Bestial+Laceration+2014Gdy w sierpniu okazało się, że przez nasze ziemie przetoczy się niemiecka armia zaciężna pod postacią Truppensturm było wiadomo, że trzeba będzie uczestniczyć w tej sonicznej eksterminacji. Nie często bowiem – o ile w ogóle – zdarza się, że załogi tego typu u nas goszczą. Nie było więc opcji, by nie zewrzeć szyków bojowych i udać się do Poznania na wojnę.

Podróż do Kozioł City przebiegła dosyć płynnie i szybko, a zaznaczyć przecież trzeba, że koleje polskie do zbyt lubianych nie należą (nie widząc czemu he he). Mimo wszystko zrelaksowany i – co niebywale dziwne, nawet wręcz niedopuszczalne – jeszcze trzeźwy, dotarłem do stolicy Wielkopolski grubo przed koncertem gdzie już oczekiwała na mnie grupa gdańska. Hostel, chwila odpoczynku oraz napełnienie żołądka podkładką przed spożyciem napojów wysokoprocentowych to była podstawa. Mniejsza o to. Najedzeni i zwarci jeszcze przed godziną 18 zawitaliśmy pod bramy Bazyla, gdzie mimo znośnej pogody jak na tę porę roku, wiało pustkami. Cóż, niektórzy woleli najwidoczniej ciepło domowego ogniska aniżeli rozgrzewacze i odmrażacze różnego rodzaju na  świeżym powietrzu he he. Z czasem jednak znane dobrze wszystkim podwórze zaczęło się napełniać znajomym, którzy byli z innymi znajomymi i znajomymi znajomych (grupy toruńskiej zabraknąć oczywiście nie mogło!). Dzięki czemu wszystko zaczęło wracać do odpowiedniej formy rozgrzewki he he. Dzięki temu również, przyszło nam poznać jakże dobrze zbudowanego jegomościa w gajerowej marynarce, który “z wysokim poziomem kultury osobistej i dykcji spacyfikował słownie” wszystkich pijących, upraszając ich, by opuścili teren podwórza. No cóż, nikt jeszcze po mordzie się nie okładał, a tym bardziej poziom hałasu był nie mniejszy niż na ulicy podczas pielgrzymki. Zdawło się jednak, że był to po prostu środek zapobiegawczy, który miał ukrócić zapędy co niektórych bardziej krewkich (a takich pod sceną na koncercie nie brakowało, ale o tym poniżej). Pełna profeska ha ha…

01 - Bestial Laceration - ThorybosW Bazylu jak to w Bazylu. Po staremu. Wpierw oczywiście trzeba było zaopatrzyć się u jegomościa Eryka von “wydaj u mnie kasę” z Old Temple (świeżutki split Truppensturm / Thorybos przytulony, a jakże he he) , coby potem można było kontrolować wydatki na alkohole ha ha… Szybkie opróźnienie butelki (i portfela) i coś koło godziny 19:30 na scenie pojawili się jegomoście z niemieckiego Thorybos. Bez zbędnego pierdolenia i strojenia się jak primadonny huknęli potężną ścianą dźwięku wraz z inkantacjami V. Tyrant of Necrocracy and Clandestine Blood Cult Inauguration’a (ta, zapamiętałem dokładnie całą ksywę he he), który przybrany w barwy wojenne, pas z nabojami i przepiękny naszyjnik z kości wypluwał kolejne hymny ku nienawiści do wszystkiego co egzystuje i co ma korzenie na Bliskim Wschodzie (“nieśmiało” przy tym gestykulując, że tak określę he he). To była prawdziwa masakra, zarówno pod sceną jak i na niej. Blasty rozbiały się o ściany Bazyla równie skutecznie co butelki i kufle po piwie! Nikt nie szczędził łokci i masy własnego ciała w kotle, który zdawał się być bramami do wojennego piekła  (przy czym chciałbym zaznaczyć w tym miejscu, że nikt też nie był na tyle upierdliwy i nie ciągnął za przeszło metrowe dredy jegomościa z Niemiec, który wraz z blond “aryjską” panną – też Niemką pełną gębą ha ha – we fleku stanowili idealny kontrast oraz udowodnili, że lewa jak i prawa strona prawilności mogą się świetnie bawić na koncercie metalowym ha ha ha). V. Tyrant of Necrocracy and Clandestine Blood Cult Inauguration był z resztą przodującą postacią tego ultra mocnego setu (nie wspominając o łamanej polszczyźnie przy wymowie “Napierdalać motherfuckers” ha ha…). Głęboki, miejscami wręcz grindowy wokal robił swoje, a publika niesiona potężnymi blastami Deathpriest Goatcommander of Black Abyss and Morbid’a tylko zachęcała ów V. Tyrant of Necrocracy and Clandestine Blood Cult Inauguration’a do jeszcze większej aktywności. Poleciały więc takie utwory (licząc od początku setu): “Bones”, “Atomic Nuclear Desolation”, “The Black Grail”, “Haruga Flesh” czy chociażby dwóch szybkich strzałów w potylice pod postacią “Broken Jaw Choir” oraz “Hammer Of Satan”. Mniej więcej w połowie – o ile pamięć w stanie deliry mnie nie myli – nie obyło się też bez dedykacji V. Tyrant of Necrocracy and Clandestine Blood Cult Inauguration’a dla ziomów z Temple Desecration za zaproszenie na imprezę. Wojna dopiero nabierała rozpędu a już pierwsze ciosy i rany kłute zostały zadane perfekcyjnie. Piwo jednak dobrze znieczuliło…

03 - Bestial Laceration - Temple DesecrationBez zbędnego pierdolenia nie minął kwadrans, a już jako drugi w kolejce na scenie pojawił się nasz rodzimy Temple Desecration. I właśnie na ten zespół czekałem z dużym zainteresowaniem. Tyle dobrego, tyle pochwał od Oracle (włącznie z zawyżoną oceną w recenzji ha ha) [wcale nie zawyżoną – przyp. Oracle], że nie mogłem sobie tego występu podarować ha ha… i pierdolnęli jak było nadane oddolnie, z piekła rodem. Całe “Abhorrent Rites” (niech mnie ktoś poprawi, jeśli się mylę) oraz “Communion Perished” odegrane na żywo było niczym bomba jądrowa zrzucona na niczego nieświadomych żółtków w ‘45. Jeszcze większa dawka agresji pod sceną, sprawiła że wcześniej zadane rany przez Thorybos pogłębiały się z każdym numerem coraz bardziej (“Ceremony Of Sacrifice” rozpierdolił !). Ból – bębenków i kości oczywiście – był coraz to bardziej nie do zniesienia he he. Nie zabrakło oczywiście dźwiękowych wstawek z “Matki Joanny od Aniołów” Kawalerowicza, co tylko dodatkowo budowało odpowiednią otoczkę sądu ostatecznego. I tak z numeru na numer Temple Desecration rozpędzało się coraz bardziej – i grało tak jakby lepiej ha ha – moc wzrastała, zaś pod sceną było już tylko piekło (i kropidło z piwa, z resztą nie jedno tego wieczoru he he). Naprawdę zajebisty set tego młodego zespołu tylko potwierdził jego klasę (i ocenę Oracle ha ha) [a nie mówiłem?! – przyp. Oracle] i pozwolił mieć nadzieję, że debiut będzie tyleż świetny, co zajebisty he he… Czekam z niecierpliwością!

04 - Bestial Laceration - Bestial RaidsO kolejnym zespole który pojawił się na scenie specjalnie pisać nie trzeba. Z obowiązku dodam, że Bestial Raids zagrało tak, jak zagrać miało. Czyli zajebiście ha ha. Rozpierdol był (“Unholy Spirit Diabolos” też było, bo jakby mogło zabraknąć ? ha ha), a i owszem na bardzo wysokim poziomie. Tylko jednak trochę za dużo tego dobrodziejstwa muzycznego i napierdolu było tego wieczoru he he. Przez co mogło się zdawać, że Bestiale zagrali, bo zagrali (o wiele słabsza sztuka niż chociażby w marcu podczas Untamed and Unchained Tour tudzież rok wcześniej przy okazji wizyty Grave Miasma i Necros Christos, lub ja sam poczułem swoistego rodzaju przesyt). Z resztą od tego zespołu wymaga się, by grał tak jak należy (papiór zobowiązuje ha ha) i tak rzeczywiście było. Nic dodać, nic ująć. Pełna, profesjonalna rozjebka.

Po secie Polaków nastąpiła nieco dłuższa przerwa przed występem głównej gwiazdy wieczoru. Ów przerwa zdecydowanie była potrzebna, bowiem po ponad 90 minutach wręcz nuklearnego metalowego napierdalania energia mimo wszystko uchodziła nawet z najlepszych wojów koncertowych (że nie wspomnę o alkoholu, który sprowadził mnie osobiście do poziomu mocno wskazującego ha ha). Po zregenerowaniu sił i zakupie kolejnych napoi orzeźwiających typu Komes lub Warmińskie Rewolucje (płyny się uzupełnia! he he)  przyszła pora na niemiecką Armię Zaciężną.

05 - Bestial Laceration - TruppensturmKoło godziny 22:30 na scenie pojawiło się Truppensturm. 4 miesiące oczekiwania zostały wynagrodzone najlepszym prezentem pod płonącą choinkę jaki można było dostać ha ha. Poważnie jednak. Rozjebali! Naprawdę rozjebali wszystkich, którzy przybyli na Bestial Laceration. Co prawda pierwsze 3 zespoły – wliczając w to jeszcze zmęczenie i spore ilości procentów – pokonały większą grupę publiki pozbawiając ją sił, to jednak na Truppensturm ona nie zawiodła. Ci więc, co trzymali się na nogach – bądź usiłowali to robić, bo podobno nie każdemu to się udawało  – mogli usłyszeć: na otwarcie “Gustav – The Great”, następnie “Sodomy”, “Amongst 10.000”, “Nuclear Desecration” (świeżo, prosto ze splitu z Thorybos), “Antichrist Imminent”, “Walk The Path of War”, “Hostile”, “Triumphal Arch For The Dead”, “Dawn Of Hadaikum” (również nówka blaszka), “Inflame The Pentacle”, “After Conquering” (no tego kurwa zabraknąć po prostu nie mogło he he, tak jaki następującego po nim), “Tohu-Va-Dohu”, “Hürtgen”, “Uraniumachine” i na dostawkę “Acheron”. Zestaw tyleż eksterminujący, co pozostawiający lekki niedosyt. Osobiście liczyłem na “Marching Forces of Dark Corpses” czy chociażby na “Sardonic Cross” ale niestety musiałem się obejść smakiem, według zasady “bierz albo spierdalaj” (gdzie wybrałem oczywiście tę pierwszą opcję he he…). Miazga ! Ogólnie Truppensturm zagrało zajebisty, ponad 40 minutowy set. Potężnie, bez żadnych kompromisów czy podlizywania się publice (która to raz po raz, pomiędzy utworami skaldowała “Truppensturm, Truppensturm !!!”). Jeńców nie było, bo nie było czego zbierać ha ha…

Totalny, wojenny rozpierdol zakończył się tuż przed 24. Ci, którzy  przyjechali widzieli miażdżące zakończenie roku. Wszystko, włącznie z dobrem kapel było zrobione perfekcyjnie. Pominę tutaj nieznaczą obsuwę, która wyniosła nieco ponad kwadrans, bo była ona zupełnie nieodczuwalna, a wręcz pomocna miejscami he he. Towarzystwo, jak zwykle grzeczne i ułożone, po za drobnym incydentem – w którym to wspomniany na wstępie ochroniarz wespół z kolegą interweniowali – gdy alkohol wziął górę i jeden z przybyłych fanów dosłownie i w przenośni wyleciał he he. Coś koło godziny 2 (i paru kolejnych kuflach piwa) udało nam się zebrać pozostałą energię na powrót do hostelu, gdzie po bitwie można było spokojnie wypocząć i następnego dnia – po pajdzie z dżemorem ha ha – powrócić do domu. Zdecydowanie więcej takich koncertów i zdecydowanie tylko u Bazyla he he. Dobra organizacja, zajebiste kapele, a kto nie był, ten piczka.