Blitzkrieg IV: Vader, Krisiun, Rotting Christ, Incantation, Funerus; Rzeszów, Klub Pod Palmą, 05.10.2007

Oj, czekałem na tę trasę długo i z jęzorem wywieszonym po same jajca. No bo nie co dzień do takiego Rzeszowa przyjeżdża taki zestaw kapel. No i obawiałem się do ostatniego momentu, że coś nie wypali, nauczony przykrymi doświadczeniami z odwołanymi koncertami Immolation czy Dismember. No ale tym razem wszystko poszło dobrze i wtorkowym wieczorkiem stawiliśmy się z ojcem redaktorem Choronzonem przed bramami Klubu Pod Palmą.

Ostatni koncert w ramach Blitzkrieg IV otwierał Funerus. Niestety koncerty mają to do siebie, że spotyka się na nich znajomych. A jak znajomi maja wódeczkę i skorzy są do podzielenia się z innymi, to zawsze jest możliwość, że człowiek nie zdąży na czas. Domyślacie się już pewnie, że na koncercie ekipy z Johnestown byłem, owszem, ale jedynie duchem, gdyż ciało przyjmowało kolejne kieliszki. Wszak, aby w młynie było miło, należy dziabnąć coś wcześniej. Oczywiście w granicach przyzwoitości. Zresztą, może bym i zdążył na połowę występu, gdyby nie fakt, że koncerty organizowane przez Mariusza Kmiołka cechują się punktualnością i dopięciem na ostatni guzik. No a baby na targu na następny dzień rano gadały, że Funerus zagrał porządną sztukę, a ich nieskomplikowany, tradycyjny death metal ludziskom się podobał.

Kolejni na scenę weszli panowie z Incantation. I od razu powiem – wielki szacunek dla Johna za zagranie dwóch setów pod rząd, bo co tu kryć, decior do grania wymaga niezłego wysiłku, zwłaszcza, jeśli robi się to tak jak Incantation. Amerykanie wystąpili w trzyosobowym składzie i tu ciekawostka – na gitarze udzielał się Reyash, znany niektórym maniakom głównie z Witchmaster. To się nazywa chyba nobilitacja, prawda? Bo nie znam wielu muzyków z Polski, którzy mogą się pochwalić, że wspomagali legendę amerykańskiego brutalnego death metalu. A że nie wszyscy z publiki go poznali, to już inna bajka. No i w tym miejscu należy zaznaczyć, że podczas gigu w młynie było może z dziesięć osób, nie wiele więcej pod samą sceną. Z czego to wynika, nie wiem. Pewno z tego, że Incantation nie cieszy się taką popularnością wśród polskich metali, zwłaszcza tych młodszych. Nie widzę innego wytłumaczenia, zwłaszcza, że Amerykanie zaserwowali nam kawał potężnego i brutalnego górzańska. Szczerze powiem, że w młynie nie wyłapałem poszczególnych kawałków, więc faktami Was niestety nie zasypię, ale dużo ich też nie było, bo dla Johna i reszty przypadło w rozpisce niewiele ponad pół godzinki. Ale czas wykorzystali maksymalnie umilając nam czas brutalnym i intensywnym show, jedynie z kilkoma zwolnieniami dla złapania oddechu, bo każdy kto słyszał zna te ich walcowate, wgniatające w posadzkę riffy. Ogólnie wrażenie bardzo dobre, chętnie zobaczę ich jeszcze raz, kiedy będą dysponować większą ilością minut.

Po obywatelach Stanów Zjednoczonych nastąpiła chwilka przerwy, bardzo krótka zresztą, nie zdążyłem nawet dopić do końca piwka i scenę we władanie przejęli jedni z prekursorów greckiej odmiany black metalu – Rotting Christ. Przed całą imprezą chodziły nawet słuchy, że z powodu nazwy zespołu, nasz nieoceniony inkwizytor i strażnik wc (wartości chrześcijańskich) – Ryszard Nowak (a mówią, że wszystkie Ryśki to fajne chłopy) będzie dążył do odwołania trasy, co niestety w tym chorym kraju miało miejsce nie raz. Nie wiem, czy to prawda, czy nie, w każdym razie koncert się odbył, a Nowak pewnie szczypało z tego powodu w jądrach przez całe dziesięć dni trwania Blitzkrieg’u. I kij mu w oko, bo Sakis z chłopakami pokazali, że nie bez kozery już drugi raz biorą udział w Wojnie Błyskawicznej (choć na następne edycje chciałbym jakieś nowe kapele…). Wokalista, nie wątpliwie obdarzony charyzmą, szybko poustawiał sobie liczną już publikę. Zaczęli energetycznie i od razu z grubej rury. Rotting Christ w koncertowej setliście skupił się głównie na nowszych utworach, między innymi z ostatniego opusu grupy – „Theogonia”, której wstyd przyznać, ale jeszcze nie miałem okazji usłyszeć. Ale na żywca wypadają świetnie, taka wypadkowa starszych i nowszych kompozycji. No ale żeby fani tych starych numerów nie marudzili, dostali też kilka starszych numerów, z czasów „Thy Mighty Contract”. No i wtedy to już istny szał pod sceną, choć tak na marginesie – ja zdaje sobie sprawę, że muzyka Gnijącego Chrystusa są bardzo rytmiczne, ale żeby uskuteczniać przy nich prawie hard core’owe skakanie? Lekka przesada… A najśmieszniej wyglądał jeden, na oko szesnastoletni metaluszek i jego druga połówka. Makijaż i kreski od oczu w dół, a do tego koszulka… Nightwish. Kurwa, mrok normalnie, jak u mojej babci w piwnicy między słoikiem z dżemem a kiszonymi. No ale odszedłem od tematu. Rotting Christ brzmiał trochę lepiej i bardziej selektywnie od poprzednich bandów, no ale też brzmienie ich muzy jest diametralnie różne, więc może mi się wydawało. Na koniec gigu Sakis podziękował za dobrą organizację, świetne przyjęcie i dużą frekwencję (która rzeczywiście była niezła, mimo, że to wtorek). No i zeszli ze sceny, a ja powiem Wam, że wypadli równie dobrze, jak nie lepiej, jak dwa lata temu.

Znów szybka przerwa na siusiu i pićku (lub odwrotnie, jak kto woli) i rozpoczęła się mordercza jatka w wykonaniu Brazylianerów z Krisiun. Niby było ich tylko trzech, a rozpierdol robili za trzydziestu. Zwierzęta na scenie, a pod nią amok. Braciszkowie zrobili przejażdżkę przez całą dyskografię, ale duża liczba utworów pochodziła z ostatniej płyty – „AssassiNation”, co zrozumiałe zresztą. To co zaprezentowali na scenie furiaci z Sao Paulo przeszło najśmielsze oczekiwania, zwłaszcza jeśli ktoś nie widział ich jeszcze w wersji live. Choć po koncercie spotkałem się też z opiniami, że gigi Incantation i Krisiun były kiepskie, z czym osobiście się nie zgadzam. Mnie osobiści zmiażdżyli, zwłaszcza, że jak mi się wydaje, chłopcy lepiej czują się w małych klubach, jak Pod Palmą, niźli w ogromnych halach, jak katowicki Spodek. Zajebista, energiczna muza Mosera i braci tegoż spotkała się z odpowiednim przyjęciem , nie wyłączając stage – divingu i naprawdę dzikiego mosh’u. to była bodajże piąta wizyta Krisiun w naszym kraju i mam nadzieję, że nie ostatnia, zwłaszcza, że jak powiedział Max, wsparcia jakiego udzielają mu polscy maniacy mogą im pozazdrościć najwięksi. I w Rzeszowie było to widać.

Po opuszczeniu sceny przez twórców „Apocalyptic Revelations” deski przejęła gwiazda wieczoru – Vader. Właściwie to chyba każdy metal w Polsce widział ich przynajmniej raz, jeśli oczywiście wykazał choć trochę inicjatywy. Olsztynianie (choć po zmianach składu to już trochę umowne stwierdzenie) już od czterech bodaj lat w ramach Wojny Błyskawicznej przetaczają się przez terytorium Rzeczypospolitej. I jak już pisałem na wstępie, dobrze, że po zeszłorocznej absencji w Rzeszowie odwiedzili to miasto, bo maniacy byli zgłodniali ich muzyki. No a nie od dziś wiadomo, że cały koncert Vader można streścić w trzech słowach: veni, vidi, vici. Widać, że po stracie Docenta skład zdążył już okrzepnąć na dobre. Krótkie, dobrze znane intro i w kłębach dymu (kurna, jak ja go nie lubię – zawsze mnie po nim łeb boli) wyszła na scenę czwórka muzyków. I zaczęło się, jak to niektórzy określają, Misterium. Na pierwszy ogień poszły kawałki z nowszych albumów – „The Art. Of War” i „Impressions In Blood”, a wśród nich takie killery zespołu jak „Phallelujah (God Is Dead)” czy „This Is War”. Nowe numery przeplatane były kawałkami ze środkowego okresu twórczości (vide “Carnal” tudzież “Black To The Blind”) oraz starsze, z pierwszych dwóch płyt. Ba, w setliści znalazł się nawet prehistoryczny „Giń Psie!”. Na szczęście Peter ograniczył trochę konferansjerkę (która czasami była przydługa i zbyt pompatyczna), co wpłynęło pozytywnie na spójność gigu. Nie wiem, czy jest sens opisywania samego koncertu i rozpływania się w zachwytach, bowiem nawet najsurowsi krytycy ostatnich dokonań Vader, są zgodni co do klasy, jaką prezentuje ta kapela na żywo – miazga po prostu. Jeszcze nawiązując do programu koncertu, nie wiem jak rzecz miała się w innych miastach, ale w stolicy Podkarpacia Peter i reszta zagrali cover „Black Sabbath”, zapomniałem jedynie kto wykonywał ten utwór w oryginale, hehe. Szkoda tylko, że nikt z zespołów grających tego wieczoru Pod Palmą, nie wziął gościnnie udziału w show, albo choć towarzysko nie machał banią na deskach, bo byłoby to miłe zakończenie trasy. Po skończonym koncercie publika jeszcze długo skandowała „wejda! wejda!”, usiłując wyprosić bisy, ale niestety ekipa techniczna zaczęła już rozmontowywać sprzęt. Na pocieszenie jakiś fan zadowolić się musiał przepoconą koszulką Novego, na którą tłum rzucił się, jak gdyby ze sceny rzucali zwitki stuzłotówek lub co najmniej płyty. No i koniec, ludzie zaczęli się rozchodzić do domów, a ja z Choronzonem uderzyliśmy na miasto w poszukiwaniu kebabów i wodopoju. W końcu noc była jeszcze młoda.

Na zakończenie powiem Wam, że Mariusz Kmiołek nic nie płacił mi za powyższe peany (a szkoda, hehe), po prostu koncerty organizowane przezeń stoją na europejskim poziomie. I jeśli reszta organizatorów była by poszła w jego ślady, to może zagraniczne „duże” zespoły nie omijałyby Polski szerokim łukiem czy wpadały na dwa koncerty, lecz grały większe, kilkukoncertowe trasy, jakimi cieszą się w bardziej cywilizowanej części Europy. W każdym razie czwarta edycja Blitzkrieg podniosłą poprzeczkę bardzo wysoko. Brawo, psze państwa!


Zdjęcia pstrykała Sylwia Musiał – dzięki!

Autor

11161 tekstów dla Chaos Vault

Sarkazm mu ojcem, ironia matką i jak większość bękartów jest nielubiany. W życiu nie trzymał instrumentu w ręku, więc teraz wyżywa się na muzykach. W obiektywizm recenzencki wierzy w takim samym stopniu jak we wniebowstąpienie, świętych obcowanie i grzechów odpuszczenie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *