ite torO tej bardzo przyjemnej dla ucha imprezie, nazwanej Blitzkrieg Witchcraft 2016 wiadomo było dość wcześnie. Bardzo wszystkich ucieszyła ta informacją. W sensie redakcję Chaosa. Ciekawostką stało się to, że nie ominie ona Rzeszowa i będzie można się wybrać na koncert w mieście, w którym stacjonuje większość redakcji. Nie było możliwości, żeby mnie na tym gigu zabrakło!

Niedzielne popołudnie, słońce świeci, pić się chce, więc imprezę Blitzkrieg Witchcraft 2016 postanowiliśmy zacząć nieco wcześniej. Umówiliśmy się w lokalu z szerokim wyborem piw regionalnych z kilkoma osobami, ale ostateczne w trójkę spożywaliśmy chmielowe przysmaki. Punktualnie o 19 idziemy pod klub „Vinyl”, a że mieliśmy kroków 75 to jesteśmy tam bardzo szybko. Po lokalem już sporo osób. Powitania z BDB znajomymi i powoli pasowałoby się ładować do środka. Niestety. Całość imprezy opóźniła się o jakąś godzinę, więc staliśmy jak te kołki pod drzwiami. Ani to iść do sklepu po pianę, ani to uderzać do jakiejś knajpy. Cały czas miało być „za 10 minut wpuszczamy”, a nie było. Ale to tyle narzekań. Czas minął nam na analizowaniu aktualnych wydarzeń sceny, więc przy konstruktywnym obrabianiu dupy innym ludziom minuty mijają szybko.

W końcu o 20 (plus minus 5 minut) wbijamy do środka. Momentalnie zaatakowałem bar, bo gardło miałem suche jak wiór. Piwko, papierosek na start. Zza drzwi palarni dobiegają pierwsze dźwięki generowanie przez Coffinfish. Wystartowałem pod scenę, ale popełniłem falstart, bo była to dopiero rozgrzewka. Chłopaki na dobre rozpoczęli swój gig chwilę później. Poszedłem pod scenę po raz drugi. Mimo że nie znałem ich wcześniej, to słyszałem, że warto ich sprawdzić na żywo. Na początek słów kilka o samej muzyce, bo niestety jeszcze nie wszyscy kojarzą nazwę Coffinfish (w tej grupie i ja byłem do dnia 8 maja 2016). Goście grają post metal przeznaczony dla wielbicieli takich tematów jak Rosetta czy Cult of Luna. Ja należę do grona miłośników tych kapel, więc mi się podobało. Było w tej muzyce sporo transu, można się było pokiwać, hehe. Lubię takie granie, choć chyba lepiej się słucha takiej muzy z płyt. Ale goście dali radę. Z okołomuzycznych ciekawostek to wkurwiał mnie jakiś koleś, który wyglądał tak, jakby dzielił go tylko krok od zostania bezdomnym menelem. Gość wyczyniał pod sceną jakieś dziwne rzeczy, nie kontaktował chyba totalnie, co się koło niego dzieje. Potem ten jegomość się gdzieś ulotnił, nie zaskoczyłoby mnie, jakby go wyjebali z knajpy za własne alko, bo dzielnie sobie pomykał po lokalu z puszkowym „Żubrem”. Ciekawostka numer dwa tego koncertu. W pierwszym utworze gościnnie wydzierał się Tytus znany choćby z męczenia gardła we Fleshworld. Gość był na scenie jeden numer, ale wyglądało to tak, jakby był tam pół koncertu. Generalnie zespół zagrał trzy numery [albo cztery – przyp. Oracle] a mimo to okazało się, że był to najdłuższy występ wieczoru hehe. To taka ciekawostka trzecia.

Goście zwinęli się ze sceny jakoś przed 21:00. Ja poszedłem odhaczać punkty standardowe: kibel, bar, sklepik, fajka, kibel, fajka. Warto też napisać o merchu, bo było tego sporo. Wszystkie kapele przywiozły mnóstwo swojego stuffu, więc można było uzupełnić sobie dyskografie i ubrać się taniej niż dyskoncie odzieżowym. Faktycznie koszulek był wybór spory i ceny niskie, więc myślę, że kapelom hails z merchu się zgadzał. I znowu z palarni wygoniły mnie przyjemne dla ucha dźwięki. Po około piętnastominutowej instalacji na scenę wychodzi pierwsza z kapel inspirujących się starą Szwecją, czyli The Dead Goats. Mnie jakoś nigdy nie było z nimi po drodze, ale z tego, co słyszałem to: „fajne granie pod Dismember”, więc sprawdzić trzeba. Z ich twórczości znam jedynie ostatnie wydawnictwo, czyli „Don’t Go in the Tomb”, z którego to tytułowym numerem wystartowali na sam początek. I się zaczęło. Gości na żywo dają radę. Czuć emocje, szaleństwo, jest rozpierdol. Oczywiście publice ten stan rzeczy się udzielił, więc ludzie ochoczo ruszyli przepychać się pod scenę. Powstał całkiem solidny młyn. Ludzi w sali koncertowej też przybyło, choć frekwencja według mnie oscylowała wokół 100 osób. Na rzeszowski koncert to i tak sporo. Tym bardziej że to była niedziela. Ale co na scenie? A no ogień się pali i pożoga rozprzestrzenia. Na pewno poleciały jeszcze „Through the Swamps of Louisiana” i pięknie zaanonsowany „Drowned in Puke”. Zagrali jeszcze cover. Ustaliliśmy potem, że Autopsy, ale co to było?? Goście w dyskografii mają „Ridden with Disease”, ale że nagłośnienie było takie sobie… Ja jeszcze stałem z przodu przy samym głośniku, więc 5 zł bym na to nie postawił. Występ tego tria skończył się dość niespodzianie, The Dead Goats było na scenie krócej niż Coffinfish. Nieczęsto spotykana sytuacja. Generalnie gig fajny i publika wypociła swoje, więc chłopaki wyglądali na zadowolonych.

Płyny należało uzupełnić, więc pobiegłem do baru i zainstalowałem się w palarni celem jego spożycia. Ani pół nie wypiłem, a z sali koncertowej dobiegają już pierwsze dźwięki generowane przez ekipę Cypriana. In Twilight’s Embrace wdziałem po raz pierwszy przy okazji Into the Abyss Festival we Wrocławiu. Wtedy mnie rozjebali i w moim rodzinnym mieście też mnie rozjebali. Nie będę się silił na set listę, bo ta już w net wypłynęła. Napiszę tylko, że takie numery jak „Der Hellseher” (chyba mój ulubiony z „The Grim Muse”) czy „No” to prawdziwi koncertowi mordercy. Chyba trzeba być głuchym jak pień, żeby nie tupnąć przy nich chociaż nogą. Dodatkowo Cyprian to zajebisty frontman. Nie dość, że koleś dysponuje naprawdę fajnym wokalem, to jeszcze na scenie przekształca się w dzikie zwierze i to udziela się publice. Mnie wbili w ziemię! Takie koncerty to ja rozumiem: luz, fun z grania. Z prawdziwą przyjemnością uczestniczy się w takim show. Na koniec In Twilight’s Embrace wykonali nowy / stary hicior, czyli „Opowieść Zimowa” oryginalnie zagrany przez zespół Armia. Nie będę się rozpisywał na ten temat, bo recenzja „Trembling” pojawi się u nas niedługo, ale cover dla mnie niszczący. Świetnie zagrany, z pomysłem, bez napinki. Super sprawa. Na żywo jego wykonanie robi wrażenie i to chyba na tym numerze najbardziej zakotłowało się pod sceną. In Twilight’s Embrace schodzi ze sceny, ale tylko po to, żeby wrócić i zagrać bisa. Bardzo miło z ich strony.

I tak to się wszystko zakończyło. Ja musiałem zawijać dość wcześnie, ale ponoć impreza jeszcze chwilę trwałą. Błogosławieni ci, co wstają w poniedziałki bez budzika! Podsumowując: impreza naprawdę dobra. Frekwencja bardzo zaskoczyła mnie „na plus”. Dobór kapel lepszy niż BDB. I przede wszystkim zajebiście, że impreza w Rzeszowie, bo nie trzeba walić wódki od piętnastej. Oby więcej takich tras zahaczało o stolicę Podkarpacia.