Aura Noir w Polsce. Jak można było nie jechać? Jednym słowem, kto nie był niech żałuje a w ramach pokuty słucha całej dyskografii tak długo, aż nauczy się wszystkich tekstów wspak. Wrażenia po tym koncercie myślę jeszcze długo nie opadną i za każdym razem słuchając Norwegów będę miał przed oczami scenę i to, co się na niej działo…

W niedzielę zamiast na popołudniową mszę postanowiliśmy udać się do Warszawy na misterium, które zapewnić nam miała Aura Noir. W pięcioosobowym składzie zasiedliśmy w pojazd i w kilka piwek (perełek w promocji z Marmaxa hehe) dotarliśmy do stolicy sporo przed czasem. Stojąc pod klubem i pijąc piwo zaczęliśmy się nieco niepokoić o frekwencje, bo osiemnasta minęła, otwarcie bram dokonało się, a w okolicach klubu krąży garstka ludzi. Z tą frekwencją to jak się później okazało szału faktycznie nie było. Tak na moje oko coś koło 200 osób, może trochę więcej to i tak jak na taka kapele trochę jednak mało. Ochrona nie dawała pieczątek, bo mogła po chwili wszystkich uczestników rozpoznać tak, że nawet nie sprawdzali nikogo przy wchodzeniu i wychodzeniu na fajkę.

W środku królewskie z kija, rzut oka na merch i po jakiejś półgodzinnej obsuwie na scenę wchodzi Deadly Frost. W zasadzie oni i Empheris spowodowali, że wybraliśmy się tym razem do Warszawy, a nie jak to zwykle bywa do Katowic. I zdecydowanie było warto, bo obie kapele pokazały się z bardzo dobrej strony. Ale zacznijmy od gigu Deadly Frost. Graja oni zasadniczo Black Metal, ale czerpiący pełnymi garściami z klasyki. Doskonały, szaleńczy, opętańczy. Ze sceny biła szczerość i zaangażowanie, wyśmienicie się ich ogląda na żywo. Mi zajebiście się podobał fakt, że na drugim wokalu był perkusista, który wydobywał z siebie przeróżne piekielne dźwięki, ukryty za swoim zestawem i za gęstą mgłą – efekt dawało to taki jakby głosy dobywały się z samych piekielnych otchłani hehe. Świetny koncert na rozgrzewkę; warto było nadłożyć nieco drogi do stolicy.

Po jakichś 30 minutach Deadly Frost zeszli ze sceny i Leszek poszedł zająć się swoim kramem, a ja poszedłem zaczerpnąć świeżego powietrza, bo w środku temperatura zaczęła powoli przekraczać dopuszczalne normy przeciwpożarowe – a z każdą kapelą jeszcze rosła i to dosłownie – jakaś klima w tej Progresji to by się przydała, bo chłodzenie piwem nie dawało oczekiwanych rezultatów. Kolejka ekipa prezentującą swoje talenty w niedzielny wieczór był stołeczny Empheris słynący z miłości do wysokoprocentowych napojów wyskokowych i czarnego jak smoła Thrash Metalu. I dokładnie to udowodnili swoim gigiem – zabawa od pierwszych sekund doskonała, zarówno pod scena jak i na scenie. Duet basista i wokalista rozkręcali imprezę na całego, przez co tłumek, choć dość skromny, to tańcował zaciekle w rytm przebojów wygrywanych przez Warszawiaków. Na koniec zagrana nieśmiertelna petarda, czyli „Countess Bathory” w nieco zmienionej wersji i pora na kolejna przerwę.

Po Empheris scenę we władanie wziął Bloodthirst a ja stanąłem sobie z napojem chłodzącym nieco bliżej wyjścia, bo jakoś nigdy ta kapela nie wywołałą u mnie szybszego pulsu. Dobre płyty nagrywają, koncerty też niekiepskie, ale ja jakoś słabości do nich nie mam a i ich twórczość znam pobieżnie. Niemniej jednak ciekaw byłem tej nowej EP, bo drzeć mordy na niej postanowili tym razem w ojczystym języku, co dla mnie zawsze jest in plus. No i poleciał kawałek o tytule ”Przeklnij Życie” i chyba jeszcze jakiś jeden, ale głowy nie dam. Szału nie było, ale koncert poprawny i czepić się nie ma czego, nawet jak człowiek wredny.

Do głównego dania już coraz bliżej, każdy odlicza minuty, z których ostatnie umilał nam Witchmaster. Tak kapela nigdy nie zawodzi, ich koncerty to święto szaleństwa, rozpusty, diabła i pijaństwa a chłopaki ostatnimi czasy są w naprawdę wysokiej formie (w sumie to nie wiem czy oni kiedykolwiek byli w niskiej). W momencie, kiedy pojawili się na scenie i poleciały pierwsze riffy z „Trucizny” pod scena zawrzało niczym w piecu hutniczym. Witchmaster to istna machina koncertowa, ich numery brzmią zajebiście na żywo i wyśmienicie się ogląda ten spektakl nienawiści. Kolejne numery z „Trucizny” i szlagiery typu „Masochistic Devil Worship”, „Infernal Storm” czy „Satanic Metal Attack” wywołały pod scena spore zamieszanie. Najciekawsza jednak scena była, gdy jakąś laska w koszulce Slayera raczej niepełnoletnia o głowę niższa ode mnie (a mnie też bozia hojnie wzrostem nie obdarzyła) zaczęła w młynie przepychać (albo raczej próbowała) chłopów nie przesadzając z 5 razy większych od niej. Komiczna to była sytuacja, ale na szczęście nie zakończyła się tragicznie hehe. Ten gig zleciał mi zajebiście szybko. Ekipa z Zielonej Góry wpadła, zrobiła totalny rozpierdol, pozostawiła zgliszcza i poszła w chuj. Doskonały koncert. Witchmaster po raz kolejny udowodnił, że należy do czołówki polskiego podziemia.

Po takim gigu piwko się należało obligatoryjnie, więc skierowałam się do baru zamówiłem żywca z kija, bo prawie nic innego nie było (chyba organizatorzy nie przewidzieli, że przyjdzie im napoić aż tyle łaknących złotego napoju chłopów) i zaczęło się odliczanie do występu kultowej Aury!! Może z pół godziny lub nieco dłużej zeszło, gdy na deskach Proximy pojawili się Norwegowie i pod scenę w tym momencie zawrzało! Gdy na swoje krzesło o kulach wchodził Agresor cała sala zaczęła skandować i ruszyła machina!! Dla mnie ta muzyka jest wręcz stworzona do grania na żywo, bo niesie tak niesamowita dawkę energii, że aż plomby z zębów wypadają. Zło i agresja wręcz kipiały ze sceny a muzycy jeszcze podkręcali atmosferę. Doskonały dobór numerów, których nie wymienię ani wszystkich ani po kolei, bo z notesem nie stałem, ale poleciały „Hades Rise”, „Black Thrash Attack” (kurwa UWIELBIAM!!), „Condor”, „Destructor”, „Shadow of Death”, „Hell’s Fire” no ja pierdolę! Miazga! A i oczywiście „Conqueror”!! Choć w zasadzie, co by nie zagrali to by rozkurwiło w drobny mak! Pod sceną piekło i pożoga: paru, co mniejszych gości zostało dość solidnie zmasakrowanych, co można było zobaczyć w kiblu (pęcherz nie sługa), który wyglądał jak izba przyjęć ostrego dyżuru hehehe. Szczególnie w bojach wyróżniała się jeden potężny zawodnik, który stanął sobie w środku tego zamieszania i miotał reszta towarzystwa po podłodze. Nawet raz ze trzech próbowało go zaatakować, ale skurwysyn wszystkich na łopatki rozłożył. Koszulka Kill for Satan wyglądała na nim bardzo poważnie hehehe. Brzmienie do takiej muzyki zajebiste nawet Apollon doskonale wypowiedział się w temacie: „Our drums is breaking on parts, but we want to sound nekro!!!” Nie wiem czy dokładnie tak to powiedział, ale wiadomo, o co chodzi hehe.

W każdym razie nie było po tym gigu co zbierać – kto przeżył będzie to wspominał do zajebanej śmierci!!

Zdjęcia robiła Czarna666. Hail jej za to! [Jak je w końcu dostaniemy, hehe – przyp. Oracle]