleli grzać dupcie przed kanapami i narzekać, że młodzi to już ducha nie czują i kiedyś było lepiej, panie…

Zaczął lokalny zespół o nazwie Infinity – po chuju oryginalnej, przyznacie. W Metal Archives figuruje dziewięć takich zespołów, z czego dwa z Polski. Ten widać trzeci. Czy tak trudno wymyślić bardziej oryginalną nazwę? No ale jaka nazwa, taka i muzyka. Żenujący spektakl. Wokalista w nieudany sposób próbował zachęcić publiczność do zabawy przy ich muzyce, która podobno miała być thrash metalem, a w rzeczywistości była nieudaną adaptacją jakiegoś nowoczesnego thrashcore’owego czegoś do umiejętności zespołu. Nieciekawy, gardłowy i jednostajny wokal czasem był przerywany przez jakieś emoscreamo-zajawki. Oglądnąłem dwa kawałki a przy trzecim (chyba) wokal powiedział, że teraz czas na balladkę – w zamierzeniu miał być to żart, ale tak samo udany jak i sceniczny występ zespołu. Poszedłem uspokoić me skołatane nerwy alkoholem.

Druga kapela wypadła chyba najlepiej ze wszystkich supportów – Brainwashed. Ci kolesie parają się thrashcore’m, ale przynajmniej nazywają rzeczy po imieniu. No, może czuć można było u nich i odrobinę Exodus… Fajny, żywiołowy koncert, pod scenę poszło już trochę więcej ludzi. I pomimo tego, że przyjemnie się chłopaków oglądało, to nad drugą połowę ich setu przedłożyłem rekonesans merchu, jaki przytargali ze sobą Brazylijczycy, jak i rekonesans zapasów barowych.

Przedostatnia kapela tego wieczoru to Arondight z Krosna. Podobno chłopaki powrócili po przerwie do grania, mnie zastanawia jednak jedno – w sumie to po co? Oglądnąłem większą część ich gigu i moje wrażenia nie są najlepsze. Tak słuchowo jak i wizualnie. Kolesie ponoć grają piracki heavy metal, ale do Running Wild brakuje im kilka lat świetlnych niestety. Żabot gitarzysty niestety ich ku temu nie przybliży. Ani mdłe i nieciekawe kompozycje. Ot, taki to typowy pałer hejwi bez pazura, wpadającej w ucho melodii ani niczego innego, co mogłoby mnie zainteresować. Co prawda młodzież ruszyła pod scenę, robiąc gromkie „hej! Hej! Hej!”, no ale akurat jest jeszcze czas, by wyrobił im się gust, hehe. Dla mnie osobiście największą zagadką koncertu był pałker Arondight – była to chyba pierwsza znana mi osoba w dreadach na głowie i klasycznej skinheadowskiej celcie na rzemyku uwieszonym przy szyi. Jeśli ktoś wytłumaczy mi ten ewenement, będę wdzięczny.

Dobra, w końcu nadeszła chwila na pstrąga z grilla. A chuja tam, choć faktycznie, kilka piw wypiłem i zaczęła mnie łapać gastrofaza. O głodzie zapomniałem jednak, gdy na scenę wkroczyli Brazylijczycy z Andralls. Trio wkroczyło na scenę i już bez zbędnej litości przypierdolili mocnym i szybkim thrash metalem. Mnie kojarzyło się to głównie z najlepszym krążkiem Sepultura, czyli „Arise”. Precyzyjne, szybkie, agresywne – kolesie dawali z siebie wszystko na scenie. Przed koncertem zamieniłem kilka zdań z Alexandre, ich pałkerem (który notabene po lekkim przytyciu mógłby być dublerem Danny’ego Trejo z „Maczety”, hehe) i obiecał mi, że po ich koncercie będę zadowolony – cóż, skubany dotrzymał słowa. Pod sceną w końcu rozkręcił się porządniejszy młyn (choć też bez przesady), kapela wyglądała na zadowoloną. Nie pamiętam, ile przyszło im łupać, pewnie coś koło czterdziestu minut, nie kojarzę, jakie numery poleciały, bo dopiero na koncercie zaopatrzyłem się w jedną z pięciu pełnowymiarowych krążków, jakie Andralls wydało – ale bawiłem się przednio. No bo thrash metal plus piwo w 99% gwarantuje dobrą zabawę, hehe. Po całym koncercie śmignąłem w te pędy do domu, gdzie opałaszowałem pół lodówki.

Gwoli podsumowania – Andralls odstawiło naprawdę fajną sztukę, Brainwashed też nie ma się czego wstydzić, co do Arondight i Infinity, szkoda więcej moich słów. Szkoda też, że w Rzeszowie trudno o dobrą promocję koncertów (nie wszystko opiera się na fejsbuku, wierzcie lub nie), no i tradycyjnie, że część ludzi woli narzekać, nić coś robić – na przykład oglądnąć niezła sztukę Andralls za równowartość piwa i paczki fajek.

A fotki podziwiacie dzięki Sylwii Musiał – duże dziękuję!

Autor

11777 tekstów dla Chaos Vault

Sarkazm mu ojcem, ironia matką i jak większość bękartów jest nielubiany. W życiu nie trzymał instrumentu w ręku, więc teraz wyżywa się na muzykach. W obiektywizm recenzencki wierzy w takim samym stopniu jak we wniebowstąpienie, świętych obcowanie i grzechów odpuszczenie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *