vader vinylW sumie nie wiem od czego zacząć – chyba od tego, że dwie rzeczy skłoniły mnie do udziału w rzeszowskim przystanku Blitzkrieg 2014. Po pierwsze, dawno nie byłem na żadnym koncercie, po drugie – chciałem zobaczyć, jak Vader i jego fani pomieszczą się w ciasnym jak maryjna pizdeczka klubie Vinyl.

Zdziwiłem się gdy zawitałem pod klub, bo osób jakoś wiele nie było, a znajomych to już prawie w ogóle. No ale każdy miał jakąś wymówkę, lepszą lub gorszą, żeby się nie stawić. Spoko spoko, jak trzeba będzie jeździć na koncerty do Krakowa, bo w Rzeszowie będzie grało tylko Hermetic Evolution na dniach Wilkowyi, to będzie psioczenie, że chujoza i nic się nie dzieje. Ale wracając do tematu, w oczekiwaniu na znajomą duszę skoczyłem sobie po browarka do całodobowego, bo zawsze to dwa złote, a nie sześć, hehe. Jak wróciłem pod klub to akurat zobaczyłem z dala sylwetkę Golema ze Striking Beast / Excidium wraz z panem Marjanem i jego lubą. Golem wesolutki, gdyż przyjął już ćwiartkę Parkowej, szybko więc machnąłem swoje piwko i wejszliśmy do środka.calm hatchery1

Akurat ze sceny schodziło Calm Hatchery. Nie płakałem, że ich przegapiłem, bo przyznam się, że jakoś niespecjalnie ciąggnęło mnie tego dnia na supporty. Ja nie wiem, w Polsce tyle w chuj fajnych kapel, a Vader bierze w trasę znów Calm Hatchery i Vesanię na dokładkę… Może przez to frekwencja tej piątkowej nocy była dobra, acz nie zajebista. Przykładowo – na koncercie Traumy i Pandemonium jakiś czas temu zjawiło się zdecydowanie więcej ludzi niż na Vader. Przypadek? Nie sądzę.

vesania1Tak czy siak klub robił się nabity, więc udałem się po piwo zanim bar zakorkuje się w cholerę. Z Perłą Chmielową w garści poczłapałem do środka, bo czułem w kościach, że za moment na deski wejdzie Vesania – czułem dobrze. Stanąłem sobie grzecznie z tyłu i pcząłem obserwować, co też się na scenie dzieje. Hmm… Vesania zdecydowanie przykłada się do wizualnej strony swojej twórczości, bo podejrzewam, że zrobienie corpse – paintów (choć to uproszczone stwierdzenie) zajeło im więcej niż niejednemu zespołowi zajęłaby sama próba przed koncertem. No i jak sobie weszli na deski, to zaczęli grać – nie pytajcie mnie od czego zaczęli, bo ich dyskografię znam raczej marnie. Zasadniczo koncept mają taki, że odgrywając swoje numery poruszają się na scenie i stroją miny jak kukiełki na sznurkach albo w jakimś teatrze. Pewnie niektórzy są tym zachwyceni, ale mnie to z butów nie wyrwało. Wytrzymałem może z pięć numerów i stwierdziłem, że to jednak nie dla mnie. Zwłaszcza, że pęcherz przypomniał mi o swoim istnieniu. Wróciłem, a Vesania na scenie w dalszym ciągu odgrywała ten swój symfoniczny black metal, a mi natomiast zbierało się na ziewanie. Muszę jednak oddać sprawiedliwość, kilku osobom zapewne się podobało. Cóż, ja odczułem ulgę, że już po.

vaderW przerwie między Vesanią a Vader udałem się na rekonesans stoiska z merchem, ale pooglądać jedynie. Oczywiście sporo płyt, wzorów koszulek, jak ktoś chciał to mógł się zaopatrzeć w książkę „Wojna Totalna”. No i jeszcze w jedno – Vader i Vesania wzorem młodych kolegów z Northern Plague stwierdziło, że ich własnoręczne podpisy są na tyle drogocenne, że można je wystawić na sprzedaż – kto chciał mógł więc zakupić sobie naciąg perkusyjny z autografami kapel, bodajże za jedyne czterdzieści złotych. Po dychę za podpis, to dość sporo – kiedyś widziałem, że Gosia Andrzejewicz sprzedawała swoje autografy po 2,50 ale razem ze zdjęciem, heh… Dobra, chuj tam z byznesami, wiadomo, że trzeba mieć z czego żyć. Zbliżała się godzina V i przed scenę zaczęli wbijać wejderomaniacy – słów kilka o nich, bo to zawsze ciekawy temat. Przekrój był szeroki, od starszych panów, przez młodych kuców i typowych metalowych Januszy, co to na koncert idą jak tylko zagra coś o czym pisał „Metal Hammer” albo coś w ten deseń. No i ewenementy pod postacią skinheada w koszulce Luxtorpeda, a także kilka innych kwiatków. Byli też jego koledzy, którym to co chwila podczas koncertu Vader drętwiała rączka i musieli ją rozprostować w kierunku sceny (swoją drogą ciekawe, czy pojechali na występ Vader na przystanku Woodstock i tam też owa przypadłość dawała się im we znaki, hehe). Ale chuj tam. Vader wszedł na scenę i zaczęło się show. Peter jakby ograniczył konferansjerkę w stosunku do wcześniejszych gigów, jakie było dane mi oglądać, skupiono się raczej na muzyce. A setlista w sumie była naprawdę niezła. Nie była zajebista, ale była dobra – kapela utrzymała sporo staroci, takich jak „Silent Empire”, „Blood Of Kingu”, „Sothis” czy „Dark Age” – klasyka jak zwykle brzmi mocarnie i była niezłym napędem do małego młynu. No ale, większość uczestników po trzech – czterech numerach dostała zadyszki, w związku z czym byliśmy z Golemem nie pocieszeni i przez resztę gigu byliśmy już grzeczni hehe… Były też nowe numery, a jako, że „Tibi Et Igni” jest mi jeszcze nieznana jako całość nie powiem Wam co poleciało konkeretnie. Może poza jednym, który zabrzmiał jak jakiś deathcore – zresztą kilku kuców skakało sobie przy tym numerze w najlepsze, jak na jakimś Biohazard. Oczywiście największą owację zebrał… „The Witcher”, który akurat uważam za numer kiepski. No ale ja nie jestem pryszczatym fanem Wiedźmina więc chuja się znam. Były też i nowsze kawałki z „Welcome To The Morbid Reich”, było „Wings” z „Litany” – kurwa, ja bym jeszcze więcej staroci do tego setu dorzucił, hehe. Po około czterdziestu minutach ekipa zeszła ze sceny, ale szybko na nią powróciła, na bisy. Przy „Cold Demons” koledzy Petera z rekonstrukcji wojennych wdziali na głowy niemieckie furażerki, co ponownie spowodowało skurcz prawych ramion, hehe. Abstrahując i powracając do konkretów, Vader poradził sobie w tej ciasnocie całkiem nieźle, choć nie wiem, czy nie powinienem domagać się obniżenia ceny biletów, bo nie puszczali ogni z gitar jak na przykład w Krakowie, hehe. No ale sufit w Vinylu to od podłogi znajduje się może z trzy metry, więc spłonęlibyśmy jak żydzi w Jedwabnem po takiej akcji. Kapela zakońćzyła bonusowym kawałkiem z ostatniej płyty, czyli „Necropolis”, w totalnie judasowskim klimatem i tekstem po polsku. W sumie fajnie, że Vader stać jeszcze na takie kwiatki w swojej twórczości, a wplatanie do tekstu rzeszowskich akcentów była miłym urozmaiceniem.

vader1Skończyło się dość wcześnie, więc zabraliśmy dupę w troki z Golemem i uderzyli jeszcze na rozchodniaka. Generalnie rzecz ujmując – koncert Vader jak zwykle będę wspominał bardzo dobrze, gorzej support który widziałem. Mam nadzieję, że przy kolejnej okazji w kwestii rozgrzewaczy będzie jednak lepiej – taki Behemoth na przykład śledzi trendy i wie, jakie kapele zaprosić, żeby ludzie walili tłumnie. W przypadku Vader wydaje się, że kapela osiadła na laurach i Massive Management stwiedził, że sama nazwa tego zespołu zapełni kluby. Przy dość wysokiej cenie biletu – niekoniecznie, co było widać na rzeszowskim przykładzie. Ale to już nie mój portfel, więc nie będę nikomu weń zaglądał.

Za foty tradycyjnie podziękowania i pokłony należą się Sylwii. Więcej można obczaić sobie tutaj.