Belzebong, Major Kong, Struggle With God; Gdynia, Klub Ucho; 16.01.2016Co robić w zimny, styczniowy sobotni wieczór? Od czasu kiedy to wiatry skierowały mnie na Pomorze nie mam już takiego problemu i mogę śmiało przebierać w koncertach i spożytkować czas nie tylko pijąc ale i oglądając (i pijąc też he he) co rusz to ciekawsze zespoły bądź projekty. I tak się akurat złożyło, że w Gdyni właśnie tego zimnego sobotniego wieczoru na scenie Klubu Ucho miał zagrać razem z towarzyszami kielecki Belzebong. Nie zastanawiając się zbyt wiele założyłem puch i udałem się na koncert.

Pomijając kwestie spożycia i drogi przejdę od razu do samego koncertu, który z małym opóźnieniem wystartował po godzinie 20. Na pierwszy rzut poszedł słupski Struggle with God, który tego wieczoru nie dość, że zmiażdżył moją nie do końca zdrową psychikę to jeszcze moje niezdrowe od alkoholu trzewia porozrzucał po całej sali śmiejąc się przy tym jednocześnie w moją konającą twarz. Doprawdy nie wiedziałem, że we dwóch, bez udziału bass gitary można zrobić taki rozgardiasz na psychice słuchającego. Sążna, oblana crustem, doom metalowa maszyneria z czystym i ostrym niczym brzytwa wokalem z minuty na minutę wgniatała w betonową podłogę klubu każdą jednostkę, która zjawiła się tego wieczoru na koncercie. Ci kolesie po prostu wiedzieli jak wszystkie elementy nienawiści wyeksplorować do granic możliwości i zamienić je na potężną ścianę dźwięku o którą słuchający bez zahamowania będzie uderzał. I skrzętnie to słupszczanie przez 30 minut wykorzystywali. Ich muzyka była tego wieczoru czystą porcją  szaleństwa, rozlewającą się po całym klubie. Co prawda w okrojonym składzie, to jednak dawali goście radę, a kawałki które miałem zaszczyt odsłuchać (w tym z nowego działa “Letarg”) kipiały nie tylko energią i punkhardcoreową agresją, ale i 10 tonowym ciężarem, które niczym zardzewiały gwóźdź wbijały mi się do czaszki i po dziś dzień nie chcą z niej wyjść. Zaprawdę, powiadam: Warto się tym tworem zainteresować, bo ma on potencjał (i szuka basisty) i warto śledzić ich rozwój.

Major Kong live

Po masakrze dokonanej na mej osobie przyszła pora na kolejny zespół tego wieczoru, czyli lubelski Major Kong. Żeby nie było, przed koncertem osłuchałem – jak nigdy – całości “Doom Machine” oraz “Galactic Cannibalism” i na koncert szedłem z przeświadczeniem, że dostanę równie solidnego kopa na żywo co podczas odsłuchu w domowym, bezpiecznym zaciszu. I tak też tego wieczoru było. Ciężko, walcowato i niezwykle duszno. Niesamowita energia bijąca z tego zespołu sprawiła, że poczułem się jak naładowany dużą dawką zielska i innych substancji psychoaktywnych, które w latach 60 i 70 w połączeniu z muzyką pozwalały młodzieży odkrywać podczas wyprawy w kosmos całe klastry nowych galaktyk i pulsarów, których migocące światełka możemy po miliardach lat oglądać podczas letniej nocy. I wszystko to, co widziałem tego wieczoru (bądź zdawało mi się, że widzę he he), zostało stworzone przez Major Kong tylko za sprawą gitar i bębnów. Do dziś nie mogę zapomnieć tego charakterystycznego dźwięku basu i gitary z “Marlock”, który sprawił, że ciarki przeszły mi po łapach. Jak rzadko kiedy słucham takich dźwięków, tak dzisiaj byłem wręcz nimi pochłonięty. Po Struggle With God był to kolejny strzał, który na dłuższy czas wbił mi się do głowy. BDB set, od serca.

Belzebong live

W końcu, parę minut po 22 z malutką obsuwą na scenie pojawił się Belzebong. I tutaj wszystko było już w zasadzie jasne. Nie będzie lekko, ale ulta ciężko. Nie dość, że dwa pierwsze zespoły zniszczyły mnie totalnie, to jeszcze Belzebong zadał mi ostateczny cios. Co prawda oparów substancji psychoaktywnej nie było, ale było mega zielono i mega ciężko. Spoiwem całości było obraz, który wyświetlany na dużym ekranie idealnie współgrał z muzyką tworząc odpowiedni klimat. A ten z minuty na minutę mocno się zagęszczał. Gitary wpadły w psychodeliczny rytm, zaś bas piłował coraz większą dziurę w głowie. Niesamowita moc jaką Belzebong osiągnął tego wieczoru mocno nadszarpywała rejestry nie tylko słuchowe ale i czuciowe. Ci goście doskonale wiedzą, jak za pomocą instrumentarium wprowadzić w bezwładny stan ludzki organizm dając mu przy tym jednocześnie sporą dawkę endorfin. Belzebong był tego wieczoru absolutnym mistrzem ceremonii i pokazał przy tym, że nie ma lepszych od niego. Nie mniej, do końca setu nie dotrwałem. Trzeba było się ewakuować, bowiem ostatnia sensowna SKM do Gdańska była parę minut po godzinie 23.

Nie ma co ukrywać. Koncert 3 kapel, których przyznam szczerze słucham tyle co nic, zapadł mi w pamięci na dobre. Taka dawka doom/stonerowych dźwięków oblanych dodatkowo crustowymi klimatami sprawiła, że nie tyle co zmęczyłem się niemiłosiernie ale i zdrowo naładowałem. Bardzo dobry koncert, z ciekawym klimatem i nie mniej ciekawą dawką muzyki, która pozwoliła na chwilę odpocząć od ciężej dawki metalu.