black blood tourNo, w końcu Rzeszów pokazał, że jeszcze nie jest skreślony, jeśli chodzi o ekstremalne, podziemne gigi. A wszystko dzięki wspólnemu koncertowi Stillborn i Christ Agony, który odbył się w dniu misterium męki pańskiej. Czyli jak znalazł.

Na ten koncert ustawiłem się z kolegami i koleżankami jakoś godzinkę wcześniej, żeby jeszcze piwko sobie machnąć w pobliskiej knajpie. Jak już machnęliśmy sobie to piwko to udaliśmy się w stronę Klubu Vinyl w grupie na oko dziesięcioosobowej. Po wbiciu się i piąteczce z BDB organizatorem, a następnie opłaceniu wyjściówki kopią dwójeczki „Chaos Vault” udaliśmy się zobaczyć, jak radzi sobie Nuclear Holocaust. Panowie spłodzili całkiem przyjemne demo, ale koncertu widziałem zaledwie kilka ostatnich minut, bo po prostu się spóźniliśmy. Jeśli ktoś jednak nie słyszał – jest to dość przyjemna grindowa łupaninka o punkowej niemal motoryce (i naprawdę nie rozumiem, kto słyszy tutaj thrash!). Kilka osób stało pod sceną i coś tam nawet pokrzyczało, ale większego ruchu nie zauważyłem – niemniej jednak źle nie było, a i zespół wydawał się na zadowolonych z gigu.

Osób zgromadzonych w Vinylu było tego piątku dość sporo. Ogólnie – czuć było w powietrzu, że tego wieczora będzie się działo. Już w kilka minut po naszym wejściu do klubu tajemniczy ktoś wyjebał dziurę w drzwiach do palarni, co moim skromnym zdaniem było doskonałym pomysłem – by stała się ona miejscem przyjaznym dla osób niepalących, jak ja, hehe… I ogólnie maniacy, którzy stawili siew klubie mieli ochotę zrobić trochę dymu.

Stillborn w Rzeszowie nie grał już dobrych kilka lat, a pamiętam, że był okres, iż dane mi było zobaczyć ich na przykład trzy tygodnie pod rząd – przykładowo w Katowicach, Rzeszowie a potem w Krakowie. Ale może ta przerwa się przydała, bo fani byli wyjątkowo złaknieni ich muzyki. I nie ma się co dziwić, biorąc pod uwagę fenomenalny, najnowszy krążek. Tym razem na koncercie pojawili się w trzy osoby, ale to wystarczyło by sprokurować totalny soniczny wpierdol. Stillborn skupił się głównie właśnie na „Testimonio de Bautismo”, co bardzo mi się spodobało – moim skromnym zdaniem to ich najlepszy materiał, totalnie dziki i surowy. Jak przyjebali to naprawdę nie było co zbierać, a pod sceną rozpętało się naprawdę piekło. Sporo osób ruszyło w tany, ja się nie pchałem, mimo że jeden sympaticzny kolega strasznie chciał mnie tam widzieć, by zrobić mi kuku. Dziwne, godzinę wcześniej siedział koło mnie i nawet nie popatrzył ani się słówkiem nie odezwał, że coś tam mu leży na serduszku czy wątróbce, ale taki skryty i nieśmiały widać. Ja tam jednak uparty byłem i odpuściłem sobie młyn, mam nadzieję, że bardzo przykro zainteresowanym nie było. Zwłaszcza że byli i inni do zabawy – po prawdzie mniej więcej w połowie gigu Morderców z Południa pod sceną wywiązało się spore mordobicie, które oczywiście wyniknęło za tak zwany babski chuj. Jeden kolega zyskał rany wojenne, jako adwersarz trochę miał zaś obitą mordeczkę, a wszystko przy dźwiękach takiego „Człekowstrętu” – pyszny widok! Zresztą i sami muzycy wyglądali na zadowolonych z zaistniałego faktu. Cóż, nie przeczę – muzyka Stillborn była tu idealnym soundtackiem. Wracając do tematu, jak już zaznaczyłem, Stillborn skupił się na najnowszym albumie, a dodał do tego zestawu „Holymother Fucker” i cover Sarcófago. Piekielna mieszanka, kapela zeszła ze sceny zadowolona, maniacy wyszli (lub zostali wyniesieni) spod sceny również całkowicie usatysfakcjonowani.

Po Stillborn trzeba było się zresetować piwkiem. Część osób występ Christ Agony już sobie postanowiła odpuścić, co dla mnie jest niemożliwe do zrozumienia. Zawsze uważałem ekipę Cezara za jedną z najlepszych kapel black metalowych w ogóle. Dlatego też ja i inne osoby, myślące podobnie, stawiły się pod deskami w oczekiwaniu na Agonię Chrystusa. Zresztą, w Wielki Piąteczek koncert Christ Agony jest idealnym połaczniem. No i zaczęło się punktualnie co do minuty, wiadomo wszak kto sprawował pieczę nad całością. Christ Agony też całkiem niedawno wydało bardzo dobry materiał, z któego coś tam poleciało, ale tu już przekrój dyskografii był szerszy. Odegrali to naprawdę świetnie, chóralne zaśpiewy puszczane były co prawda z taśmy, ale mnie to nie przeszkadzało… Przy takich „Mephistospell” czy „Devilish Sad” ogień był pierwszorzędny. No i kapela jest, jak na moje oko, cholernie zgrana – Cezar z Reyashem dogadują się na scenie znakomicie. W godzinnym secie jaki zafundowało nam Christ Agony nie było słabych momentów, co zresztą było widać po zachowaniu maniaków – dwukrotnie wywoływali kapelę na bisy, ten drugi raz był natomiast bardzo zaskakujący, bo zdążyłem normalnie po piwo skoczyć, a tu dobiegają jeszcze dźwięki ostatniego numeru – pobieżyłem więc szybciutko, ale już mi się nie chciało pchać pod samą scenę, podparłem więc jeden filar na te kilka minut. No a potem już rzeczywiście się skończyło…

Reasumując – doprawdy świetny koncert, od początku do końca, z wszelkimi okołomuzycznymi dygresjami. W końcu metal to jest kurwa metal, nie?