No i stało się i druga edycja Black Silesia Festival stała się faktem. Nie przesadzę, jeśli powiem, że w tym roku był to najbardziej wyczekiwany przeze mnie koncert. I nie wiem, czy jeszcze jakiś inny będzie się z nim równał, no ale nie wybiegajmy w przyszłość, a raczej skupmy się na najważniejszym.

Wyjazd z Rzeszowa zaplanowany z zegarmistrzowską precyzją („walimy flachę czy browary?”) i o równej trzynastej w samo południe wyruszyliśmy do Gliwic w pięcioosobowym, mieszanym towarzystwie. Tego dnia wszystko nam sprzyjało. Pogoda była zajebista, piwko zimne, a nożem nie uciąłem sobie całego palca, a tylko go sobie ofiletowałem. Tak czy siak – nic kurwa nie mogło popsuć naszego wyjazdu.

I nic nie popsuło. W Gliwicach byliśmy na godzinkę przed startem całości, na samym wjeździe powitał nas napis na murze „Gliwice JP na 116%” (takie zuchy i stachanowcy), a że dużo ludzi było, daaaaawno nie widzianych to było z kim pogadać i z kim wypić. Na pewno Was to zainteresuje, że kobieta Łysego zrobiła najlepszą cytrynówkę świata, którą raczyliśmy się ochoczo, cały czas dokazując jako młode żaki. No ale jak inaczej przed koncertem Gehennah?! Zwłaszcza, że na bramce mieli stać z alkomatem i każdy kto miałby poniżej 2,137 promila miał płacić karę. Z rozmów wyrwały nas pierwsze dźwięki setu Bestiality.

Jeśli ktoś nie kojarzy tych młodych szaleńców to cholernie polecam. Grają zgodnie z nazwą – kurewsko bestialsko. Specjalnie na ten koncert przygotowali nieco dłuższy set, bo prawie czterdziestominutowy. Nie widziałem od samego początku, bo zanim wtarabaniliśmy swoje zgrabne dupcie to tam już na scenie działa się sodomia i gomoria. Black/death metal z thrash metalowym wkurwieniem spowodował, że nie było pierdolenia się w tańcu i już od tej pierwszej kapeli pod sceną sypały się grube razy na uczestników w postaci utworów z „The Way of the Cross”. Serio serio – te chłopaki mają w sobie pierdolonego diabła, który na koncercie jest sześćdziesiąt sześć razy bardziej wkurwiony niż z krążka.

Kolejni w kolejce do bicia mieli być Belgowie z Slaughter Messiahi zapewne byli, tylko że ja wybrałem akurat piwko i wódeczkę z dawno nie widzianymi mordami. Tu piweczko, tam kielonek, piąteczki, żółwiki, handelek i tak jakoś zeszło. Ale stawiłem się już na kolejnych barbarzyńców – Włochów z Violentor. Jakoś wcześniej nie słuchałem tej kapeli, ale powiem Wam że całkiem fajna to muzyka – na taki pijacki koncert jak najbardziej, jeszcze jak! Speed/thrash metal walący po ryju, kolesie też widać zajebiście się bawili, więc żyliśmy w jednej, wspaniałej symbiozie. Niestety, nie wiem co grali, bo chłopaków jak już wspomniałem – nie słyszałem wcześniej.

Po Violentor oczywiście piweczko i wódeczka w zacnym towarzystwie i już powoli zacząłem odlatywać – no jednak ten koncert nie zachęcał do abstynencji, a im dalej tym trup ścielił się coraz gęściej. Ale jednak starałem się trzymać fason, zwłaszcza że teraz miała nadejść kolej na Nekkrofukk. Oj, ostrzyłem sobie zęby na ten koncert, ostrzyłem – wszak Nekkrofukk nie gra co piątek w każdym mieście powiatowym. Cały set trwał może z pół godziny, ale muzycznie skurwisyny wgnietli mnie w ziemię. Ich smolisty black/doom metal to jest esencja obrzydliwości w metalu – no czuć było w powietrzu zapach siary, smoły, kozia uryna aż szczypała w nozdrza i oczy. Lord K. to jednak pojebany mistrz ceremonii w każdym calu, widać było, że chłop po wejściu na scenę robi się nawiedzony a wspomagali go muzycy z pomorskich kapel, których nazw sobie teraz za skurwysyna, a nie chce mi się wstawać i grzebać w płytach. A pod sceną z kolei ludzi przybywało i przybywało, czemu nie ma się co dziwić. Dla mnie Nekkrofukk tego wieczoru naprawdę rozdał. (EDIT: widać już miałem utratę rozumu i godności człowieka, bo się okazuje że najpierw grał Nekkrofukk a potem Violentor, ale nie zmieniam).

Ale wiadomka, że najwięcej ludzi stawić się miało na dwóch ostatnich bandach. Przyznaję, że mnie do Gliwic przede wszystkim przyciągnął Desaster, ale i Gehennah też miała na to wpływ. Co prawda szkoda, że Gehennah not fot the first in Poland, no ale cóż – ten pierwszy niestety przegapiłem. No ale dobra, od baru oderwały mnie właśnie dźwięki kapeli, pobieżyłem więc w te pędy pod scenę, potykając się o różnych królów chodnika i innych takich. No kurwa, niektórzy to już sobie na serio wzięli tytuł „Under the Table Again” do serca, ale jak się bawić to się bawić. No i się zaczęło, od pierwszej sekundy – przyjechała wszak metalowa policja! No i poszedłem w tany, a miałem kurwa stać grzecznie! No nie dało się, kurwa, nie dało. Zwłaszcza, że i znajomi poszli w mosh i było pięknie. Nie raz i nie dwa zostałem zwalony na ziemię, ale i nie raz i nie dwa to ja na ziemię zwaliłem kogoś innego. A wszystko przy dźwiękach takich przebojów jak wymieniony, czy na przykład „Hellstorm”, „Hardrocker” czy „Decibel Rebel”. Kurwa, usłyszeć te numery na żywca – no przecież tego się nie da opisać (zaraz, zaraz – a co niby teraz robię…?) – to było coś wspaniałego, zaprawdę powiadam Wam – po tym gigu nie było chyba niezadowolonej osoby. Każdy Saturdaynight Blasphemer musiał być zadowolony z doboru utworów, set kurwa tysiąc. I kapela wyglądała na zadowoloną, więc pełen sukces.

No a po Gehennah należało się piwko, jeszcze jak! I tak – czekam na komentarz pod relacją „chujmnieobchodzi że piłeś alko, ja chce o muzyce poczytać!!!1!”, heh… No dobra, to będzie o muzyce, bo jednak Desaster to Desaster, wiadomka. W ogóle kolesie szwendali się przez cały czas po klubie, spokojnie można było sobie z nimi siąść i browarka strzelić. No ale jak już weszli (czy w przypadku Tormentora – wtarabanili się) to dopierdolili najczystszą teutońską stalą. I nie było co zbierać. Pod sceną – szaleństwo, obłęd, szał, berzerk! Ale nie ma się co dziwić, bo setlista to był mokry sen: zaczęli od Divine Blasphemies, a potem to już poleciało – „Splendour of the Idols”, „Teutonic Steel” (kurwa wstęp do tego numeru to są jebane ciary!), „Hellbangers” czy „Satan’s Soldiers Syndicate”, a chyba pod koniec już bardziej „Metalized Blood” na ten przykład – no kurwa wskaż najlepszy z nich to masz piwo. Nie da się. I pomyśleć, że kapela za rok będzie świętowała w sumie swoje trzydzieste urodziny. Pod sceną w moszpicie nie było litości, z kotłowaniny ciał wynoszono co chwila tylko zwłoki, ktoś wychodził trzymając się za nos albo oko – metal to wojna, a przy dźwiękach Desaster nabiera ono bestialskiego charakteru po stokroć. I mimo że sala w Mrowisku była całkiem przestronna, to przy Desaster temperatura skoczyła o kilka kresek. No moim zdaniem to ostatnio taki pokaz nieokiełznanego szaleństwa widziałem chyba na krakowskim koncercie Angelcorpse. Panowie skończyli zaraz po północy o ile pamięć mnie nie myli i po tym jak zeszli ze sceny nie było już czego zbierać, nie było jeńców ani nikogo do dobicia. Doskonały set!

Jako, że byliśmy zależni od kierowcy, a przed nami jeszcze nocna jazda zmyliśmy się dość szybko spod klubu, więc z częścią osób nawet się nie pożegnałem. Ale z drugiej strony – na takich spędach znajomych zawsze od cholery, więc tu naprawdę nie ma się co dziwić. Zaprawdę doskonały wyjazd i nie ma się co dziwić, że wielu z nas jadąc do Gliwic zostawiło za sobą rozum i godność człowieka. I pamiętajcie – Gehennah is not for the first in Poland!!!