Besatt, Furia, Saltus, Exhalation; Rzeszów, Klub Od Zmierzchu Do Świtu; 28.05.2010

Mniej więcej rok po tym jak Besatt odwiedził rzeszowskie ziemie kapela pojawiła się znów w gościnnej stolicy Podkarpacia. Tym razem w towarzystwie trzech innych, podziemnych hord. W zasadzie bardzo dobrze, bo diabelstwa nigdy za dużo na tym zdominowanym przez wyborców – pisuarczyków kawałku ziemi. Stawiłem się więc w Klubie Od Zmierzchu Do Świtu na pięć minut przed planowanym rozpoczęciem koncertu, to jest około godziny dwudziestej. Jako, że wejście na salę koncertową było jeszcze zaparte jak bramy niebios przed komunistami, usadowiłem się ze znajomymi koło baru, by pogawędzić o pogodzie i innych przyziemnych sprawach. I tak gawędziliśmy i gawędziliśmy, a czas płynął i płynął, a koncert się nie zaczynał. Się okazało dopiero po jakiejś godzinie, że żadna z kapel nie przywiozła swoich bębnów ergo pozostawało im tylko klaskanie a la Rubik w miejsce perkusji. Jako, że nie jest to jednak najlepsze instrumentarium, drogą pantoflową skombinowano jakiś zestaw na mieście i po półtoragodzinnej obsuwie koncert mógł się zacząć. Świetna organizacja, swoją drogą, brawo brawo…

Całość otwierało Exhalation z Będzina bodajże. Cóż, było ich chyba pięciu, więc ciasna jak spodnie power metalowca scena ledwo ich pomieściła. Słyszałem coś tam o tych psotnikach, jednak sama muzyka w gruncie rzeczy pozostawała mi obca, miło się więc złożyło, że nawiedzili oni Rzeszów i zareklamowali się w niezły sposób, hehe. I choć potem mój znajomy stwierdził, że jemu to jak Mamoniowi podobało się jedynie to co już zna, nawiązując do coveru Death odegranego przez kapelę pod koniec setu, to uważam że źle nie było. Exhalation napierdala w starym death/black/thrash metalowym stylu (stąd przeróbka „Evil Dead” może Wam wiele powiedzieć) i jak ktoś lubi takie proste w gruncie rzeczy granie, to powinien być kontent. Ja tam na przykład byłem. Choć może widownia nie dopisała, bo baniakami napieprzało trzy osoby, w tym tylko jedna z nich mogłaby prowadzić pojazd mechaniczny. Pozostałe dwie miały problem z ustaniem w miejscu. Ale wracając do setu Exhalation to młode bluźnierce jeszcze są, ale powoli ten ich metal, który może się kojarzyć z Witchmaster na przykład, wykluje się w naprawdę niezłą hordę, moim skromnym zdaniem. Potencjał jest, jak się chłopaki esperalem nie zaszyją to o ich przyszłość możemy być pewni, że te ich koncertowe killery wejdą do kanonu polskiego bluźnierstwa. A że niektóre po polsku są to młodzież śpiewać będzie pełną gębą, hehe. Tak przynajmniej wnoszę po tym, com ujarzał tego wieczoru.

Moment przerwy, jedno piwko i wracamy na scenę, bo na niej zainstalował się Saltus. Tak jak podejrzewałem, ta oraz następna kapela przyciągnie trochę młodzieży, która ukochała ojczyznę, a numerki 14 i 88 są im szczególnie bliskie. No i nie myliłem się, choć spodziewałem się większego pogłowia tego odłamu (podobnież zresztą jak i władztwo klubu). Ale zasadniczo Boruty nie było, hajlować raczej nikt nie hajlował (a nawet jeśli, to co z tego?), natomiast stołeczny Saltus odstawił naprawdę dobry gig. Kurwa, oni zabrzmieli naprawdę mocarnie! W zasadzie to przekrój utworów z ich starszych płyt, jak i najnowszego krążka „Tryumf” nie mógł się nie podobać. Scream jest niezłym frontmanem, ale i widać było po niektórych wypowiedziach, że ma zdrowy dystans do swojej twórczości. Ich mieszanka pogańskiego black metalu z death metalową stylistyką wypada na żywo zajebiście, co doceniła również i publiczność liczniej już zgromadzona pod sceną. Chwilami młyn się rozkręcał, chwilami zmniejszał, ale ruch w interesie był cały czas, hehe. Saltus w pełni wykorzystał czas jakim dysponował od grywając numery, które bez wyjątku wzbudzały mój entuzjazm. Zresztą nie tylko mój, bo taki „Wielki Las” to już prawie chóralnie odśpiewany był. I bardzo dobrze – Saltus zdecydowanie wyszedł z konfrontacji z rzeszowską publiką z tarczą, by użyć konwencji bliskiej ich sercom, hehe.

Pomiędzy koncertami Saltus i Furii poszedłem sobie oglądnąć stoisko z merchem, całkiem pokaźne. Ponadto można było na przykład zaopatrzyć się w materiały Morowe czy CSSABA, które swoją oficjalną premierę miały mieć dopiero za kilka dni. Jakoś nie zauważyłem parcia maniaków, żeby mieć je wcześniej (chyba, że pozasysali je już z neta). A szkoda, bo zwłaszcza Morowe to bardzo dobra muzyka. Podobnież i Saltus chyba nie wyzbył się wszystkich kufli ze swoim logo.

Przedostatnia kapela tej piątkowej nocy. Podobno obecnie krytykowanie Nihila i kolegów jest nietaktem, bo jak ktoś nie rozumie muyzki tego gościa to się po prostu nie zna. Ja tam nie wiem i mówię otwarcie, że nowy krążek nie przebił debiutu. Zastanawiałem się więc jak to będzie z koncertem Furii w Rzeszowie, bo gdy widziałem ich dwa lata temu to mnie ciutek rozczarowali. Zespół wszedł na scenę jakoś przed północą i szczerze mówiąc – rozjebał. Mimo, że brzmienie chwilami kulało, to udało im się wykreować taką atmosferę, że ja Ciebie pierdolę. Na scenę wpuścili dym, który już po chwili wypełnił praktycznie całą salę. I zaczęli grać. Pod niewielką sceną zagęszczenie było dość pokaźne. Już tam kolejności poszczególnych strzałów nie pamiętam, dostaliśmy mniej więcej po równo z „Martwej Polskiej Jesieni”, z fenomenalnie odegraną „Idzie Zima” i „Krwią w Kolorze Bursztynu”, jak i z „Grudnia za Grudniem”. No i „Płoń” też było. Koncert Furii był bliski temu co zwykło się górnolotnie określać mianem „misterium”. Bardzo skondensowana dawka muzyki, bez żadnego gadania pomiędzy, praktycznie kontakt na linii zespół – publika nie istniał, ale to tylko potęgowało wrażenie. Furia odgrywała swoje numery jak w transie – całkowite zaprzeczenie wcześniejszego ich występu jaki dane mi było widzieć. Przy całym szacunku jakim darzę muzykę Besatt, po tym co zobaczyłem podczas koncertu Furii, to właśnie Nihil powinien być headlinerem tego koncertu. Zresztą frekwencja i zachowania maniaków potwierdziło moje zdanie. Dawno już nie widziałem tak mocnego black metalowego koncertu, odegranego z taką pasją.

Po tym jak Furia zeszła ze sceny, tym samym przyszła kolej na ostatni koncert z całej imprezy. Besatt podobno stracił ostatnimi czasy uznanie w oczach części metali za wstawienie na profil MySpace flagi z kirem, wiadomo wskutek czego. Co ciekawe, to samo zrobił Saltus, jednak jego wizerunek w takim stopniu nie ucierpiał. Cóż, też nie za bardzo rozumiem, co kierowało wówczas Beldarohem, jednak mam swoje lata i jakiś tam twardy rdzeń muzyczny, który pozwala odgrodzić mi takie fakty od muzyki. Zwłaszcza dobrej. A taką w moim mniemaniu tworzy bytomska ekipa. Beldaroh przemykał w czasie wcześniejszych koncertów między publiką, musiał być więc rozczarowany, gdy przyszło mu skonfrontować zwłaszcza wcześniejszą frekwencję z tą, jaka miła miejsc podczas gigu Besatt. Pod sceną została może czwarta część tych ludzi, którzy szaleli podczas Furii. I niestety ich nie przybywało. Ja nie będę w tym miejscu mówił, że sam napierdalałem baniakiem, bo jakoś tak cały czas przestałem w jednym miejscu. Besatt tym czasem odegrał porządną sztukę, choć mam wrażenie, że zeszłoroczny ich gig w Klubie Vinyl wypadł lepiej. To znaczy z jakimś takim większym pazurem, bo zasadniczo set zespołu jakimś większym zmianom. Usłyszeliśmy więc strzały z „Black Mass”, „Hellstorm”, ale i na przykład utwór z „Hail Lucifer”. I mimo, że odegrane sprawnie, to publiki nie porwały. Nawet krew, którą w którymś momencie oblał się lider kapeli nie podziałała na publikę w zadowalającym stopniu. Nie może więc dziwić nikogo fakt, że po całym spektaklu Beldaroh ze sceny zszedł wkurwiony. Miał prawo spodziewać się czegoś więcej.

Nic to, koło drugiej skończył się cały koncert i ta część która wytrzymała do końca poczęła zbierać się do ciepłych łóżeczek. Ja w zasadzie też nie miałem już czego szukać w klubie, dlatego też po dokończeniu piwa zabrałem swoją metalową dupę w troki i zniknąłem z klubu. Reasumując, genialny był koncert Furii, która zdeklasowała headlinera. Ten muzycznie też źle nie wypadł, ale i pokłonów za ten gig bił nie będę. Do tego bardzo dobra sztuka w wykonania Saltus i Exhalation składają się na pełny obraz imprezy. Bardzo dobrej zresztą. Oby więcej takich.


Za foty tradycyjnie dziękuję Czarnej 666 – spragnieni reszty mogą zaglądnąć tutaj.

Autor

10179 tekstów dla Chaos Vault

Sarkazm mu ojcem, ironia matką i jak większość bękartów jest nielubiany. W życiu nie trzymał instrumentu w ręku, więc teraz wyżywa się na muzykach. W obiektywizm recenzencki wierzy w takim samym stopniu jak we wniebowstąpienie, świętych obcowanie i grzechów odpuszczenie.

3 komentarze

  • widzę, że mamy podobne wrażenia po tym koncercie…
    Furia grała tak, że aż ciary przechodziły…
    a to się rzeczywiście rzadko zdarza…

  • Chyba powinna być inna kolejność zespołów i Furia jako gwiazda wieczoru, było inaczej więc nie ma się co dziwić Beldaroh’owi. Numer z krwią to „Suicidal Ritual”.

    Co do zdjęć to faktycznie bardzo fajne. W Od Zmierzchu.. pokusiłbym się skierować lampę w sufit, może wyjść ciekawie 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *