Black Winter Festival: Vulcano, Profanatica, Demonomancy, Brüdny Skürwiel, Gallower; Gliwice, Mrowisko, 22.11.2019

W sumie decyzja o wyjeździe do Gliwic to trochę był impuls. Akurat wypadł mi wolny piątkowy wieczór, a koledzy mówili, że jadą. Myślę sobie – no kurwa, druga okazja, że zobaczę Vulcano raczej szybko się nie zdarzy, a przecież każdy wie, że „Bloody Vengeance” to kult nad kulty i tak dalej. Decyzja więc została podjęta – jadę.

Ale kurwa oczywiście nie może być za prosto. Bo wyobraźcie sobie, że zrywam się wcześniej z roboty, pędzę przez miasto na złamanie karku do domu, żeby się na szybko ogarnąć i kurwa nagle, ni stąd ni zowąd zamek wejściowy do domu odmawia posłuszeństwa. Kręcę kluczem, wkurwiam się, przeklinam wszystkich świętych, syna cieśli i całą jego zasraną familię, ale ni chuj – nie ruszy się w te ni we wte. Chłopaki na dole czekają, bo po drodze jeszcze jeden podróżnik do zgarnięcia, a tu kurwa dalej nic. Koniec końców się okazało, że zjebał mi się klucz, bo kobieta otworzyła swoim bez problemu. Jebany pech.

Tak czy siak, pomimo tej niedogodności podróż przebywała spokojnie i w Gliwicach byliśmy już na godzinę przed całym eventem. Niestety nie udało mi się wbić dzień wcześniej, a skład w czwartek też był niezły – Malokarpatan, Azarath, Vircolac… O dziwo – byliśmy praktycznie pierwsi. What the fuck, pomyślałem po zagranicznemu, dlaczego tak mało ludzi? No frekwencji niestety jakiejś mega świetnej nie było, ale też nie można powiedzieć, że Mrowisko świeciło w ten piątek pustkami.

Po zrobieniu zakupów merchowo – piwnych usadowiliśmy zgrabne dupcie w pseudoloży, ale długo tam nie posiedzieliśmy, bo oto i na scenę wszedł Gallower, pierwszy zespół tego wieczoru. Raz już chłopaków widziałem na żywca i było spoko, w ten wieczór też nie było tak naprawdę co narzekać – młodzieńcy wycinają sobie black/thrash metal z elementami speed metalu, hołdują latom osiemdziesiątym bardziej niż niektórzy, co to w latach osiemdziesiątych nagrywali swoje najlepsze albumy. Zarówno w imidżu jak i pod względem kompozycji. Słuchało się tego całkiem spoko, widać, że mają swoją oddaną grupę maniaków, którzy zazwyczaj są w ich wieku mniej więcej. Starsi kolesie, którzy tego dnia byli w Gliwicach patrzyli na show z większej odległości (tak, też tam stałem). Całkiem spoko to ich granie, ale nie porywa mnie jakoś wyjątkowo, choć szczerze – po ich koncercie nie stać mnie na jakąś głębszą konstatację.

Po Gallower zapragnąłem kolejnego piwka, tak też zrobiłem. Jak już miałem piwko ot je wypiłem, a potem poszedłem na merch ponownie (jakiś byłem niedokupiony kurwa mać) a potem poszwędać się ze znajomymi tu i ówdzie. I tak zleciało, aż nie wiedzieć kiedy koncert zaczął Brüdny Skürwiel. No i fajno, ale zanim dotarłem pod scenę, to kapela już praktycznie kończyła i jedyne co usłyszałem to trzy ostatnie kawałki. I nie zdradzę Wam żadnego tytułu poza coverem Witchmaster, który poleciał na samo koniec. No cóż, ich muzyka to typowy podkład pod pijaństwo i ja tak właśnie robiłem, tylko że nie cały czas w sali koncertowej. Stąd też przepraszam za lakoniczny opis akurat tej konkretnej sztuki.

Kolejne piwko i tym razem hyc pod scenę, bo instalują się na niej Włosi z Demonomancy. Kurwa, jakiś czas temu dopiero się z nimi poznałem i muszę Wam powiedzieć, że ich najnowszy krążek to jest taki strzał 10/10, że kurwa Szatan przebiera kopytami. Szczerze mówiąc liczyłem na jak najwięcej kawałków właśnie z „Poisoned Atonement” i w zasadzie się nie zawiodłem – ci kolesie może i nie są jakiejś olbrzymiej postury, ale co z tego, skoro tworzą tak monumentalną muzykę? Wściekły black/death metal z elementami thrashu to jest akurat to, co ja łykam jak zimną pięćdziesiątkę. I widać było, że nie byłem sam. Pod sceną w dalszym ciągu nie było zbyt gęsto, ale jednak sporo pięści było w górze, a i przy takich kawałkach jak „Fiery Herald Unbound” czy „The Day of the Lord” było kurewskie zdzieranie gardła. Dodatkowe propsy za koszulkę „Metal and Hell” dla gitarzysty, ciekawe, gdzie kupił, bo czuję że mieli taniej niż obecnie w Metal Mind, hehe. Około czterdziestu minut sonicznego zniszczenia – tak zapamiętam ten koncert. Jeśli jakimś cudem natomiast nie poznaliście jeszcze ich twórczości, to zróbcie sobie tę przyjemność i nadróbcie. Bo wiele tracicie.

Po ich gigu pora była na przerwę. W międzyczasie gdzieś tam w tłumie kręcił się Paul Ledney z Profanatica. No niby człowiek legenda, ale miał trochę dziwne podejście do ludzi. Na prośbę Leszka z „Oldschool Metal Maniaca” robiłem doń trzy podejścia z prośbą o jakieś interwju, dostał ziniacza w łapy, ale on co chwila znajdował sobie jakieś dziwne wytłumaczenia – że zaraz, że za pięć minut. W końcu już ponoć się zgodził, ale podczas robienia zdjęcia jakiemuś kolesiowi jebnąłem Ledneyowi po oczach fleszem, na co ten się wkurwił i powiedział, że mogę se wywiad wsadzić w dupę (na jego usprawiedliwienie przed każdym zdjęciem zaznaczał, że bez flesza, a gdy zapytałem typa co chciał tę fotę, czy na pewno wyłączył lampę ten stwierdził że na pewno… Taki chuj, oświeciło wszystko). Natomiast Profanatica tego dnia rozjebała. Kurwa, ich koncerty są totalnie popierdolone, to rzeczywiście wygląda jak jakieś jebane misterium. Niemal godzinny set był niczym nieustanne obrzucanie gównem ołtarza. Ledney schowany za dwoma wiosłowymi, wyglądającymi jak jakieś opętane postaci z Alicji w Krainie Czarów i wydzierający się do mikrofonu równocześnie okładając dziko perkusję. W muzyce Profanatica jest coś atawistycznego i dzikiego, na koncercie to się jeszcze potęguje. Wszystkiego nie wymienię co grali, bo i nie znam tak ich twórczości na wyrywki, a nie czarujmy się – to nie jest jakoś wybitnie zróżnicowana muzyka. Na pewno z zapowiedzi poszło „Fuck Messiah”, „Spilling Holy Blood”, „Weeping in Heaven” czy „Broken Jew”. Wszystko ku uciesze maniaków pod sceną. Kurwa, nie wiem czy po ich koncercie osoby, które powiedziałyby, że Profanatica zagrała na pół gwizdka czy coś. Koncert totalny.

Po nim trzeba było odsapnąć przy browarku (poza tym nie może być relacji bez komentarzy, że więcej u nas o piciu piwa niż o samej muzyce). A po browarku z powrotem pod scenę Mrowiska, bo oto i pora na ostatni zespół tego wieczoru – brazylijskie Vulcano. Ja kultem otaczam ich debiut, niezły jest też ich powrotny „Tales from the Black Book”, pozostałe krążki są dobre, niektóre conajwyżej solidne. Ale kult roznoszący się nad ich studyjnym debiutem jest nie do przecenienia. I jak tylko weszli na deski sceny to maniacy ruszyli w bój i chyba w końcu rozkręcił się jakiś porządniejszy młyn. Muzycy Vulcano może i nie są już najmłodsi, ale umieją wykrzesać z siebie świetną energię na żywca i widać, że w dalszym ciągu bawi ich ten metal – a trzeba pamiętać, że Zhema jest mniej więcej w wieku mojego starego. Kapela przeplatała starsze kawałki z nowszymi, na szczęście z nowszych wybierali prawdziwe petardy. Natomiast już pod sam koniec koncertu dostaliśmy prawdziwą plejadę killerów, głównie z rzeczonego już debiutu – „Holocaust”, „Death Metal”, „Incubus” no i oczywiście „Bloody Vengeance” czy „Total Destruicao”. Wokalista też dawał radę i w ogóle ten skład wydaje się bardzo zgrany – choć oczywiście marzyłoby się zobaczyć ich z Angelem za mikrofonem. Narzekać jednak nie ma co – Vulcano słusznie wystąpiło jako headliner piątkowego wieczoru. Niemal godzinna iście oldschoolowa uczta. Zapowiedzieli, że jeszcze tu wrócą, więc czekam.

No i pięknie, po zakończeniu występu Vulcano trzeba się było ogarnąć i udać w drogę powrotną. Z tego miejca tradycyjnie skłądam gratulacje organizatorom, że się im chce i że nie ograniczają się do ściągania wciąż tych samych oklepanych kapel z okładki kolorowych pism (nawet jeśli są to pisma metalowe). Życzyłbym sobie jedynie większej frekwencji na takich gigach ale sam ostatnio nie grzeszę aktywnością koncertową, więc nie będę rzucał kamieniami. Niemniej jednak – wspierajcie kurwa podziemie!

Autor

11329 tekstów dla Chaos Vault

Sarkazm mu ojcem, ironia matką i jak większość bękartów jest nielubiany. W życiu nie trzymał instrumentu w ręku, więc teraz wyżywa się na muzykach. W obiektywizm recenzencki wierzy w takim samym stopniu jak we wniebowstąpienie, świętych obcowanie i grzechów odpuszczenie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *