Nadszedł w końcu dzień wyprawy na nową, mam nadzieję, cykliczną imprezę pod tytułem Avant-Garde Night odsłona pierwsza. Do Katowic kawał drogi jest wiec zabierając prowiant na cały dzień, wodę oraz zestaw biwakowy ruszyłem przed południem w stronę stolicy Górnego Śląska. Niestety wybrałem PKP i cała drogę zastanawiałem się czy dojadę na czas… Na szczęście tym razem polskie koleje stanęły na wysokości zadania i jakimś cudem pociąg dowlókł się na miejsce opóźniony jedynie symbolicznie. Szybki popas w barze obsługi ekspresowej celem nabrania animuszu i biegiem marsz do Mega Clubu, bo spóźniać się w gości nie wypada hehe!

Mega Club to knajpa ze sporymi tradycjami, niemniej w nowej lokalizacji. No, może nie dla wszystkich nowej, ale ja tam byłem pierwszy raz i muszę przyznać, że lokacja blisko centrum ma swoje zalety. W środku też ciekawie, klimat pofabrycznej hali został zachowany. Nie można również pominąć oceny tego, co w takim przybytku najważniejsze: trunków wielki wybór i piwo w przystępnej cenie, lecz niestety tylko Grupa Żywiec. Ale co poradzić, nie na piwo wszak przyjechałem a na koncerty hehehe.

Po tradycyjnej obsuwie trwającej około pół godziny na scenie pojawił się Medico Peste. Do jej pory słyszałem jedynie o tej kapeli i nie wdziałem ich na żywo, ale przyznam szczerze, że wrażenie robią… Medico Peste gra black metal bardzo wolny, toporny i że się tak wyrażę poetycko – złowieszczy, czyli taki co to wałkuje mózg i przyprawia o ciarki na plecach. Słychać w tej muzyce echa Mayhem, najprawdopodobniej za sprawą dźwięków wydawanych przez wokalistę odzianego w strój mnicha. Co do wizerunku scenicznego to pasuje on do muzyki i Medico Peste prezentuje się na scenie naprawdę zajebiście. Publika jednak nie była specjalnie ruchawa, ale to pewnie ze względu na charakter muzyki sączącej się z głośników a nie ze względu na priorytet sączącego się piwa przy barze hehehe. Świetny koncert zagrali, byłem pod wrażeniem i czekam z niecierpliwością aż jakiś ich materiał ujrzy światło dzienne.

Bardzo sprawna organizacja tej imprezy sprawiła, że nawet nie zdążyłem specjalnie rozejrzeć się po stoisku z merchem, a tu już na scenie pojawił się Gallileous grający dość nietypowy funeral doom. Po pierwsze nietypowy, bo w Polsce ogólnie bardzo mało kapel wykonuje ten rodzaj muzyki, a po drugie nietypowy, ponieważ można w twórczości Gallileous usłyszeć spory wpływ black metalu. W związku z czym doskonale wpisywał się on w idee Avant-Garde Night. Niemniej jednak taka muzyka zbyt koncertowa nie jest, co tu kryć – ponapierdalać pod scena to się przy niej zdecydowanie nie da. No i tak też było na koncercie – spokój pod sceną, ale fani (lub fan) Gallileous głośno skandowali nazwę kąpieli pod koniec domagając się bisów. Niestety napięty harmonogram sprawił, że nie było to możliwe i Gallileous musiał wycofać się na backstage, ku wielkiemu niezadowoleniu fanów (lub fana). Jeśli o mnie chodzi to koncert trochę mnie znudził, no ale taka już specyfika tej muzyki…

Ale nic to bo za chwile na cenie ma zaprezentować się Abusiveness! Szybkie piwko przy barze, pecik, siusiu i pod scenę! Abusiveness byłem szczególnie ciekawy, bo chciałem zobaczyć na żywo tych pogańskich thrash/black’owców. I warto było czekać, bo już od pierwszego numeru pod scena rozpętała się prawdziwa burza. Ilość okładających się osobników w młynie rosła z kawałka na kawałek. Co poniektórzy jegomoście tak zapamiętali się w tej zabawie, że ochrona musiała interweniować i wytłumaczyć, że nie tak powinno się zachowywać na kulturalnej imprezie hehehe. Lublinianie dość dziarsko przemknęli po swojej dyskografii grając sporo pięknych pogańskich hymnów dla polskich Słowian i ich braci z Ukrainy. Nie sposób pominąć faktu, że gig ten przyciągnął sporą ilość osób o poglądach rzekłbym dość radykalnych. Dodam, że obojga płci. Całe szczęście, że pewna organizacja na „A” nie dowiedziała się o tym, bo możliwy był by jakiś zbrojny najazd w imię pokoju i molarności na Mega Club tej nocy. Na szczęście nic takiego nie miało miejsca i koncert Abusiveness można zliczyć do bardziej udanych gigów tego wieczora.

Pozbierawszy zęby z podłogi, otrzepawszy się z prochu i obmywszy krew przeciwników z twarzy udałem się w kierunku szynkwasu celem zakupienia napitku złocistego, aby przed gigiem następnym się pokrzepić. Sława! Piwo wypiłem w dość ekspresowym tempie, bo i Sear Bliss zainstalował się na scenie bardzo sprawnie. Byłem bardzo ciekawy tego występu, bo Węgrzy grają dość ciekawą odmianę metalu z dodatkiem sekcji dętej, która w przypadku występu na deskach katowickiego klubu była jednoosobowa i jednocześnie zajmowała się obsługą klawiszy. Zbierałem po tym gigu opinie ludzi i przyznam szczerze, że były mieszane. Mi jednak występ Madziarów się podobał. Żywioł był, energia była i trąbka też była hehehe. Całkiem fajnie ich muzyka prezentuje się w wykonaniu live. Jeśli chodzi o ich dyskografię to znam jedynie pobieżnie parę płyt, bo jakoś nigdy nie miałem specjalnie ochoty wgłębiać się w ich twórczość. Może po koncercie to się zmieni, zobaczymy, płyty jednak nie zakupiłem hehehe… Zabawa pod sceną też całkiem konkretna, choć w porównaniu z poprzednim występem zdecydowanie bardziej spokojna. Na koniec Węgrzy zagrali chyba swój największy przebój „Two Worlds Collide” z „Glory and Perdition”, który wywołał dość chłodny entuzjazm po czym zeszli ze sceny. Koncert raczej przeciętny, ale posłuchać i popatrzeć warto było.

Ja obróciłem się na pięcie i zająłem strategiczną pozycje w okolicy baru w oczekiwaniu, na następnego gościa Avant-Garde Night, którym była Mortifera. Przyznam szczerze, że nie trawie tej kapeli. Z płyt mi zupełnie nie podchodzi i mimo wielokrotnych przesłuchań nie mogę przebrnąć przez żadna płytę od początku do końca… Ale zdarza się, że koncert i to, co jest na płytach to nieraz dwa różne światy wiec dałem Francuzom szanse na przekonanie mnie na żywo. Niestety nie udała im się to… Koncert nudny i mimo starań zespołu taka muzyka nie sprawdza się na żywo. Black metal w wykonaniu Mortifery jest strasznie powolny i dość prosty w formie, w wyniku czego na koncercie raczej wiało nudą. Publika statyczna, pojedyncze machające głowy pojawiały się od czasu do czasu i to wszystko. Ja spełniwszy obowiązek rzuciłem okiem na dwa kawałki i udałem się na zakupy. Dwa naprawdę solidnie wyposażone sklepiki: płyt do wyboru do koloru, koszulek w bród. Dobrze, że wziąłem ograniczoną ilość pieniędzy, bo do końca miesiąca daleko, żyć za coś trzeba a pokusa zakupów wielka hehehe. Udaną transakcje oczywiście należało przypieczętować chmielowym napojem, co mnie pochłonęło do tego stopnia, że nie zauważyłem nawet jak Mortifera wycofała się ze sceny…

No i w końcu nadszedł czas na główne danie dzisiejszego wieczoru, czyli przybyszów z odległych rejonów Transylwanii: Negură Bunget! Zajebiście byłem ciekaw tego koncertu, bo niestety na ostatnim gigu w Polsce nie dane było mi się pojawić. Muzyka, którą wykonuje Negură Bunget i mnogość używanych instrumentów sprawia, że granie na żywo może im przysparzać sporo trudności – nic bardzo mylnego. Wszystkie piszczki, flety, cymbałki rogi i deski brzmiały doskonale tworząc naprawdę kapitalny klimat. Wyjątkowość tej kapeli według mnie to też jej autentyczność i dbałość o szczegóły. Wszyscy w zespole ubrani byli w ludowe rumuńskie odzienie, instrumenty zdobione były różnymi drewnianymi elementami i nawet klawisze stały na ciekawej drewnianej konstrukcji. Całość naprawdę robiła wrażenie! Genialnie wyszedł w połowie instrumentalny „Pămînt” – majstersztyk, klimat nie do opisania! Ze względu na charakter muzyki pod sceną spokój jak nigdy, ale widać było, że publika przeżywa każdy dźwięk. Aż przez moment uniesiony tym spokojem przypomniałem sobie, co tu się, przed niespełna dwoma godzinami, działo na występie Abusiveness hehehe… A teraz oaza spokoju… Nie wiem czy to tylko moje odczucie czy też inni je podzielają, ale koncert jeszcze dobrze sie nie zaczął a już z głośników usłyszałem, że to ostatni numer… Pomyślałem: „ ja pierdolę przecież dopiero grać zaczęli”. Ale spojrzenie na zegarem uświadomiło mi, że to już ponad 40 minut rozkoszuje się transylwańskim metalem heheh. Na koniec zagrali rewelacyjny numer „Dacia Hiperboreană” z „Vîrstele Pamîntului”, ale no ja pierdolę – mało! Widocznie nie tylko ja tak pomyślałem, bo rozpoczęły się skandowania i na szczęście bis w postaci „Ţesarul De Lumini” z genialnego krążka „Om” został odegrany na „do widzenia”. Jeśli o mnie chodzi to występ rewelacyjny, ale za krótki. Moim zdaniem spokojnie jeszcze kilka numerów mogłoby polecieć. Cóż, pozostało wycofać się w kierunku baru, łyknąć ostatnie piwko i udać się w drogę powrotną.

Imprezę uważam za bardzo udaną i mam nadzieję, że będzie odbywać się systematycznie i dzięki temu sporo ciekawych kapel zostanie na naszą polska ziemie ściągnięte w celu zagrania koncertu. Ja już czeka z niecierpliwością na wszelkie informacje na ten temat i jak Rogaty pozwoli, zjawię się niechybnie!