Behemoth, Thy Disease, Neolith; Rzeszów, Klub Live; 16.05.2010

Co robi Behemoth gdy akurat nie jest w trasie? Odpowiedź jest banalnie prosta – Behemoth gra wówczas koncerty. Tylko, że pojedyncze, specjalne. Taki właśnie koncert miał miejsce w zeszłą niedzielę w rzeszowskim klubie Live. W zasadzie miałem odpuścić sobie to przedstawienie, bo względnie niedawno widziałem ekipę Nergala w tym mieście, no a z kasa cienko u człowieka. W końcu kryzys. Ale jednak nie mogłem sobie odmówić przyjemności uczestnictwa w metalowym spędzie, zwłaszcza, że chciałem zobaczyć co do zaoferowania ma ów klub, który to wszyscy chwalą. No, przynajmniej w Rzeszowie.

Zebrałem się więc w sobie, wciągnąłem na dupę panterkę, tors okryłem koszulką Lost Soul, do obu uszu wsadziłem słuchawki i tak napawając się najnowszym krążkiem Drünken Bastards udałem się do klubu. A trzeba Wam wiedzieć, że na co dzień ten przybytek obsługuje koncerty z trochę innej półki gatunkowej – Irena Santor, Manaam i tym podobne hordy. Przeszedłszy tedy przez czerwoną wykładzinę imitującą dywan pojawiłem się w środku. Faktycznie, klub imponujący, po obu stronach przestronne loże, wysoka scena z kurtyną, dwa spore bary (z nieprzyzwoicie drogim piwem jak na kieszeń biednego metaluszka). Do tego wszędzie kręcili się ochroniarze klubu, wyglądający, jakby w dzieciństwie mama dawała im kaszkę manną na sterydach, a zamiast grzechotek mieli dwukilowe hantle. I zaskakująco mało gimnazjalistów w koszuleńkach Behemotha. Może w niedzielę nie mogą wychodzić z domu, albo z majówek nie zdążyli wrócić jeszcze? Nieważne.

Koncert rozpoczął krośnieński Neolith. Młodsi mogli ich nie kojarzyć, starsi zapewne pamiętają ich jako jeden z lepszych zespołów doom/death metalowych lat dziewięćdziesiątych. Levi pomimo tego, że „słodka szesnastka” stuknęła mu spory kawał czasy temu na scenie zachowywał się bardzo żywiołowo, dobra konferansjerka nie powodowała zażenowania – no po prostu widać, że fachura z niego pełną gębą. No i w ogóle kapela odegrała bardzo sprawny set, serwując zgromadzonym muzykę zarówno ze świeżutkiego krążka „Individual Infernal Idimmu”  jak i z wcześniejszego „Immortal”. Nie kojarzę, czy jakieś jeszcze starsze szlagiery padły tego wieczora ze strony bandu z Krosna, bo ich dyskografię znam raczej pobieżnie. Sam koncert mi się jednak podobał, pomimo pewnych problemów z brzmieniem na początku setu. Trochę się pozagłuszali panowie, no ale tak to bywa jak ktoś ma tę „przyjemność” bycia królkiem doświadczalnym akustyka. Ale powiem, ze zespół wyszedł obronną ręką.

Kapelą numero duo w ten niedzielny wieczór był krakowski Thy Disease. No, ich to w góle już widziałem niewiele wcześniej, na trasie z Virgin Snatch. No nie mam nic do chłopaków, w zasadzie mógłbym powiedzieć, że ani mnie ziębią, ani mnie grzeją – posłuchać mogę bez bólu zębów, a czasem nawet z przyjemnością. Ale z drugiej strony właśnie zważywszy na ich niedawną bytność w Rzeszowie, wolałbym na ich miejscu kogoś innego. A przez wzgląd na to, że niedawno byłem świadkiem ich koncertu, teraz widziałem zaledwie część ich setu. W ogóle to ich koncert miał obfitować w niespodziankę. A niespodzianką tą był… Novy na basie. Cóż, dla mnie niespodzianką byłoby, jakby na basie zagrał z nimi Lemmy na przykład, albo Iommi, to mógłbym nazwać niespodzianką. A tak – koleżeńska przysługa, ot co. Abstrahując jednak, a tyle na ile widziałem (a było tego może z pięć kawałków), Thy Disease zagrało dobry koncert, lepszy niż ostatnim razem w tym mieście. Zdaje mi się, że służy im większa scena, zwłaszcza zaś wokaliście, który żywiołowym zaiste jest. W ich przypadku było analogicznie, co przy Neolith, skupili się bowie głównie na dwóch ostatnich płytach. No ale w połowie setu Krakowian do kibla wywołał mnie mój przyjaciel pęcherz, a że po drodze spotkałem jeszcze paru znajomych, tak już pozostałem.

No oczywiście całego wieczoru w kiblu nie spędziłem, bo szczanko za 40 złotych to raczej byłby mało opłacalny biznes. Poza tym Behemotha pod względem muzycznym lubię, a to co Nerdżi robi w życiu prywatnym to już nie ma wpływu na postrzeganie jego zespołu jako po prostu dobrego. Dlatego też poszedłem zobaczyć „chłopaka Dody w pracy”, jak to napisał o nim jeden z tygodników. No i powiem tak – klub Live na pewno był miejscem, gdzie Behemoth mógł wykorzystać swój sceniczny potencjał w 100%. Za sceną zawisła ogromnych rozmiarów płachta z okładką ostatniej płyty. Pod sceną się zagęściło (ponoć sprzedano 400 biletów, co szczerze mówiąc nie jest jakimś wielkim osiągnięciem jak na Rzeszów – jednak te małe, plątające się pod nogami uczniaki robią swoje, hehe. Cóż rzec mogę natomiast na temat samego gigi Pomorzan? To co każdy zapewne, który odwiedził Live rzeczonej niedzieli – rozpierdol, panie kolego, rozpierdol. W czystej postaci. Behemoth to koncertowa maszyna, to bestia na żywca, niepodważalni profesorowie grania koncertów, to… stop! Frazesom mówimy nie, większość przecież wie, jak wypada Nergal i spółka na scenie. Nie będę się tu wzorem jednego portalu rozpisywał, ile razy Nergal się do mnie uśmiechnął i jak delikatne dłonie ma Inferno, bo ja jestem pewny swojej orientacji seksualnej, jak i muzycznej. Skupię się raczej, na tym co zagrali… A czegóż to oni nie zagrali, hehe. Ja byłem zadowolony, gdy leciały takie bezsprzecznie zabójcze kawałki jak „Conquer All”, „As Above So Below”, „Decade Of Therion”… ta wyliczanka mogłaby jeszcze trwać i trwać, bo chłopaki mają dyskografię naprawdę bogatą jeśli chodzi o im podobne strzały. Publika kotłowała się pod sceną, co chwila próbowano stage divingu, ale ochroniarze, chyba nie przyzwyczajeni do takiego zachowania napierdalali delikwentów po ryjach bez pardonu. Trochę obciach, panowie… Wracając do zespołu, bo zakończonym secie, kapela zniknęła za kulisami, by odczekać przepisowy czas i dać trochę powydzierać się fanom, spragnionym bisów. Zawsze mnie to wkurzało u kapel, że i tak wiedzą, że zaraz wrócą na tą scenę, po co więc gwiazdorzenie i przetrzymywanie wrzeszczącej publiki? No ale wiem, prawa koncertu. Nergal powrócił na scenę już w masce, by zwieńczyć całość występu „Lucyferem”.

Z rozmów prowadzonych po koncertach jednoznacznie wypadało, że Behemoth odstawił jak zwykle bardzo dobrą sztukę. W zasadzie dobrze, że ten specjalny koncert padł na Rzeszów, zawsze to lepiej zobaczyć ekipę Nera, niż jej nie zobaczyć, prawda? Ja zadowolony po secie wypiłem browarka i udałem się spokojnie do domu, na afterparty już zostawać mi się nie chciało, bo i sakwa pusta była. Myślę, że następnym razem stawię się również.

Autor

11335 tekstów dla Chaos Vault

Sarkazm mu ojcem, ironia matką i jak większość bękartów jest nielubiany. W życiu nie trzymał instrumentu w ręku, więc teraz wyżywa się na muzykach. W obiektywizm recenzencki wierzy w takim samym stopniu jak we wniebowstąpienie, świętych obcowanie i grzechów odpuszczenie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *