Blitzkrieg V: Vader, Marduk, Esquarial, Chainsaw; Rzeszów, Klub Pod Palmą; 09.09.2009

Po rocznej przerwie, do koncertowego kalendarza powróciła trasa Blitzkrieg. Jako, że na ostatnim koncercie byłem daawno temu, wyposzczony niczym pustelnik, odliczałem dni i godziny do dnia dziewiątego września, kiedy to na rzeszowską ziemię najechać miały cztery zespoły, prezentujące różne odmiany metalu. Tu od razu moja uwaga – przy całym szacunku do Rootwater i Blindead, nie płaczę, że w wyniku jakichś dziwnych sytuacji i zmian nie było mi dane zobaczyć ich tego dnia na żywo. Jak dla mnie takie zbyt wielkie rozbicie gatunkowe poszczególnych aktorów koncertu może i jest dobre na dużych festiwalach, ale nie klubowych gigach z niewielką ilością zespołów. Coś takiego zastosował bodajże na ostatniej Behemoth i szczerze mówiąc, wynudziłem się wówczas setnie. Dobrze więc, ze na Blitzkrieg V odpuszczono sobie ten pomysł.

Na miejsce przybyłem niedługo przed otwarciem bram i doznałem szoku. Prawie pusto, ludzie dopiero powoli się schodzili, ale w żaden sposób nie przypominało to tłumów z ostatniej edycji trasy. Kryzys? No i może nazwy nie tego formatu co wówczas? Ciężko powiedzieć, ja przychylam się raczej do teorii, że metalowa młodzież powoli zaczyna mieć w dupie spędy – po co, skoro jest YouTube, co? Płytę też można zedrzeć z sieci i w ten sposób cała “metalowa społeczność” zatomizuje się i w końcu zdechnie. Czarnowidzę? Oby…

Cóż, gdy już dostałem się do klubu, zakupiłem piwko i ulokowałem się pod sceną, część ludzi raczyła się jeszcze alkoholem w słońcu przed klubem. Tymczasem, o równiuteńkiej 18:30 rozpoczął swój występ bydgoski Chainsaw. Swoją drogą chciałbym dostawać wypłatę z taką punktualnością, jaką cechują się imprezy organizowane przez Massive Music – ani minuty obsuwy, wszystko punktualnie jak w zegarskim szwajcarku, hehe. Wracając do samej kapeli… Szczerze, to nie zazdroszczę zespołowi roli supportu przed takimi grupami jak Vader czy Marduk, bo zdaję sobie sprawę, iż lwia część publiki przyszła obejrzeć właśnie rzeczone kapele. Dlatego też, gdy na scenie produkował się Chainsaw, pod nią skupiło się niewiele ponad kilkanaście osób. Reszta stała albo jeszcze przed klubem, albo w okolicach baru, na próżno zachęcana przez Maxxa do podejścia bliżej. Kapela jest świeżo po wydaniu swojej najnowszej płyty “Evilution”, ale szczerze mówiąc nie znam tego materiału, jak i większej części ich dyskografii, dlatego też nie powiem Wam co też zespół zaprezentował tego wieczora. Sam gig może i nie byłby taki zły, gdyby przede wszystkim nie kiepskie brzmienie, które było zmorą podczas rzeszowskiego przystanku Wojny Błyskawicznej. Chainsaw zagrało może z pół godziny, kilka osób zachęcili do zabawy pod sceną, ale raczej obyło się bez ekstazy. Tradycyjnie publika zareagowała na cover, w przypadku ekipy z Bydgoszczy był to numer Queen, odegrany bardzo żywiołowo i z pomysłem – przyznam, że i mnie się podobało. Równocześnie też przyznam, że o wiele bardziej podobał mi się ich koncert, jaki widziałem z dwa lata temu u boku Turbo, w tym samym miejscu.

Po przerwie deski Klubu Pod Palmą przypadły Wrocławianom z Esqarial. Kapela to zacna, bardzo sobie cenię ich płyty, choć ich ostatni album jest mi jeszcze krążkiem obcym. Ale po koncercie obiecałem sobie nadrobić zaległości, bo jakże to tak… Zespół Marka Pająka w różnych klimatach się obracał, nie wszystkim “tfardogłowym metalofcom” to pasowało, ja jednak ich “Klassikę” uważam za fenomenalny album. Na koncercie Esqarial skupił się jednak również i na bardziej old skulowym graniu, do jakiego zdaje mi się powrócił na ostatnim albumie (z tego co się orientuję, bo jak mówiłem, jeszcze nie sprawdziłem tego nausznie), dzięki czemu przyjemnie się ich oglądało i słuchało. Zespołu nie tworzą już podlotki, ale na scenie Esqarial emanował młodzieńczą wręcz energią. Pająk to świetny instrumentalista, ale też i bardzo dobry frontman, nie dziwota więc, że pod deskami stopień zagęszczenia był większy. Z tego co wychwyciłem, Wrocławianie zrobili przejażdżkę po większości dyskografii, ale z tytułów to naprawdę niewiele  w pustym łbie mi zostało, a to dlategóż, iż gdyż ponieważ bo, brzmienie nadal szwankowało, przez co rozpracowanie szczegółowo setlisty było wcale nie takim łatwym zadaniem. Pewien jestem jedynie tego, że koncert zakończyli utworem “True Lies”, bo motywu z tego kawałka nie sposób pomylić z innym. Ogólnie jednak było naprawdę fajnie, szkoda tylko, że nie zabrzmieli tak, jak kilka lat temu na Metalmanii…

Esqarial pożegnał się z fanami, a po nich nastąpiła nieco dłuższa przerwa – Marduk w końcu ma swoje wymagania. Tutaj mała dygresja. Lubię na koncertach obserwować publikę, zwłaszcza jej młodszą część, choć zdaję sobie sprawę, że w wielu przypadkach ta moja obserwacja kończy się co najmniej zażenowaniem. Chodziło to takie chude i przygarbione z włosiem zapuszczonym na oczy, aby wyglądać groźniej, mroczniej, czy chuj wie jak jeszcze. Co trzeci w t-shircie Marduk (jednak Vader miał tu przewagę), ale gdy między nimi zaczął przechadzać się wysoki gość w spranej koszulce i dżinsach, żaden z “oddanych fanów” nie rozpoznał w nim Morgana. Myślę, że najlepszym rozwiązaniem byłoby, gdyby muzycy mieli obowiązek chodzenia w corpse paintach, a jeszcze lepiej w koszulkach z napisem “Hi, I am Morgan, wanna some evil photo?”… Okej, ale wróćmy do samego koncertu. Marduk widziałem jak dotąd dwa razy, ostatnio w katowickim Spodku. Wówczas szczerze mówiąc wynudzili mnie, że aż ewakuowałem się poza płytę. Tym razem było zgoła inaczej. Nie wiem, ale może Szwedzi powinni grac tylko w mniejszych klubach? Bo tym razem nie było mowy o żadnym salwowaniu się ucieczką. Szybko wynalazłem w tłumie osobę budzącą zaufanie, której mogłem powierzyć aparat i rzuciłem się w tany. Mimo zarzekania się przed koncertem, że nie, że dziś mi się nie chce, że tylko postoję i popatrzę. Nie dało się. Pod sceną bardzo szybko rozpętał się pokaźny młyn, jakiego Rzeszów dawno chyba nie uświadczył. Zaś na scenie produkował się Marduk. Mortuus to diabeł, a nie wokalista, gość ma takie gardło, że aż ciary przechodzą. Może nie biega po scenie (choć Pod Palmą byłoby to trudne) jak robił to Legion, ale jak dla mnie Marduk nic nie stracił na tej roszadzie. Niestety kłopoty z brzmieniem nie ominęły i Szwedów – kiepski sound znów skutecznie psuł odbiór koncertu, z tym, że szczerze mówiąc jad tryskający ze sceny rekompensował w tym przypadku wszelkie braki. W czasie gdy zespół zasypywał nas takimi szlagierami jak “Baptism By Fire”, “Materialized In Stone” czy ciut nowszymi kawałkami, pod sceną dzielna metalowa młodzież nabywała nowych sińców na ciele, a że zawodnicy byli z wyższej półki, chwilami było naprawdę mocno. Kapela zagrała zdaje mi się również coś z nadchodzącej płyty – “Wormwood”, ale nie dam sobie głowy uciąć, żeby ewentualnie nie stracić jej przez ciulowy dźwięki, który mógł ewentualnie zmylić me zmysły… Podczas gigu Marduk na dobre rozpoczął się stage – diving, uprawiany również przez niewiasty, dzięki czemu część zgromadzonej pod sceną młodocianej publiki mogła po raz pierwszy w życiu dotknąć damskich pośladków, hehe. Na koniec zostaliśmy poczęstowani utworem “Warschau” i rzeknę jedno – Marduk wpierdolił zgromadzonym nie mniej boleśnie, jak Słoweńcy reprezentacji Polski w tym samym czasie. Zdecydowanie chętnie zobaczę ich następnym razem, oby mieli tylko więcej szczęścia co do soundu.

Po niszczącym koncercie udałem się na zasłużone piwko, a także honorowo oddać mocz w toalecie, która tradycyjnie w przerwach stawała się głównym centrum wymiany opinii. I tu znów dygresja, jakie to dziwne ludzie chodzą na koncerty. Jeden to nawet próbował wyperswadować mi moje neonazistowskie sympatie, które przypisał mi pięć minut wcześniej, tylko z tego powodu, ze wyśmiałem znaczek anarchii wytatuowany na jego dłoni, bardzo nieudolnie zresztą. Trudno jednak wyperswadować komuś poglądy, których ów nie posiada, więc jego starania skończyły się niepowodzeniem. Zobaczyłem sobie też walkę na tulipany pomiędzy ważącą na oko pięćdziesiąt kilo dziewuszką, a panem, który wyglądał jak półtora mnie. Coś jak atak mojego mhrocznego jak chuj jamnika na rottweilera sąsiada. I jak zwykle nikt nie wie o co poszło… Dobra, koniec z plotkowaniem, bo oto i na scenę wkroczył headliner trasy – Vader. Będąc szczerym, uważam, że kolejność powinna w tym wypadku być nieco zmieniona, ale cóż, to Marduk był gościem… W mocno odmienionym składzie, z którego pozostał tylko rdzeń w postaci Petera, kapela weszła na scenę i bez zbędnych formalności zaczęła się jazda. Można Vader nie lubić, można krytykować ich ostatnie dokonania, ale w mojej opinii niesprawiedliwością byłoby stwierdzenie, że nic sobą nie reprezentują koncertowo, bo Piotrek koncertowanie me we krwi. I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie to pierdolone brzmienie. Ja nie wiem, dlaczego tego wieczora było tak ciulowo, wszak Pod Palmą nie można raczej narzekać na ten aspekt gigu. Jak wiadomo, zespół ogrywa aktualnie swój ostatni opus “Necropolis”, dostaliśmy więc z niego kilka ciosów i o ile mnie pamięć nie myli to wśród nich znalazło się “Rise Of The Undead” czy “Never Say My Name”. Żeby zachować równowagę Vader zaserwował też sporo staroci, które to już nawet najstarsi górale ledwo pamietają. “Testimony”, “The Wrath”, “The Final Massacre”, a nawet jakieś kawałki z prehistorii zespołu. Usłyszeliśmy stosunkowo nie wiele utworów z kilku nowszych albumów jak “The Beast” czy “Revelation”, chyba, że ja nie wyłapałem ich z setu. Młodzież szalała pod sceną, ale mam wrażenie, że największy młyn miał miejsce podczas poprzedniego koncertu Marduk. Co nie znaczy, że Vader dał ciała, to się raczej im nie zdarza. Peter nie przesadzał z konferansjerką i dobrze, bo ja przyszedłem posłuchać muzyki, a nie kazania. Wizualnie również wypadło nieźle, choć nowy skład w porównaniu do tego z Novym i Mauserem był trochę zbyt stateczny. No ale z drugiej strony taki Reyash nie ma przecież 15 lat żeby robić szpagaty niczym Van Halen, hehe. Oczywiście nie narzekam, koncert mi się podobał, co nie znaczy również, że nei widziałem lepszych występów pana Wiwczarka. Na koniec zdaje mi się, że zagrali “Sothis” i zeszli ze sceny. Mimo nawołań już nie powrócili, choć ludzie rozeszli się dopiero gdy zaczęto rozmontowywać sprzęt.

Ogólnie rzecz ujmując, ja jestem zadowlony z rzeszowskiego koncertu w ramach Bllitzkrieg V. Chainsaw jakoś mnie co prawda tym razem nie zachwycił, rasowe koncerty zagrały Esqarial i Vader, natomiast bezapelacyjnie gigiem wieczoru był Marduk. Mankamentem było niestety brzmienie (nie wiem, który raz już to mówię). Oczywiście nie można mieć zarzutów do ochrony, ani organizacji, ale do tego trasy te już mnie przyzwyczaił.

Autor

11258 tekstów dla Chaos Vault

Sarkazm mu ojcem, ironia matką i jak większość bękartów jest nielubiany. W życiu nie trzymał instrumentu w ręku, więc teraz wyżywa się na muzykach. W obiektywizm recenzencki wierzy w takim samym stopniu jak we wniebowstąpienie, świętych obcowanie i grzechów odpuszczenie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *