bestial march IIDłuuugo czekałem aż Jarun zagra gdzieś w okolicy. Swoim drugim długograjem wgnietli mnie w ziemię perfekcyjną mieszanką post blacku i folku, więc z nadzieją wypatrywałem okazji, gdy zagrają w okolicy. Moje modły zostały wysłuchane: szatan w postaci facebook’a poinformował mnie, iż zagrają oni we Wrocławiu. I to nie sami, bo razem nimi dolnośląską ziemię zbezcześci jeszcze kilka zacnych kapel.

Dobrą wiadomością był fakt, iż Bestialski Marsz przetoczy się przez Breslau w piątek, dzięki czemu nie trzeba było brać wolnego dnia w pracy. Dodatkowym plusem było przesunięcie rozpoczęcia o godzinę później, dzięki czemu zdążyłem spokojnie zakwaterować się we Wrocławiu i dojechać tuż przed dwudziestą do Ciemnej Strony Miasta.

Pierwsze wrażenie – Że co? Co tu tak pusto? A w pamięci miałem niedawny Thrashfest, gdzie klub pękał w szwach od kuc-wojowników a tutaj… biednie. Okazało się dodatkowo, że rozpoczynający koncert Serpent Seed się nieco opóźni, więc był czas, by nieco narodu się zebrało, ale serio… na necie, co i rusz widać klawiaturowych trve kvlt vojovnikuff, a gdy przychodzi czas na dobre granie na żywo pojawia się jeno garstka. Wstyd.

Publiki jednak nieco przybyło w stopniu wystarczającym, by na scenę wtoczyli black/death’owcy Serpent Seed od początku już siejąc pożogę. Warto tu podkreślić, że grali w okrojonym składzie, albowiem drugi gitarnik, według ich tłumaczeń, chwilowo zstąpił do piekieł (a trzeciego dnia zmartwychwstał i wstąpił na niebiosa, heheh), ale w najmniejszym stopniu nie wpłynęło to na świetną jakość muzycznej przemocy. Kapela jest to dość świeża, mająca na swoim koncie wydanego dwa lata temu długograja, ale scenicznie wypadli świetnie młócąc publikę takimi szlagierami jak „Serpent Seed”, „Mother Night”, „I spit on Your cross” i odśpiewanym w rodzimym języku „Płonie Stos” oraz dodatkowo odegrali dwa nowe numery. Dodatkowy plus za eleganckie wdzianko Arymana z kapturem (wiadomo, więc, po której stronie barykady stoją).

Po zakończeniu występu udałem się uzupełnić płyny, tym razem wybornym miodowym piwem czekając na upragnionego Jaruna. Po dłuższej chwili przybyli oni na scenę. Uwagę przykuwał w głównej mierze Meph, odziany w długą, czarną szatę z głębokim kapturem (pewnie gdzieś tam, w Polsce pewien Generał poczuł nagłe ukłucie niezadowolenia) przypominał raczej istotę bardziej demoniczną, co podkreślał idealnie charczącym wokalem. A granie… kto nie był, niech pokutuje szczerze, bo odstawili sztukę niszczącą obiekty. To była poezja. Publika całkiem tłumnie zebrała się pod sceną i stała zahipnotyzowana muzyką, zaś niepodzielnymi władcami tego rządu dusz byli muzycy z Jaruna. Od otwierającego granie „Przedświtu”, przez „Deszcz”, Piołun”, a także mój upragniony „Zawołaj mnie, a przyjdę”, który to zrównał mnie z ziemią, zaorał i sprawił, że świadomością całkowicie zniknąłem z tego świata. Ostatnio taka sztuka udała się tylko na poprzednim Brutal Assault i tylko Cult of Fire. Całość misterium zamykały zagrane na bis „Kamienie”. Była, więc zacna przekrojówka z obu albumów.

Od razu też spieszę donieść, że zagadnięty Meph zdradził, że materiał na trzeci długograj jest prawie gotowy, ale z uwagi na problemy z czasem może się nie pojawić w tym roku, ale jakoś na początku następnego. I ma być zaskakująco (dzięki za krótką, ale fajną rozmowę. Hails!), więc warto ostrzyć sobie zęby czekając, co też wymyślą tym razem.

Następni w kolejce byli niszczyciele z Hellspawn. I wtedy wszyscy poczuli, że oto nadszedł czas soczystego, niewypowiedzianego, nadciągającego z samego dna piekła,ostatecznego wpierdolu podlanego potężną dawką agresji i siarki. Piekielny Pomiot akurat jest świeżo po wydaniu swojego najnowszego pełniaka, „There Has Never Been Son Of Me”, z którego to „Antitrinitarian” dumnie otwierało prawdziwą symfonię gniewu. Nie było zmiłowania, ani nie brano jeńców. Moje ucho wychwyciło wałki tak z tegorocznej płytki, jak i z poprzedniej, „The Great Red Dragon”. Ciężki uszczerbek na zdrowiu zadawano między innymi przy pomocy „Hellspawn”, „Hallelujah”, „Santa Sindone” czy „Word Become Flesh”, by na koniec zamknąć wrota piekieł przy tytułowym kawałku z najnowszego krążka. Warto tu wskazać, że młócka była o tyle dobra, że i harce były pod sceną. Zacne, zacne to było zniszczenie, więc kto jeszcze z was, drogie dzieci, nie miał okazji się z Hellspawn jeszcze zapoznać, winien to prędko nadrobić.

Ostatni mieli zagrać Cień. Im niestety nieco przedłużyło się rozpoczęcie grania (choć może to być wynik nakładania barw wojennych na ciała – jakby dać im pióropusze wyglądaliby jak Indianie), ale kiedy już Cień spłynął na scenę, to zagarnął do siebie wszystkich. Z racji jednak późnej chyba pory, z tego, co zauważyłem, usunięto z set listy niektóre pozycje. A szkoda, bo liczyłem na posłuchanie coveru Republiki, „Odchodząc”. To było szaleństwo: pełne obłędu, cierpienia, depresji. C. wył, krzyczał i przewracał oczami zdając się przeżywać to bardziej niż publika, która chętnie dała się porwać odmętom muzyki, spośród której wyłowiłem „Ecce Homo”, „Silent March”, „Rebellion”. Sporo numerów poleciało z ostatniej płytki i warto było na nich czekać, bo klimat został wytworzony wprost nieziemski.

Po wszystkim mogłem się już tylko wycofać na z góry upatrzone pozycje przetrawiając podczas snu ten dualistyczny ładunek emocji: z jednej strony niesamowitą furię od Hellspawn i Serpent Seed, a z drugiej melancholię, przemijanie, cierpienie od Jaruna i Cienia.

Warto było przybyć na wrocławską ziemię, bo cudeńko, jakie zostało odstawione przerosło wszelkie moje wyobrażenia. Na koniec dodam, że otrzymałem nieoficjalne info, że pod koniec roku w Ciemnej Stronie Miasta ma zagrać Squashing Bowels i G.N.I.D.A., szykuje się, więc gratka dla fanów takiej młócki.