Black Silesia IV – Open Air Festival; Gród rycerski w Byczynie; 7/8 czerwca 2019

Stało się! Kolejna Black Silesia przeszła do historii. A wszystkich przejętych, że był to ostatni balet, uświadamiam, że w przyszłym roku zawita do nas legendarny Sabbat!

Niektórzy spragnieni świnek i metalu maniax rozbijali namioty już w czwartek, jednak ja teleportowałem się do grodu dopiero w piątek. Podróż (a wiemy, że lubicie czytać o tym, kto ile wypił) odbyła się z miłym parzystokopytnym przyjacielem na puszcze w jeszcze bardziej komfortowym autku. Jednak częste przystanki na siku sprawiły, że spóźniłem się na występ zespołu Dracula. Od razu mówię, a raczej piszę, że nie będą to jakieś długie opisy i poematy o dupie Maryny, bo i tak byście nie doczytali do końca. Jedni mówili, że Dracula to Moder Talking dla metaluchów inni, że King Diamond dla ubogich. Niestety nie mi oceniać, redaktor Łysy oraz nasz najserdeczniejszy przyjaciel od wywiadów/relacji 😉 Bart w tym czasie natomiast zajmowali się konsumpcją alkoholu. Udało mi się jednak poznać członków zespołu chwilę po ich występie. Byli oni bardzo koleżeńscy, oprócz pana wokalisty, który był lekko wykręcony i poszedł zwiedzać inne galaktyki.

Chwila przerwy na piwko, a było to już 8 (!) i na scenę w pełnym skwarze wpełzły chłopaki z Butcher! Bestialska speedmetalowa maszyna rozkręciła kocioł pod sceną, a coraz to więcej osób wpadało w wir zabawy. Było szybko i konkretnie, a wszystko to w klimatach chłostania batem. Potem zrobiło się strasznie brudno i surowo. Stillborn rozdarł karty w ten upalny dzień. Wszystko, za co kochacie tę plugawą hordę zostało odegrane na deskach grodu. Prawdziwa obrzydliwość. Przerwa i myk na stoisko Eryka z Old Temple. A tam szał wyprzedaży do każdego zakupionego materiału Hate Them All, czyli 50 ml czystej gratis. Na jednej płycie się nie skończyło…

Jezusie i mateńko co zaś się działo na Voidhanger. Tak nakopcili pod sceną, że i jednemu klientowi nos złamali. Nawet lekarz nie mógł go utrzymać w spokoju, by go opatrzyć, bo ten ciągle machał łbem do „Working class misanthropy” hehe. Ze sceny sypały się się same szlagiery, a ludzi przybywało coraz więcej. Voidhanger to prawdziwa perełka na naszej scenie, wiedzą jak spuścić odpowiedni wpierdol i porwać do tańca.

Cóż, Imperator zaś mnie nie porwał. Wiem, że narażę się zaraz masie prawdziwków, ale cóż zrobić. Za smarkaty może jestem na takie granie hehe. Był to, ot tak, po prostu kawał dobrego death metalu, ale bez żadnych wodotrysków i spuszczania się na ladę. Popatrzyłem, pomachałem chwilę łbem i polazłem chlać dalej. Parę piwek potem i na scenie pojawili się mistrzowie greckiej szkoły black metalu. Varathorn nie zawodzi pod każdym względem, mimo 30 lat na karku, bestia ma dalej ostre kły! W dalszym ciągu czuć magię ich charakterystycznych riffów oraz wokalu. Mistycyzm w pełnej krasie.

Na godzinę papieską zaś zapowiedziano Tormentor. Gród wypełnił się po brzegi maniax, zaś Atilla rozpoczął swoje przedstawienie. I przedstawienie to bardzo dobre określenie do tego co się działo. Atilla niczym profesjonalny wodzirej porwał do tańca wszystkich zgromadzonych by razem z nim w bluźnierczym tańcu wykrzykwali TORMENTOR! W wiadomym utworze. I nie ukrywajmy, ale dla niektórych ten zespół jest tylko znany z 2 uworów . Wyżej wymionego „Tormentor” i „Elisabeth Bathory” hehe. I dało się zauważyć takich fanów, którzy wykrzykiwali wniebogłosy jak wielbią tę hordę, chociaż znają ją tylko przez tydzień. Występ był przepięknie nagłośniony i każdy pojedynczy riff ze skrzekiem wokalisty brzmiał jak anielska aria. Setlista zaś bez zaskoczeń, dominowały wałki z „Anno Domini” choć dało się też wyłapać coś z „Seventh Day of Doom”. Kult wiecznie żywy kochani. Kto nie był,ten może sobie napluć w ryj, ale nie bo Tormentor a Vesicant!

Ten warmetalowy buldożer rozsypał w pizdu cały gród, a moja szczęka pływała gdzieś w pobliskim jeziorze. Większość osób niestety wywaliła na ogórki i nie zaznała tej plagi, ale Ci, co ostali zgodzą się, że ta noc należała do nich. Nie brać jeńców i przeć do przodu! Niestety Hellfire Deathcult nie doleciał do naszej pięknej krainy, także z ich występu ostało się ino tylko pół litra.

Po występie niestety nogi odmówiły mi posłuszeństwa i udałem się między innymi z naszym kochanym redaktorem Łysym do łóżeczka. Tak śpimy razem.

Dzień drugi. Kac i wycieczka piesza do sklepu. Oraz taniec na pustej ulicy w rytm Toto„Africa (MADD Frenchcore Bootleg)”. Podziwianie wiejskiej fauny walącej, jak my, piwko. Po drodze minęliśmy nawet ładny kościół, który mógłby przyozdobić niejedną black metalową okładkę. Plan był taki, że uda mi się dotrzeć na Warfist. Jednak Greg i jego bimber zrobili swoje. Violentor zaś nie mogłem odpuścić. Ten trashowy wpierdol rozruszał moje stare kości i naładował pozytywną energią. Ich najnowsze dziecko „Putrid Stench” to kawał świetnego łojenia. Prawdziwe wyjce, które z niejednego pieca chleb jadły. Szybko wulgarnie i bez zbędnych ceregieli.

Na Sodomizer niestety się zwiodłem. Występy na żywo nie umywają się do płyt. Wszystko było zagrane strasznie nierówno. Na parę fajnych riffów wjeżdżał jeden koślawy, po którym aż zęby zabolały. Jednak trzeba przyznać, że wokalista to bardzo klawy gość i po skończonym występie wyszedł cały uśmiechnięty do ludzi, by pogadać i wypić co nieco. I się niestety zasiedziałem z Łysym, ponieważ obgadywaliśmy ile powinniśmy ściągać teraz kasy za nowe recenzje. Ponieważ ostatnio krucho było z kasą to i oceny były nie takie, jak trzeba. Życie psa karawaniarskiego jest ciężkie. Wybacz Sodomizerze.

Witaj zaś ewangelio gówna i wymiotów. Szkoda, że było tak jasno, no kurwa szkoda, ale Nekkrofukk zajebał mi pałą w łeb i padłem. Bluźnierstwo, kał i zniszczenie! Najlepszy występ tej hordy. Po scenografię i setlistę! Lord K. i jego zakonnice rozbujali wszystkimi i jak jeden mąż skandowali Ave Satan. Będzie co wspominać, zwłaszcza świetny cover Beherit. I znów wpierdol przeokrutny. Infernal War, a ja nawet czasu na nalanie sobie piwa nie miałem, bo znów rozpętało się piekło. Kolejna horda, przy której nie można przejść obojętnie, tylko bawić się i uprawiać tańce i swawole. I tak leciał różne szlagiery z „Axiom” i muszę przyznać, że „Paradygmat” na żywo gniecie jajca niesamowicie.

I zdarzyła się rzecz niezwykle przykra. Nunslaughter musiał zagrać przed papieską, ponieważ Lufthansa zgubiła wiosło jednego z muzyków Iron Angel. Jednak, żeby nie było, show odjebali niesamowite! Wiadomo, że bez Jima nie jest to już ten sam zespół, ale nowy perkman daje radę. I tak Don pląsał po scenie w rytm „Smell the Burning Churches, I Hate Christians”, czy też „Satanic Slut”. Przyznam szczerze, że wypadli o wiele lepiej niż na albumach. Ten czarci wymiot powinien o wiele częściej koncertować na żywo. Zwłaszcza w Polsce, bo wielu maniax było spragnionych krwi zakonnicy.

Iron Angel przemilczę, bo nie jara mnie ostra jazda z trzymanką. Chociaż młodzież,widziałem, wybawiła się przednio. Niestety my w tym czasie kultywowaliśmy war metal piwko. Pseudogod zaś można podsumować tylko tym: wpierdol i do spania. A tak na serio. Co można robić w chuj daleko za Uralem? Napierdalać war metal! I wychodzi im to znakomicie. Prawdziwa dzicz wylewała się z głośników. Rosjanie zadeptali tych którzy wytrzymali tę 2-dniową chłostę. Nie dało się lepiej zamknąć tego festu.

A jak tam organizacyjnie wszystko wypadło? A no bdb. Piwko tanie, bo kłaniajcie się narody, tylko 5 złotych polskich! Koledzy sprzedający merch bardzo przemili. Nawet wódą częstowali. A zjeść też się dało. Obsuwki jak już to jakieś minimalne. A Pan organizator równie przemiły. Znając życie to już wiemy kto wygrał nagrodę za koncert roku heheh. Trzymam kciuki i wyczekuje ogłoszeń związanych z przyszłoroczną edycją.

Autor

142 tekstów dla Chaos Vault

Główny ekspert w dziedzinie szkalowania, lubujący się w czarnym metalu oraz wszelakich ambientach i innych wybrykach natury.

1 komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *