Ech, koncertowy wrzesień w Rzeszowie był dość zapchany i trudno było udać się żądnemu metalu na wszystkie interesujące go wydarzenia kulturalne. Trzeba było wybrać. Ja wybrałem urocze thrashowisko, jakie odbyło się w środowy wieczór w klubie Od Zmierzchu Do Świtu. Wcześniej jeszcze, śmignąłem do Krakowa, żeby rozgrzać mięśnie ponosiłem tam trochę pralek u kolegi na chacie i tak przygotowany wróciłem do Rzeszowa, zdążając na przysłowiowy styk na koncert.

W samym klubie jak to zwykle bywa na koncertach kapel, które nie okupują okładek Mystic Magazine – może z trzydzieści osób. Chwilę po moim klubowstąpieniu na scenę wszedł mielecki Dead Sanity. O ich występie mógłbym powiedzieć na pewno jedną dobrą rzecz, ale jestem dżentelmenem i nie będę komentował pięknego dekoltu wokalistki, hehe. Bo muzycznie to nie moja bajka i raczej mało kogo ze zgromadzonych tego wieczoru w rzeszowskim klubie. Ot mieszanka Nightwish z heavy metalem i odrobiną melodyjnego „death metalu”. Tak to przynajmniej słyszałem. Przyznacie więc, że mieszanka dla prawdziwego oldskulowca zabójcza, co? Ja mam dalej słodki posmak w ustach. Ale jedno trzeba wokalistce przyznać – ja nie mam takich jaj, by przechadzać się na bosaka po parkiecie podczas śpiewania, bo wiem, co tam się działo innymi razy. A że laska czyniła to cały czas – szacun. z drugiej strony wyglądało to dość dziwnie, no ale jak nie było nikogo pod sceną, to sam zespół poniekąd zrobił sobie tam ruch, hehe.

Dobra, Dead Sanity się spakowało po ciągnących się jak dla mnie zbyt długich dwudziestu pięciu minutach, czy ile im tam zeszło i na scenę wpakowali się miejscowi piewcy podpalanego thrash metalu. Excidium czyli. Dziś we czterech, bo ponoć w ostatnim momencie zrejterował jeden z gitarzystów – Hans Gruber. No ale szczerze i z ręką na sercu, zagrali jeden ze swoich lepszych gigów. Nie pamiętam już w jakiej kolejności szły ich traszowe pierdyknięcia w ryj, no ale na pewno usłyszeliśmy tytułowy numer z demówki „Infernal Oath”, killery ze splitu z Bloodthirst – między innymi „First To Fight” czy „Blackened Thrash Assasins”, a także dwa numery z nadchodzącego materiału zatytułowanego „Decimation”. I zaprawdę powiadam Wam, warto czekać na ten stuff. Podczas ich koncertu pod scenę podtuptało nawet kilka osób, widać było pojedyncze machnięcia głowami tego i owego. Excidium powalczyło około pół godziny i widać było, iż na scenie czują się trochę pewniej, coraz mniej u nich kamiennej twarzy podczas grania, ruch sceniczny nie należy już tak bardzo do rzadkości, tylko czekać jak będą biegać po scenie jak Iron Maiden, hehe. W każdym razie – warto wybierać się na ich gigi.

Po Excidium na scenie zamontował się zespół co Neithal się zowie. Nie znałem ich wcześniej i szczerze mówiąc, teraz też ich nie poznałem zbyt. Bo jak już weszli na scenę i odegrali dwa pierwsze kawałki, podczas których słyszałem jedynie perkusję i wokal, żadnych gitar czy basu, to miałem nadzieję, że przy trzecim numerze ktoś pofatyguje się poruszać gałkami czy kliknąć coś odpowiedniego. Ni chuja. Trzeci numer zaznaczył się tym, że słychać było lekko bas i nic ponadto. Zniesmaczony więc ewakuowałem się na piwo do baru. Gwoli ścisłości Neithal ponoć gra black metal i przedstawił nam utwory z pierwszego demo – „Zmrok”.

Jak już się wybrałem na to piwo przy Neithal to mi się przeciągnęło i na występ. No ale odbyłem niezwykle owocną dyskusję handlową z Mephistem z Grüft Produktion. Ten gość potrafi zachęcić do zakupu jego rzeczy, hehe… To jest chujowe, to jest świetne, ale źle Ci będzie grało na wieży, to jest w porzo, ale w zasadzie po co Ci to? – naprawdę krok milowy w temacie marketingu i piaru, hehehe. No a że było miło, to w zasadzie Bloodwritten widziałem dopiero końcówkę. I cóż mogę rzec? Ja ich zawsze muzycznie lubiłem, ot thrash metal lekko ublackowiony, w sam raz do browara. Na scenie też dupy nie dają, więc i w Rzeszowie było okej. Jedynie mam pewne zastrzeżenie do… hmmm… pożyczenia pewnych elementów od współkamratów z trasy (flagi Bloodwritten przypominały do złudzenia kozły Bloodthirst, kolorystyka i czcionka bez zmian, zaś hasło przewodnie „Blackened Fuckin Thrash Metal” kojarzy mi się osobiście z kawałkiem Excidium), ale może to subiektywne odczucie. Tak czy siak, jak ktoś widział ich występ w Rzeszowskim klubie, ten raczej zawiedziony nie był.

Ale ja szczerze mówiąc i tak przybyłem głównie na lokalsów i na Bloodthirst, bo chciałem skonfrontować ich występ przed większą publicznością, jaki dali na Grimharvest Fest II, z jej namiastką jedynie na Bestia Carnage Tour. No i dlatego też, że po prostu lubię i znam ich muzykę od pierwszej demówki. Cóż, Poznaniacy weszli i rozjebali, to tak po które. Po dłuższemu zaś – przedstawili w zasadzie cały przekrój twórczości, pomijając chyba jedynie tylko pierwsze wydawnictwo „End Is The Beginning”. Za to ja narzekać nie mogłem, bo usłyszeliśmy i „Victims Of Terror” z drugiej demówki, i „Let Him Die” z debiutu, z ostatniego krążka natomiast między innymi „Wine For The Insane”, a także takie masakratory jak „Hateful Antichristian Thrash” wrzeszczany przez wszystkich kumatych, hehe. Przy gigu Bloodthirst pod sceną przez kilkanaście nanosekund rozpętał się młyn złożony z członków Excidium i niżej podpisanego. Wszak tradycji musi stać się zadość. Na sam koniec Bloodthirst odegrało kołwer Morbid Angel i już wymuszony przez nieliczną publiczność Bathory. Trza się napracować, żeby się napić piwka po koncercie, a co, hehe. Koniec końców Bloodhirst odegrało naprawdę dobry set w dobrym thrash metalowym stylu. W końcu marka nie z dupy wzięta (chyba, że z dupy diabła, to się ewentualnie mogę zgodzić), więc kaszany odwalić im nie przystawało.

Cóż, po koncercie gdy już większość zwinęła się do domu, przyszła pora na część bardziej towarzyską, choć zniszczenia nie było, bo bloodthirściaki musiały wyruszyć dalej, więc na placu boju zostaliśmy z resztą ekscidjumowców sami. Ale i tak było miło. Na następną edycję piszę się na pewno.

Zdjęcia podziwiać możecie dzięki Czarnej666, a reszta tutaj. Fotka Dead Sanity autorstwa MaG.