Bardzo dobrze pamiętam pierwszą edycję Bestial Laceration z 2014 roku w Poznaniu. Mógłbym ją w zasadzie skwitować dwoma słowami: pierdolona wojna. Dlatego też moja gęba ucieszyła się na wieść o tym, że jest szykowana druga edycja tej zacnej imprezy. I w zasadzie gdy tylko ogłoszono zespoły bilety zostały zaklepane i pozostało tylko czekać na wycieczkę do krainy kopalni i familoków, czyli na Śląsk.

Przejazd polskim busem z Gdańska, mimo pobudki o złodziejskiej godzinie (3 nad ranem), okazał się nadzwyczaj znośny. 8,5 godziny minęło jak… 8,5 godziny i tuż po godzinie 14 wylądowaliśmy w Katowicach. Stamtąd udaliśmy się prosto do Chorzowa, by tam napełnić żołądki strawą i piwem i w końcu udać się pod klub. Red&Black okazał się całkiem przyjaznym miejscem (zarówno lokalizacyjnie, cenowo jak i klimatycznie). Jedynym mankamentem dla mniej odpornych na procenty mogły się okazać schody, które prowadziły na piętro, gdzie klub jest zlokalizowany. No ale, jeśli ktoś musiał strzelić sobie w płuco, musiał się z tym faktem liczyć.

Pierwsi na scenie pojawili się (oczywiście nie obyło się bez obsuwy, choć nikt do tego nie miał pretensji) panowie z Temple Desecration. Co się zmieniło na przestrzeni tych dwóch lat, odkąd po raz ostatni widziałem ten zespół ? Na pewno jedno: stali się jeszcze lepsi. Kiedy rozbrzmiały fragmenty “Matki Joanny od Aniołów” wiadomo było, że nie będzie przyjemności. Tylko czyste zło, profanacja najświętszych świętości. Brutalny atak zmasowanym death/black metalem na słuchacza. Jego ukrzyżowanie. Poniżenie, a na końcu ostateczny cios zadający mord na świętej jednostce. Nowy materiał na pewno zmiażdży czaszkę każdemu, kto zdecyduje się go odtworzyć w warunkach domowych, bo Temple Desecration to już inny zespół. O wiele lepszy technicznie, umiejący zadać precyzyjne ciosy w głowę słuchacza, kiedy ten najmniej się tego spodziewa. Widać, te 2 lata nie poszły na marne.. Z kawałków nie zabrakło staroci na czele z “Apotheosis”. Nowe zaś (nie pamiętam dokładnie ile) w koncertowym boju zabrzmiały naprawdę bardzo obiecująco, więc pozostało tylko oczekiwanie na nowy materiał. Perfekcja.

Krótka przerwa wypełniona – a jakże – Tyskim, dyskusjami na tematy muzyczno sportowe i można było udać się do klubu, gdzie na scenie montował się właśnie Doombringer.

A ten rzadko gra w naszym smutnym kraju. Na szczęście tego wieczoru nadarzyła się niebywała okazja, by przetestować na żywo twórców zacnego “The Grand Sabbath”. Mając w składzie muzyków z takich hordes jak Bestial Raids czy Cultes Des Ghoules nie można było się spodziewać niczego innego, jak tylko zniszczenia. Zniszczenia poprzedzonego rytuałem śmierci, przywołującym mary i demony, które mają zabrać dusze nędzników prosto do piekła. Bo kiedy widzisz wokalistę ubranego w białą koszulę i naszyjnik z ludzkich kości wiesz, że zostałeś skazany na wieczne cierpienie. Zło, czyste pierdolne zło. Moc i przede wszystkim soniczny rozpierdol jaki tego wieczoru zadał Doombringer był śmiertelnym strzałem numer jeden gdzie nie było miejsca na błędy, a liczyła się tylko czysta, śmiertelna precyzja. Potwierdziła to też publika, która pod sceną zrobiła istny kocioł czarownic, nie pozwalając wciągniętym do środka na wydostanie się. Mimo początkowych problemów z ustawieniem nagłośnienia całość brzmiała czysto, ale jednocześnie chamsko, brudno i przede wszystkim wściekle i nader demonicznie. Pokazali klasę, a ja sam mam do dzisiaj w głowie dźwięki “Seven Evil Spirits”, który tego wieczoru po prostu zabił. Zlany potem, uposażony w schłodzony browar wydostałem się na zewnątrz, by zaczerpnąć śląskiego powietrza i naładować baterie przed kolejnym hordem.

9 pierdolonych lat temu, na Legionach Śmierci maszerujących przez (nie)świętą Częstochowę Anima Damnata sprofanowała wszystko co święte pozostawiając po sobie tylko zgliszcza. Dlatego tym bardziej byłem ciekaw jak zespół prezentuje się teraz, kiedy to w końcu po 10 latach powraca z nowym albumem. Jeśli weźmiemy pod uwagę, że Necrolucas i Necrosodom są ciągle aktywni w innych zespołach, nie mogło być inaczej, jak tylko zajebiście. I faktycznie, pierdolnięcie od samego początku było na tyle bolesne, że podniesienie się po nim było niemal niemożliwe. Z kawałka na kawałek nawałnica coraz bardziej się rozkręcała, a wraz z nią również i publika. Ze sceny lały się raz po raz potoki nienawiści i cierpienia, a pod sceną co rusz ktoś padał od ciosów zadanych w kotle. Nie było litości, tylko czysta nienawiść. Piekielnie dobry, pierdolony satanistyczny death metal, którego dziwka Maryja słuchała by z ochotą podczas pokalanego poczęcia. Obrzydliwości i bluźnierstwa, celebracja ascezy. Tak można określić występ Wrocławskiego hordu. Playlista mogła zadowolić każdego, kto przybył na to show. Nie zawiodłem się, takiego występu właśnie oczekiwałem.

Zapytacie zapewne też o The Dead Creed, które miało zagrać na afterparty. Niestety, a może stety, występu jegomościa nie widzieliśmy. Czas nieco naglił, a i zmęczenie podróżą i tygodniowym zapierdolem w robocie w końcu dawały o sobie znać coraz bardziej. Jeszcze trochę pogaduszek, browar i zwinęliśmy się z klubu (co uczyniło zdecydowanie więcej ludzi). Patrząc jednak na relację tych, którzy pozostali, koncert się odbył.

Takie otwarcie roku koncertowego było mi zdecydowanie potrzebne. Te 3 ciosy w głowę zadane tego wieczoru trudno będzie przebić. Przynajmniej do III edycji Bestial Laceration, na której zagościć ma m.in.: 13th Moon