Blasphemer’s Campaign 2011: Bulldozer, Azarath, Witchmaster, Deus Mortem; Rzeszów, Klub Live, 04.09.2011

Doskonale pamiętam legendarny rok 1989… Byłem wówczas już w średniakach i na wspólnych spacerach w przedszkolu mogłem chadzać od strony jezdni. Bo chyba nie myśleliście, że powiem Wam, iż widziałem wówczas koncert Bulldozer w Zabrzu? Ocipieliście?!

No ale teraz po ponad dwóch dekadach Włosi znów zawitali do naszego kraju. Chciałoby się wręcz rzec „z ziemi włoskiej do polskiej” czy jakoś tak. Początkowo chodziły słuchy, że ponoć Bulldzoer ma zagrać jakiś gig w Polsce. No, może dwa… ale całą trasę włączając Rzeszów??? Za cholerę bym na to nie wpadł – a jednak. Spodziewałem się tłumów, starych metalowców eskortowanych przez nyski, grupek polujących na odłączonych od stada śmiałków, którzy za moment utracą skórę, buty i koszulkę… A, sorry, nie ta dekada. Więc nie zdziwiliśmy się bardzo z Efem, gdy po podejściu pod Klub Live ujrzeliśmy sześć osób. No nic to, może powoli się zbiorą. Zebrali się – ponoć Rzeszów wystawił stu dwudziestu zaciężnych chłopa. Moim zdaniem mógłby się postarać bardziej, bo osobiście znam pewnie z kilkanaście osób, które wiecznie narzekają, że nic się w Rzeszowie nie dzieje i jakoś ich w tę niedzielę nie zobaczyłem na koncercie… Czyżby byli na wieczornej mszy?

Dobra, po szybkim okupieniu się w skandalicznie tanie winyle ulokowaliśmy się blisko skandalicznie drogiego piwa (widać coś za coś). Jako pierwsi do odstrzału stanęli black metalowcy z Deus Mortem. Powiedziałem „do odstrzału”? To raczej ta kapela pokazała zgromadzonym, jak winno się grać porządny black metal. Pod sceną zgromadziło się może z dziesięć – dwanaście osób, które raczej statycznie oglądały show, jakie zgotowało czterech muzyków, wśród nich partycypujących między innymi w dobrze znanej Anima Damnata. Choć podejrzewam, że ludzie nie tyle oglądali ich, co puszczane za ich plecami wyrywki z jakiegoś choreo filmu (ktoś mi mówił, co to było, ale nie pomnę teraz tytułu). W każdym razie Deus Mortem potraktowało zebranych black metalem, który chwilami kojarzył się z Mayhem okresu „De Mysteriis Dom Sathanas” (nie wiem nawet, czy zespół nie wplótł któregoś numeru z tego krążka do swojej tracklisty – albo zagrali w bardzo podobnym stylu) czy też wczesnym Bathory, z naszego zaś podwórka chwilami przywodzili na myśl Thunderbolt. Zagrali coś około czterech numerów, które osobiście bardzo mi się spodobały i czekam na materiał tej kapeli. Bo ksiądz na kazaniu przebąkiwał coś o jakiejś epce…

Deus Mortem był zasadniczo jedyną obcą mi tego wieczora kapelą. Bo zaraz po nich na deski wchodził Witchmaster. Redaktor Ef ostrzył sobie swoje ząbki na ten zespół, ja zresztą również. Czwórka muzyków weszła na scenę i na dobry wieczór przypierdolili moją ulubioną „Trücizną”. Zajebiście, chyba na tym zespole młyn był największy i najbardziej agresywny. Dalej potraktowano nas kolejnymi strzałami z ostatniego krążka – „Road To Treblinka”, „Two Point Suicide”, sporo poszło też z dwójeczki – Witchmaster wychłostał nas między innymi przy pomocy „Obedience”, „Black Bondage Flagellation”. Szał,tylko zastanawiam się po co Bastis znikał po każdym numerze za sceną – odpocząć, czy może wręcz przeciwnie, hehe. Choć mam wrażenie, że ostatni koncert Witchmaster jaki widziałem, to jest podczas Silesian Massacre II, bardziej mi się podobał – niemniej jednak nie mogę powiedzieć, że Witchmaster dał dupy w Rzeszowie. Oczywiście najbardziej żywiołową osobą z całego składu był gardziołkowy, z opętanym wzrokiem – yeah, Bastis wypadł naprawdę morderczo. Ale nie mogę mieć większych zarzutów odnośnie całego setu Witchmaster. Oni zawsze mordują.

Po Witchmaster nadejszła pora na Azarath, którego absencja wzbudziła ogromny żal ileś tam miesięcy temu. Dobrze, że kapela postanowiła nam to wynagrodzić w postaci tej trasy, do tego z takim gościem specjalnym. Azarath naprawdę wyzabijał maluczkich za sprawą swojej ostatniej płyty i naprawdę ucieszyłem się, że z tego krążka poleciało sporo numerów. No może poza „Harvester Of Flames”, który z płyty zabija, niemniej jednak na koncercie trochę mnie zawiódł. Zdziwiłem się też, że pewnie większość publiki, dla których zapewne Azarath był daniem głównym niedzielnego wieczora, podczas ich koncertu stała jak kurwa zaczarowana. I chyba widząc niemrawą publikę Azarath był zdegustowany i końcówka gigu wyszła im lekko bez życia. Oczywiście, gdyby patrzeć na ich moc przy takich salwach sardonicznej wściekłości jak „For Satan My Blood”, „Baptized in Sperm of the Antichrist” czy „Christscum” (o ile się nie przesłyszałem), to można by stwierdzić, że Azarath kurwa zmiótł wszystko. I tak było… w większości, hehe. No jednak, podobnie jak w przypadku Witchmaster, katowicki koncert zostawił po sobie odrobinę lepsze wspomnienia.

I czas na zespół, na który czekałem. Ja i kilku znajomych, bo spora część publiki, zwłaszcza tej młodszej nie za bardzo kojarzyło co to jakiś Bulldozer. Jakiś łysy starszy gość w pelerynce? Pff. Ale dla mnie to było creme de la creme całego wieczoru. Jak tylko AC Wild wyszedł na deski ze swoją kapelą, serce zabiło mocniej. Może nie wychowałem się na ich muzyce, ale kurwa – Bulldozer to Bulldozer, kapela zajebista i basta. Nie pamiętam co tam leciało kiedy i po czym, sprawdźcie sobie fora dla takich informacji. Wiem, że zagrali sporo z ostatniego krążka – dla mnie okej, bo „Unexpected Fate” to dobry album. Dlatego tez zajebiście się napierdalało pod sceną w takt „Micro VIP”, „Bastards” czy „Aces of Blasphemy” tudzież „Use Your Brain”. AC wyśpiewywał teksty zza specjalnej mównicy, ściekającej krwią. Może nie brzmi to przekonywująco, zwłaszcza, jeśli ktoś tego nie widział, ale słowo daje – dla mnie bomba. Poza tym AC potrafił utrzymywać cały czas kontakt z publiką, ba – śpiewał konkretne wersy do poszczególnych osób pod sceną, utrzymywał cały czas kontakt z fanami. Nie mogło się oczywiście obyć bez sztandarowych kompozycji Bulldozer – „IX”, „Ilona – The Very Best” czy „Derby” – kurwa, wciąż na samą myśl robi mi się mokro w miejscach intymnych. Zresztą, jeśliby nie zagrali tego ostatniego, złożyłbym zażalenie. Świetny koncert, nawet do brzmienia nie za bardzo mam obiekcje. A na sam koniec – palce lizać – „Whisky Time!”. Genialny koncert! Bulldozer zagrał może z godzinkę, ale dla mnie była to świetnie spożytkowana godzina (pomyśleć, że niektórzy ludzie godzinę w tygodniu spędzają na przykład w kościele). Po zakończonym gigu, kiedy ludzie rozchodzili się do domów, nam udało się jeszcze strzelić po focie z Andym i AC, poskandowali nazwę kapeli i również rozeszli się do domów.

Nie będę rozpisywał się kulejącej frekwencji, kto nie był jego strata (choć ogólnie Rzeszów i tak nie wypadł źle na tle innych, większych miast). Generalnie, bardzo dobry koncert, Bulldozer zagrał zajebiście, Polacy bardzo dobrze. Świetna trasa, mam nadzieję, że coś podobnego będzie miało miejsce wkrótce. Jeśli jakiś organizator byłby zainteresowany moimi preferencjami, służę uprzejmie, hehe.

Autor

11248 tekstów dla Chaos Vault

Sarkazm mu ojcem, ironia matką i jak większość bękartów jest nielubiany. W życiu nie trzymał instrumentu w ręku, więc teraz wyżywa się na muzykach. W obiektywizm recenzencki wierzy w takim samym stopniu jak we wniebowstąpienie, świętych obcowanie i grzechów odpuszczenie.

2 komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *