Dojadą… nie dojadą… dojadą… nie dojadą…takie sprzeczne myśli kołatały mi się po głowie przed tym koncertem. Ostatnio nie dojechali. Zaspy jakieś czy coś. Szczęśliwie w maju zaspy należą do rzadkości, cokolwiek byście sobie o Podkarpaciu myśleli (psy też tu normalnie szczekają). Dlatego też na Besatt raczyłem się wybrać, choć właściwie do ostatniego momentu nie byłem pewien, czy nie będzie kolidowało to robotą. Szczęśliwie nie, więc 30 maja wziąłem swoją mroczną dupę i powlokłem ją pod rzeszowski klub Vinyl.

Klub ten miałem okazję wizytować po raz pierwszy. Całkiem miły lokal, z niewielką salką koncertową, i większą salką z lożami, gdzie można się było rozwalić jak panisko z browarkiem i perorować na tematy metalu i pokrewne, hehe. Jako, że na gig udałem się ze znajomkiem (hail Piotrek!) tak też uczyniliśmy, długo jednak ta sielanka nie trwała, bo oto i na scenę weszło panów w liczbie czterech z miasta Przemyśla o nazwie Underdark i poczęli koncert, trzeba się było więc pod sceną stawić. Cholera, zaskoczyli mnie in plus, bo jakoś parę miesięcy temu miałem okazję ich widzieć i ekpia Dywana Terrora (taką uroczą ksywkę ma głównodowodzący) mnie nie porwała. A tu taka niespodzianka. Całkiem zgrabny death metal, z nutką blackowych odniesień. Ekipa odegrała numery ze swej demówki zatytułowanej górnolotnie „Demo 2007”, hehe, plus coś nowego, co ma znaleźć się na debiucie zespołu.I chyba paradoksalnie to przy tym zespole pod sceną był największy odsetek moshujących. Jedynym problemem była ściana dźwięku, którą jednak z czasem udało się dźwiękowcowi w miarę okiełznać.

Drugą kapelą była gliwicka komanda – Embrional. Znana mi również już wcześniej z koncertu pamięci Vitka i kameralnej imprezy w mych rodzinnych Gorlicach. Czy rozwalili mnie po raz trzeci? No jacha, że oczywiście, hehe. Już chyba się nauczyłem, że panowie koncertowo nie zawodzą. Odzieli się w te swoje łańcuchy, pieszczochy, w jednym przypadku również i koloratkę, weszli na niedużą scenę Vinylu i zaczęli napierdalać dla Szatana. Tu już nie mogłem sobie odpuścić i ruszyłem w tany, aby z kilkoma innymi osobnikami siać krieg i przerażenie, hehe. A przy okazji napomknę o frekwencji, która nie porywała jak zwykle, ale osoby, które się zjawiły do popierółek raczej nie należały, może poza kilkoma nawalonymi przeszczepami z gimnazjum, latającymi po glanach i łokciach jak piłeczki kauczukowe. Ale wracając do Embrional – pełnokrwisty bluźnierczy death metal made in hell. Wszystko bardzo ładnie się zgrywało, szczególny respekt dla pałkera Kamila, który zagrał dwa gigi pod rząd. Zresztą nie był to jedyny członek kapeli, którego dane nam było jeszcze tego wieczoru zobaczyć. Samo Embrional poszło z buta do przodu, katując nas kawałkami z demówek i debiutanckiej „Cusp Of Evil”, z obowiązkowym „Death & Destruction”, ale widać, że kryzys, bo niestety chłopcy musieli się obejść bez żeberek czy co to tam w twarzach trzymają, hehe. Jednym słowem – rozpierdol, a kto ich jeszcze nie zna, niech czym prędzej nadrobi zaległości!

Embrional zszedł ze sceny w odorze chwały i ustąpił miejsca powracającym do świata żywych blackowcom z przemyskiego CrypticTales. Młodsi fani na ich widok wzruszyli ramionami, bo niby i co z tego – kolejna kapela black metalowa. W oczach starszych widać było jednak wzruszenie w oczach, że oto Cryptic Tales znów koncertuje i nagrywa. Pięciu panów weszło na scenę, poszły dymy, zaczęli grać i… kurwa, a gdzie życie w tej kapeli? Coś im niezło, grali, a ludzie stali pod sceną i patrzyli w bezruchu. Zespół odegrał z dwa utwory i chyba w końcu wkurwiony stagnacją pod sceną zjebał publikę, aby ruszyła dupy do tańca. No i rzeczywiście, kilka osób poszło w tany, potem dołączyło do nich jeszcze kilka i zaczęło się kręcić. Nagle jakby zespół złapał wiatr w żagle i moje początkowe zniesmaczenie zamieniło się w banana na gębie. Cryptic rozhulał się, prezentując swoje kawałki z nowej płyty, niestety nie grając niczego z pięknych lat dziewięćdziesiątych. Atmosfera w młynie zaczęła gęstnieć, aż sam wokalista stwierdził, iż bawimy się jak w starej dobrej ósmej dekadzie. Ale apogeum i tak miało nastać przy przy koncercie headlinera. Ekipa z Przemyśla przyciągnęła pod scenę naprawdę sporo osób, w tym pokaźne grono panów dobrze po trzydziestce, które bawiło się lepiej niż pijana już młodzież. W którymś momencie zespół został nawet oblany przez znanego rzeszowskiego „restauratora” i członka Cerebrum, który specjalnie na ten gig się wybrał, piwem (tak w ramach szampana – kolejny przykład kryzysu, hehe). Mnie również się podobało, choć ostatni ich krążek na kolana mnie nie rzucił. Ot, chyba nie jestem odpowiednio wiekowy…

Ostatnia kapela, na którą czekało spore grono fanów, budząca tyleż kontrowersji, co i entuzjazmu – Besatt. Jednak przybyli. Jak tylko Cryptic Tales zeszło ze sceny, wskoczyli na nią techniczni, zapalili świece dla klimatu, a po kilkunastu minutach na scenę weszło trio z Bytomia. Beldaroha wspomagali Vermin z Embrional oraz Morbid z Throneum. Cholera, ja tam zawsze Besatt lubiłem, jakoś nie podzielałem o nich negatywnych opinii, więc czekałem na ten koncert z niekłamanym zainteresowaniem. Po krótkim intro, w kłębach dymu i blasku świec rozpoczęło się misterium. Wraz z pierwszymi uderzeniami w struny pod sceną rozpętało się piekło. Nie, nie przesadzam, piekło z napierdalaniem się po pyskach, rzucaniem po ścianach i noszeniu gawiedzi na butach. A na scenie? Na scenie Besatt rzeźbiło kolejne hymnu ku chwale Rogatego: „Suicidal Ritual”, „Ave Master Lucifer”, „Antichrist” i jeszcze kilka innych, których tytułów w tym momencie nie pomnę niestety. Besatt to świetna kapela koncertowa, żywiołowa, agresywna i szczera w tym co robi, a fani to czują. Młyn pod sceną się rozkręcał, ucierpiał na tym zwłaszcza koleś w koszulca Łba Prosiaka, który nie umiał się zachować i zaliczył trochę bęcków. Ale mu się należało. W pewnym momencie dostało się również Beldarohowi, któremu upadający statyw rozciął japę. Black metal ist krieg, hehe. Zespół wycinał pierwszorzędnie, aż się można było zastanawiać, gdzie panowie pochowali rogi. Odegrali też numer z nadchodzącej płyty, podobno była to prapremiera (jeden znajomy krzyknął, że na następny dzień będzie na koncercie w Krakowie i jeśli tam powiedzą to samo to „wejdzie na scenę i wpierdoli…”, hehe). Również całkiem niezły. W nawałnicy diabelskich dźwięków Beldaroh zerwał strunę, więc resztę gigu musiał zagrać na uboższym basie – w końcu podziemie do czegoś obliguje! Po około czterdziestu minutach zespół zakończył występ, ale bez bisów nie mógł zejść z desek. No i poleciało – „Abaddon The Destroyer”! Dzicz i szał! Świetny koncert, opłacało się odczekać na ten gig! Besatt pokazał klasę i jak dla mnie ucięło wszelką dyskusję na temat ich domniemanego pozerstwa.

Cholera, to był naprawdę dobry koncert. Tak publika jak i kapele pokazały się od najlepszej strony. Więcej takich koncertów i uwierzę, że może z tego Rzeszowa jeszcze co będzie i kapele nie będą się bały tutaj przyjeżdżać. Tyle.