Black Silesia III Open Air – Suplement

Mały suplement do Black Silesia III Open Air. Made by Bart & Wojtuś.

Bart: Są koncerty, na które jeździ się spontanicznie ot tak, są takie na których być wypada ale i czasem są takie, na których nieobecność jest dosłownie ujmą na honorze. I takim to właśnie, trzecim typem, koncertu był tegoroczny Black Silesia Fest.

Już sama lokalizacja budziła kontrowersje, osławiony Gród Rycerski w Byczynie, gdzie kiedyś dział się Dark Fest – zadupie totalne, co już na wstępie wywoływało jojczenie malkontentów, skład ze wszechmiar rekompensował redy dojazdu. W chuj zajebisty, mocarny, jak dywizja pancerna, skład.

W piątek, 8 czerwca, obładowany, jak Rumun, przed świtem udałem się na pociąg do Wrocławia, skąd następnie kolejnym pociągiem (pamiętającym chyba czasy początków PKP) pojechałem prosto do Kluczborka. Tam chwila na zapoznanie nowych twarzy, wypicie pysznego Krakonosa i można było jechać chamskimbusem na miejsce zagłady. Tu należy pochwalić organizatora, że załatwił połączenie pomiędzy Grodem, a dworcem bo bez tego byłoby naprawdę kiepsko.

W grodzie rycerskim stawiłem się jakoś po 11 nieco. Miejsce okazało się sympatyczne, spokojne, z bardzo urokliwymi widokami okolicy. Jeszcze jedno piwko i można było lokować się w pobliskim lesie, gdzie już koczowali najwcześniejsi maniacy. Tu leci kolejna pochwała do organizatorów, że pomyśleli o komforcie grindcore’owców, a to dlatego, że w tym samym lesie, tuż przy campie był pory wybieg dla wesoło pochrząkujących świń (był jeszcze skurwysyńsko duży, czarny kozioł i muflon).

Najmłodszy z fanów. Foto by Bart

Ku mojemu zaskoczeniu zapowiadana ekipa moja nie przybyła jeszcze na miejsce, więc poszwendałem się nieco po grodzie odbierając zgrabną opaskę z rąk samego Łąki i z radością pobuszowałem w rozpasanych stoiskach z merchem. A tych było kilka, rozstawionych przez znanych i lubianych wydawców, m.in. Old Temple, Mythrone Promotions, Pagan. Był też stragan z festiwalowym dobrem, jak również stoisko z merchem kapel. I nie jestem pewien czy to też w piątek, czy dopiero w sobotę rozłożyło się stanowisko Van Recrods, które wzbudziło spore zainteresowanie. W międzyczasie ludzi gwałtownie przybyło, w tym kol. Wojtuś którym to pomogłem się rozbić, następnie popilim, grilla skręcilim i można było biesiadować przy procentach prowadząc inteligentne konwersacje na rozmowy wszelakie. Pierwsza kapela zaczynała o godzinie 14.00, a był nią pochodzący z Tych, Gallower. Kojarzyłem ich tyle tylko, że grali na drugiej edycji Breslauer Thrasfest, a że wtedy mnie nie było, udałem się pod scenę.

I brzmiało to całkiem fajnie. Energiczny, wkurwiony black/thrash smagał publikę, zaś chłopaki uwijali się, mimo palącego słońca, nie odpuszczając ani na chwilę.  Frekwencja pod sceną była przy tym dość uboga, ale sporo osób taktycznie pochowało się w cieniu, pod balkonami. Postałem, posłuchałem przy czym nóżka i główka raźnie chodziły. Warto mieć na uwadze tę kapelę, bo czarnego thrashu nigdy za wiele, zaś oni grają tę muzę w sposób wyśmienity.

Wojtuś: Dupa tam z lokalizacją i jękami, że za daleko za drogo, bo wszywka w dupie. Jak ktoś chciał, to przez te pół roku od ogłoszenia festiwalu miał czas na ogarnięcie pieniędzy i odpowiedniego dojazdu. Sam gród prezentuje się naprawdę zajebiście, a świnie biegające koło pola namiotowego dodawały tylko swojskiego klimatu. Ba, 3 dnia na odchodne nakarmiliśmy je nawet kiełbasą (wieprzową). Mnie i mojemu szczęściu droga upłynęła bardzo przyjemnie, ponieważ zabraliśmy się z rajdowcem Panem Tekturem, który bez zająknięcia stawał co piętnaście minut z powodu: siku siku! Bo nasikamy do silniku! Po dojeździe trzeba by rozbić namiot, ale, jako że picie przed rozłożeniem namiotu jest bardzo złe, tym bardziej, gdy przyjdzie Bart i Łysy na dodatek z trunkiem to rozkładanie twierdzy trwało do występu Animy.

B: Następny wg rozpiski miał być Roadhog, więc pospiesznie udałem się po piwko do namiotu, gdzie niestety wsiąkłem w wir towarzyskich spotkań, albowiem dotarła pomorska drużyna wojowników Łysego, przez co przegapiłem niestety Offence i Blackevil. Tu wspomnę, że z relacji znajomków, którzy poszli pod scenę, Blackevil bardzo zacnie wszystkich zaskoczyło, więc w wolnej chwili wypada obadać.

Śmieszki śmieszkami, ale około godziny 17.00 zaczęliśmy się zbierać bo zaraz miała grać Anima Damnata, a któż nie chciałby zobaczyć tak wybornego misterium gówna, sexu i Szatana. Jeszcze jedno szybkie piwko ze standu przy grodzie (tylko 5 zł!) i można było wbijać… znaczy mi chwilę zeszło, bo oto między ludźmi krążyli majestatycznie członkowie Blasphemy. Gdy już pozbierałem szczękę i wstałem z kolan przepchnąłem się przez tłum ludzi całujących im stopy i smagających się bullet beltami, by się przywitać. Noż kurwa mać! Wielu rzeczy się mogłem spodziewać ale nie tego, że muzyków takiego kalibru spotka się ot tak, a nie na jakimś ściśle określonym czasowo meet’n’greet. Chwila jeszcze pogaduszek i trzeba było dołączyć pod sceną do Wojtka i Łysego, bo Anima rozkręcała się na dobre. Tych heroldów bluźnierstwa widziałem już parę razy na żywo i za każdym razem fundowali publice prawdziwą orgię na najwyższym poziomie. Spokojnie mogę powiedzieć, że to jedna z tych kapel, co na scenie (jak również na płytach) nigdy nie odstawiają chujni tylko łoją okrutnie sławiąc Szatana. Z kawałków wyłapałem „Prometheus Coprophagus”, a także znany i lubiany hymn „Ciasna Pizda Maryi” odśpiewany głośno przez publikę. Śmiało mogę powiedzieć, że gród rycerski utonął w szambie i gównie, zaś poziom zezwierzęcenia oraz perwersji przekroczył jakiekolwiek granice. Po ostatnim kawałku udałem się wprost na piwko, co jednak było błędem bo zadowoleni znajomi donieśli mi, że zespół na scenie rozjebał gitarę, a niektórzy szczęśliwcy mogli zabrać kawałki nieświętej relikwii ze sobą.

Zamaskowani recenzenci omawiają występ Anima Damnata

W: Anima pięknie rozdała karty tego popołudnia, w upalnym słońcu lały się słowa z ewangelii gówna, sexu i szatana. Zespół na żywo to prawdziwy kombajn do zbierania kur po wioskach na żywo, jak i płytowo gniotą mosznę jak mało kto! A wiecie, co było najfajniejsze? Piwo w grodzie po 5 zł! Można? Można!

Attic. Photo by Bart

B: Pół godziny oczekiwania to niedużo ale wystarczająco, by wypić co, pogadać o różnych głupotach z Blasphemy i równo o 18.30 udać się prosto na Attic.

W: Jakiś dziwny ten King Diamond. AAAA, bo to Attic, spędziłem ten czas na dywagacji czy kaszanka z grilla jest lepsza od zwykłej kiełby z badyla. Chociaż muszę przyznać, że nawet w obozie było słychać, co chłopaki wyczyniają. Jak dla mnie spoko, ale wolałbym prawdziwego Króla ;).

B: Samo Attic poznałem całkiem niedawno. Wcześniej, w którymś z numerów Musick Magazine czytałem wywiad z nimi ale zachęcony się zbytnio nie poczułem. Dopiero nieco później odpaliłem sobie „Sanctimonious” i zostałem zniszczony. Dlatego też jarałem się tym występem okrutnie, zaś Niemcy spełnili wszelkie moje oczekiwania. To był Król. Czysty, pieprzony King Diamond, który wprost niesamowicie poruszał ze sceny. Chylę czoła, bo wszelkie porównania do Duńczyka nie są jedynie czczym gadaniem, a mają solidne podstawy, szczególnie jak Meister Caligostro wyciąga na wokalu te swoje wysokie tony, to aż ciary przechodzą, a jak jeszcze dołożymy do tego te świetne solówki to już całkiem nie idzie, co zbierać. O takie hewi metale walczyłem, osobiście najbardziej rozwalił mnie kawałek „Join the Coven”, po nim równie dobrze mógłbym już wyjść na piwo, wódkę czy na cokolwiek innego, bo Attic pokazało klasę.

Po takiej dawce emocji należało się uspokoić przy zimnym, pienistym, bo oto nadciągała chłosta. Prosto z Zielonej Góry, by zbezcześcić Gród Rycerski w Byczynie, Witchmaster! Ci zaś nie pierdolili się publikę, tylko jak dojebali na wjazd „Trucizną”, to pod sceną wybuchły zamieszki. Dalej już można było zostać zabranym na muzyczną podróż do krainy śmierci i nieszczęścia, albowiem poleciało „Road to Treblinka”. No jak tu stać spokojnie, gdy takie strzały lecą? Witchmaster nie cackał się publiką, tylko masakrował każdego sprawiając, że gród i okolice spłynęły krwią, zaś wojenne sztandary trwały dumnie, aż do wieńczącego koniec „Antichristus et Utero”. Kiedyś słyszałem pogląd, że obecnie komando z Zielonej Góry prezentuje słaby poziom. Po tym występie jednak można z dumą stwierdzić, że to gówno prawda. Przemoc, zło i gniew dumnie prezentowały się na scenie dowodząc kapitalnej kondycji kapeli. Pozostaje chyba tylko czekać na jakiegoś nowego pełniaka.

W: Witchmaster odwiózł mnie pociągiem do Treblinki. Miazga jak sam skurwysyn. Chłopaki są w formie jak mało kto! Pod sceną zrobił się kocioł, a coraz to kolejne tumany kurzu wpadały mi do kubeczka z piwem. Śmierć, krew i zniszczenie! Tak jak Anima dojebała do kotła to Witchmaster dobił i wysrał się na truchło.

B: Satan, przyznaję się słyszałem z daleka, bo nie czując się najlepiej (o dziwo, nie z powodu alkoholu) udałem się zipnąć nieco, ale choć mnie nie porwali to brzmiało to całkiem zacnie.

W: Na Satan jak król Mariusz odbyłem podróż astralną ze swego namiotu prosto pod scenę.

B: Za to Blasphemy… można sobie śmieszkować, że każdy z nich jest rozmiaru małej ciężarówki albo, że nie nagrali niczego od dawna, ale bądźmy, kurwa poważni. Na scenie, tej nocy pokazali, co to jest jeden, wielki, pierdolony armageddon i wojna. Legenda udowodniła swoją wartość szerząc nienawiść i destrukcję podczas obracania grodu w perzynę oraz blitzkriegu scenicznego. Warto było się targać pół Polski choćby dla nich, bo te kilkadziesiąt minut zostawiało po sobie jednie wypaloną ziemię i nie było takiego, który by sapał, że było słabo.

W: Blasphemy tia… Podobno wrócili do formy z graniem. Występ mi jakoś dupska nie urwał. Chłopaki jebnęli się to tu to tam, a mikrofon 2 wokalisty coś szwankował. Fakt była soniczna zagłada i obite mordy padały na żwir pod sceną, ale nie czułem się jakoś kupiony. Ocena dobra z minusem.

B: Throneum jednak z żalem musiałem odpuścić. Pogorszenie kondycji powróciło, więc udałem się do namiotu, by nabrać sił bo następny dzień miał być równie bezlitosny.

W: Thorneum co odjebało, to ja nie wiem… To chyba był ich najlepszy występ od dawien dawna. Siarka buchała z głośników i mieliła pozostałe pod sceną truchła. Nadchodzący materiał urwie Wam nogi przy samej dupie. Kto jakimś cudem ominął ten zespół, to niech lepiej nadrabia!

B: Sobotni poranek przyniósł wczesną pobudkę bez kaca. W sam raz, by zjeść co, wypić i podjechać do Biedry na zakupy. Akurat zdążyliśmy dobrze rozpalić grilla i łyknąć co, a już trzeba było biec pod scenę, bo równo na anioł pański, zaczynało grać słynne komando ze Śląska, Brudny Skurwiel. Po przepociesznym wstępie od razu ze sceny poleciał opętany i zionący przetrawioną wódą oraz wkurwieniem, black thrash. Chłopaki jako otwieracz sprawdzili się wyśmienicie, serwując taką dawkę energii, że starczyłoby na zasilenie sporej bomby. „Queen of Hellfire”, „Satanik Thrash”, „Fuck Christ” i wszystkie pozostałe kawałki były niczym solidny plaskacz na pysk, przy czym o klasie muzy świadczy to, że szybko gród wypełnił się słuchającymi, bo co jak co ale chłopaki łoją zacnie. Świetny postęp widać na wokalu u Łąki, a i wyrazy uznania dla Michała, który mimo konieczności ogarniania całego festu, a przez to minimum snu, szalał na perkusji.

Brudny Skurwiel. Photo by Bart

W: Gdy Łysy logował się do matrixu a Bart pojechał do stonki na zakupy ja rozpalałem grilla. Kiełbasa zagryzana piwem doładowała wszystkim biesiadników i dziarskim krokiem ruszyliśmy na Brudnego Skurczybyka. Bo bardzo przyjemnym intro rozpętała się black thrashowa burza. Przystojny wokalista Łąka wypluwał coraz to kolejne błogosławieństwa, a ludzie pod sceną szaleli niczym poparzeni. Jako że widziałem ich 21 albo już 37 razy mogę z czystym sumieniem serca powiedzieć, że był to ich jeden z najlepszych występów ever!

B: Następny w kolejce miał być Devilpriest ale przyznam, że za nimi nie przepadam. Nie siadło mi z płyt, a łowiąc z daleka, to co grało na scenie utwierdziłem się w przekonaniu, że Diabłoksiądz mnie nie kupi.

W: A mnie ksiądz, diabeł i śmietana z kolana bardzo kupiły. Miłe dla ucha klasyczne black/death łojenie, wprost do potupania nóżką. Coraz to kolejne solówki ładowały energią i dawały siłę na kolejne zespoły.

B: Kupił za to Mordhell, i to już dawno, dlatego też, gdy tylko Devilpriest skończyło grać polazłem pod scenę, gdzie ten piwniczny hord dziarsko przystąpił do tresury publiki. Pysznie mi robi to ich obskurne, ohydne granie, szczególnie gdy po raz pierwszy usłyszałem ich na żywo na zacnym gigu z Moloch Letalis i Animą Damnatą. Nóżka dziarsko chodziła, a i łbem się machało ostro, gdy smagano takimi bluźnierstwami jak „Alcoholic Titfuckblast” czy przezajebistym „Smell of a Burning Skin”. Takie, kurwa dobre to było.

Mordhell. Photo by Bart

W: Jebanie w cycki zawsze spoko! Mordhell dojebał do pieca, chuj tam w panujący skwar i jęki ludzi, że za gorąco. Skóra, lateks& alkohol! Taki obślizgły piwniczny black metal to tylko od tych chłopaków!

B: Po takim deszczu perwersji należało się więc zacnie orzeźwić i uzupełnić nadwątlone siły. Evil Warriors jakoś przegadałem ale Embrional odpuściłem celowo, bo ich muza zwyczajnie mi nie leży.

W: Wiem, że bardzo Was to interesuje co robiłem, a więc piłem piwo.

B: Zawiódł mnie za to nieco Goath. Nie zrozumcie mnie źle, zagrali bardzo dobrze ale ta muza bardziej pasuje do jakiegoś dusznego klubu, tam w Byczynie zaś… czegoś mi brakowało. Szkoda, bo Koziou był jedną z przyczyn, dla których pojechałem na fest.

W: Goath jak dla mnie zagrało bardzo fajną sztukę, II: Opposition to solidny kawał napierdolu z sporą porcją skocznych riffów i atakujących naszą głowę bluźnierstw. Chociaż już nie jestem fanem, bo potem popsztykałem się z wokalistą heheh.

B: Nie zawiodła za to kolejna z nich, a mowa tu o Terrorhammer. Chyba nie ma nikogo wśród czytelników Kejosa, kto nie znałby tego serbskiego komanda, jeśli jednak tacy są, to wypad i nadrabiać. Ta mieszanka black thrashu podlana gęstym speed metalowym sosem idealnie bujała zbierając pokaźną publikę. Serbowie nie zwalniali ani sekundy, a jak poleciało „Necrospeed Megalomania” to euforia sięgnęła zenitu. Szczególną uwagę przykuwał tu perkusista, młody typek, bodajże 17letni, który na garach uwijał się jak sam diabeł robiąc robotę lepszą niż niejeden stary perkman. Seta wieńczył zacny cover Korozzia Metalla „Black Terror”. Wielkie brawa dla Michała za ściągnięcie tych maniaków, bo możliwość zobaczenia takiej petardy na żywo była bezcenna. A dodatkowo picie integracyjne rakiji domowej roboty, jaką Serbowie przywieźli ze sobą była równie wyborna, choć sam trunek zdawał się być pędzony chyba ze skorpionów. Oni to pili jak wodę mineralną, heh.

Terrorhammer. Photo by Bart

W: Prawdziwy Terrorhammer to był na polu namiotowym, gdy Serbowie wpadli z bimberkiem hehe. Sam występ również nie zabierał jeńców po drodze i zrównał gród z ziemią. Ta czarna speed metalowa bomba porywa do tańca jak mało kto! Mam nadzieję, że chłopaki jeszcze kiedyś wrócą do nas, bo zabawa była przednia!

B: Następna w kolejce miała być Plaga. Choć nigdy super fanem ich nie byłem, to ciekawiło mnie, jak to będzie brzmieć na żywo, tym bardziej, że na wokalu porykiwać miał Necrosodom. I nie będzie zaskoczeniem, jak napiszę, że z nim ta muza brzmi. Jest moc, jest diabeł, a taka „Śmierć Cieplna Wszechświata” brzmiała wpysznie, co przekładało się na entuzjazm publiki. Osobiście jednak nie czułem jednak specjalnego uniesienia, ot poprawny, solidny black, dlatego też poszedłem po piwo.

W: Biada! Biada!!!!! Trąby zagłady mnie porwały i wywiały do Watykanu. Stęskniłem się za Plagą na żywo, a ich koncert zaspokoił moją tęsknotę. Ekipa jest dalej w formie i potrafi dojebać do pieca, mam nadzieję, że wrócą do częstszego koncertowania, bo jest na czym zawiesić ucho. Nie zabrakło oczywiście szlagiera „Trąby Zagłady”, który tak jak czytacie wyżej, porwał mnie w odległe krainy. Piękny to był występ.

B: Piwkowanie jakoś mi zeszło niezgorzej, bo przegapiłem Nocturnal niestety (zaś będą oskarżenia, że w Chaos Vault tylko chlory są, heheh) ale za to zebrałem się akurat na Nifelheim, który tego wieczoru udowodnił, że status legendy mają w pełni zasłużony. To była siarka i płomień, w najczystszej postaci. Tegoroczna Black Silesia ładnie obrodziła blek treszami ale to właśnie Szwedzi porozstawiali wszystkich po kątach, by pokazać jak należy oprócz napierdolu robić solidny klimat, by publika osiągnęła istnej ekstazy. Nie można było wymyślić lepszego zamknięcia festiwalu niż właśnie Nifelheim. Kto był na feście i opuścił, niech żałuje, bo stracił coś naprawdę niepowtarzalnego.

W: Nocturnal? Z Łysym ćwiczyliśmy techniki płukania gardła kretem zmieszanym z domestosem. (W tym kejosie to chyba tylko piją)
Nifelheim? Za krótko!!! Ale jak konkretnie! „Sodomizer”, „Witchfuck” no same szlagiery wylewały się tego wieczora! Kto nie był ten niech gryzie piach i żałuje, bo ominął go koncert roku! Oj będzie ból i zgrzytanie zębów. Pod sceną wrzało, matki z dziećmi były ewakuowane w pierwszej kolejności, trupy padały na podłogę, temperatura wędrowała w górę. Krematorium proszę Państwa! No taki był ogień!

Nifelheim. Photo by Bart

B: Po tym wszystkim nie pozostało mi nic innego jak wrócić na pole namiotowe, gdzie jeszcze spędziliśmy chwilę przy grillu i pójść spać, bo następnego dnia czekał mnie wczesny powrót do domu.

W: Zdajecie sobie sprawę, że piwo się skończyło! Pani w sklepiku obok grodu musiała chyba do polmosu jechać bo zapasy bo ludzie spragnieni piwa prawie budę do góry nogami wywalili.
Co się działo potem? Nie pamiętam. Obudziłem się w namiocie.

B: Podsumować trzecią edycję Black Silesii można jednym słowem: ZAJEBISTE. Michał stanął na głowie, że zrobić event, który zapewne przejdzie do legendy i udało mu się to w pełni. Lokalizacja kapitalna, do tego możliwość namiotowania, piwo za bezcen i ocean merchu, jak również rzesza znajomych. Przydałoby się jeszcze tylko dodatkowe stanowiska z żarciem. Jedyny i w sumie najpoważniejszy minus to frekwencja. Niestety, ludu było skandalicznie mało, szczególnie, że co i rusz spotyka się kogoś, kto chwali się jak to on lubi podziemie. Rzeczywistość jednak jest brutalna i dobitnie pokazała, że impreza ta Michałowi niestety na pewno się nie zwróci. Szkoda, bo to była najlepsza edycja Black Silesii jak dotychczas, która składem pozamiatała większość festiwali i byłoby naprawdę chujowo, gdyby przez niedobory finansowe Black Silesia podzieliło smutny los Dark Festu. Oby nie!

W: Dziękuje Pan Michał za przepiękne wspomnienia i spotkanie tylu bdb przyjaciół w jednym miejscu. Oby do następnego!

 

 

Autor

90 tekstów dla Chaos Vault

Główny ekspert w dziedzinie szkalowania, lubujący się w czarnym metalu oraz wszelakich ambientach i innych wybrykach natury.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *