Black Sabbath; Kraków, Tauron Arena; 02.07.2016

bsSą takie dni, na które się czeka, czeka, czeka i czeka. Od mniej więcej pół roku dla mnie takim dniem był 2 lipca, kiedy to w Krakowie pożegnalny koncert miał dać Black Sabbath. No przecież, że nie mogło nas tam zabraknąć. Odliczane były więc dni, godziny i minuty i jak u prawdziwych metalowców każda data była odhaczona sznytem wyrżniętym na łapie zardzewiałą żyletką. I w końcu…

W końcu zabraliśmy się we trzech Polskim Busem z Rzeszowa do Krakowa, w drodze rozpijając wyborną weselną wódkę. Po dotarciu na miejsce i szybkim przemieszczeniu się pod Tauron Arenę, zgarnięciu reszty naszej ekipy stwierdziliśmy, że smaki piwne jeszcze nas nie opuściły. Pijąc sobie więc spokojnie piwko w miejscu objętym zakazem spożywania alkoholu zarobiliśmy sobie jeszcze mandacik, ale o tym pewnie część z Was już wie. Ale skoro już przy tym jesteśmy to jeszcze Wam sprzedam anegdotkę: gdy policjanci spisywali moje dane dostali komunikat przed krótkofalówkę – „Tu i tu koleś pije piwo w miejscu niedozwolonym, prosimy o interwencję. Rysopis: Długie czarne włosy, koszulka Black Sabbath”. Wtedy już nie wytrzymałem i brechnąłem śmiechem, bowiem dookoła Tauron Areny takich osób było pewnie dobrych kilka tysięcy. No ale nic, prawo jest prawo.

Po zainkasowaniu mandatu podążyliśmy w stronę hali, oczywiście w łapie dzierżąc piwo, gdy zza krzaka niczym gajowy wyskoczył patrol – tym razem Straży Miejskiej, już radosny, że wjebie mi kolejny mandat. Ale zamachałem kwitkiem sprzed piętnastu minut i okazało się, że goście byli wyrozumiali – dwa mandaty w kwadrans za tę samą butelkę piwa to już byłoby przecież przegięcie.

W końcu wbiliśmy do Tauron Areny – bardzo fajna, olbrzymia hala, przypominająca Spodek. Ludzi w kurwę. Od brzdąców, po rówieśników Ozzy’ego i spółki. Ludzi naprawdę masa. W sumie od naszego wejścia do koncertu Black Sabbath nie minęło dużo czasów. Gdy przekroczyliśmy próg Tauron Areny na scenie już produkował się Rival Sons. Ponoć nie są źli, ale szczerze – nie przyjeżdżałem na suporty, zwłaszcza że jakoś niespecjalnie ten konkretny band mnie interesował. Wycofaliśmy się więc po napój piwopodobny i w momencie, gdy akurat odszedłem od kolejki poczułem, że hala się trzęsie – to tłum biegł do wszystkich możliwych wejść, bo na scenę właśnie weszli oni. Bogowie. Sprawcy Wszystkiego. Żeby za łatwo nie było, żeby dostać się na salę, trzeba było znaleźć określone wejście, więc przy trzeciej próbie się udało – gdy wchodziliśmy na płytę właśnie rozbrzmiewały pierwsze dźwięki „Black Sabbath”. I powiem tak: w zasadzie Black Sabbath są przedostatnim zespołem z tych „największych”, które w mojej wczesnej młodości wywarły na mnie przeolbrzymi wpływ. Tak naprawdę została mi jeszcze tylko Metallica i wsio.

Ale to Black Sabbath w tych wszystkich bogów – herosów zagrało najlepszy koncert. Przepraszam – najlepsze show. Moje wszelkie obawy, że zostaną mi po tym koncercie wspomnienia  o czterech panach odcinających kupony od chlubnej przeszłości, zostały rozwiane już przy kolejnym – „Fair Wear Boots”. Wszystko brzmi tak jak na „Reunion” – potężnie, idealnie, po prostu wspaniale. Ozzy zdzierał gardło tak jak na płytach, Tony wycinał swoje riffy idealnie, a bas Geezera – cud, miód… zwłaszcza we wstępie do „N.I.B.” – jak to zagrali to puściły mnie wszystkie hamulce, nie mogłem uwierzyć że słyszę to na żywca!!! Szkoda, że jednak Bill nie zagrał na tej trasie, to byłoby już spełnienie totalne. Ogólnie – mówiąc o setliście w przypadku takiego zespołu braknie zawsze czegoś. Dla mnie – brakło numerów z „Sabbath Bloody Sabbath” i „Sabotage”. No ale naprawdę nie mogłem narzekać – usłyszeliśmy takie żelazne klasyki jak – nomen omen – „Iron Man”, „Children of the Grave”, „Behind the Wall of Sleep”… Ale też – ku mojemu zaskoczeniu „Hand of Doom” czy „After Forever”. Szkoda jedynie, że scena w Tauron Arena była trochę niska i z miejsca, w którym stałem, czyli zaraz przed fosą rozdzielającą Golden Circle a resztą płyty – nie było widać dobrze muzyków. A przecież ja jakiś tam ułomek nie jestem o wzroście Prezesa. Dobrze, że z tyłu były jednak ekrany, na których poza tym co dzieje się na scenie mogliśmy obejrzeć wizualizacje, ale przyznam – dość prymitywne… no ale taki urok w sumie, hehe… Ale na scenie działo się naprawdę wiele i nie sposób opisać tego słowami – naprawdę, to jak cieszyła mi się gęba przy każdym kolejnym numerze było czymś jedynym w swoim rodzaju. Po wspomnianym już „Children of the Grave” zespół zszedł ze sceny. Ale nie mogło się obyć bez bisu – zwłaszcza że nazwę zespołu skandowało kilkanaście tysięcy gardeł. I wrócili i zagrali coś, bez czego ten koncert nie mógłby się odbyć. „Paranoid”!!! Pełna ekstaza, dźwiękowy orgazm duszy. I po tym w burzy oklasków i skandowania nazwy Black Sabbath zeszło ze sceny. W glorii chwały.

Po koncercie wyszliśmy w zasadzie z kumplem jako ostatni, Pathologist chwilkę przed nami. Pod Tauron Arena czekała i Boska na rowerze z koleżanką, a po drodze zgarnęliśmy resztę znajomków i uderzyli w Kraków, a konkretnie na Dworzec Główny. Potem małe piwko przed obiektem plus słodki liść i o pierwszej w nocy uderzamy na Rzeszów, wyjebani, ale szczęśliwi.

Reasumując – nie lubię rzucać wielkimi słowami, napuszonymi deklaracjami, ale koncert Black Sabbath można uznać za coś na kształt koncertu życia. Zeszli ze sceny niepokonani – szczęśliwie pozostała nam muzyka.

Autor

9989 tekstów dla Chaos Vault

Sarkazm mu ojcem, ironia matką i jak większość bękartów jest nielubiany. W życiu nie trzymał instrumentu w ręku, więc teraz wyżywa się na muzykach. W obiektywizm recenzencki wierzy w takim samym stopniu jak we wniebowstąpienie, świętych obcowanie i grzechów odpuszczenie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *