Zacznijmy od początku. Jeszcze dwa tygodnie przed koncertem byłem żałośnie pewien, że jednak nań nie pojadę. Brak kasy, czasu i temu podobne szczegóły kazały mi twierdzić, że jednak zobaczenie Siwego Martina i kolegów jego po raz wtóry w mym nędznym żywocie przejdzie mi koło nosa i potem tylko będę musiał się niepotrzebnie wkurnerwować na wszystkich nicponi, którzy będą zaczynali co drugie zdanie od „żałuj, że cię nie było na Asphyx…”. Rozpacz moja tym czarniejszą była, ze przed wielkimi Holendrami mieli grać bawidamkowie z Throneum, a tych to już wogóle tak kocham, że mortal kombat. Już miałem, niczym kasztelan Mirmił, proponować orchidee jako przybranie mojej mogiły, kiedy to nagle okazało się, ze mogę, a nawet muszę na wzmiankowany koncert jechać, bo kol. Oracle zaniemógł był „czasofinansowo”, a Alma ChaosVault zaproszono i ktoś musi zobaczyć, uwierzyć i spisać. Takoż tedy w sobotę, 27.03 roku bieżącego spotkalim się w umówionym miejscu z obywatelem Hubertem vel Zakopcem i obywatelką Olą vel Francą na dworcu głównym i po krótkim sprincie z przeszkodami wsiedliśmy do cugu ku stolicy.

Po rozmaitych przygodach po drodze (kanar o złotym sercu, Grzaniec  Grzeszny z torebki, epopeja o Lechu Aleksandrze Świebodzie i dywagacje o kupcach z dawnej stolicy) wylądowalim na dworcu w Warszawie i wyruszyliśmy pod Progresję. Na miejscu (a byliśmy wcześnie) już sporo ludności walczyło z tematem, także dane było spożyć co nieco w zacnym towarzystwie, powitać, powymieniać ploteczki, ależ co też pani, bez tytułów, panie hrabio, ależ naturalnie etc., skutkiem czego na koncert wlazłem w odpowiednio metalowym nastroju. Nic jednak nie przygotowało mnie na to, co tam się działo…. Ale po kolei.

Na pierwszy ogień poszedł płocko-stołeczny CENTURION. Solidny, ciężki metal śmierci starej szkoły, dobrze zagrany, fajny wokal Tomka, brakowało jednak troszku charyzmy i jakiegoś takiego pierdolnięcia. Mimo wszystko niezły koncert. Pewnie przyjdzie dzień, kiedy ta kapela będzie zabijać. Cieszyłbym się z tego wielce.

Chwilka przerwy („Szaridziiiieeeeeeń/ńjeprawdachyba!”, hehe – pozdro, Necro!!!) i  biegusiem pod scenę, bo tam właśnie zaczyna się bluźniercze szoł THRONEUM! A ci wypadli znakomicie. Trupio oldschoolowy image (warpainty na pyskach, gwoździe, łańcuchy, nieustanny headbanging), szczere podejście do sprawy, świetnie spisujący sie na basie i drugim wokalu Armagog (Tomasz niestety, z całym szacunkiem, nieco słabuje na charyźmie…) i pasja bijąca ze sceny to zdecydowanie to, jak prezentował się Throneum tego wieczoru.  Z przebojów poszło m.in. „Summoning the Master”, „Black Souls’ Crucifixion „, „Infernal Waves”, „Rites of Forefathers”,  „Godless Antihuman Evil”, „Execute them All” z repertuaru Unleashed i na dobicie publiki „The Great Executor”. Świetny gig, niestety troszkę po macoszemu przez dźwiękowca potraktowany, bo wiadomo, przy takiej muzyce brud musi być, ale i nieco selektywności by się przydało. No i nie zagrali mojego ulubionego „New Nightmare Plague Has Born”, ale i tak nie narzekam. Bardzo dobry koncert.

No to na chwilkę do baru po browaru i z powrotem wio pod scenę, bo tam już weterani z TRAUMA szykują się do ryczytalu. Na pierwszy ogień poszło moje ukochane „Unable To React” i naprawdę myślałem, ze to będzie świetny koncert, zwłaszcza że Traumę uwielbiam. Niestety, mimo gruntownego odświeżenia składu wypadli dużo poniżej moich oczekiwań. Jakoś tak bez ikry, nudno, nieco zbyt popisowo, ogólnie dosyć nijak. A może po prostu nie wpasowali się w ogólnie kataniarsko-staroszkolny klimat koncertu, tak czy inaczej bardzo się zawiodłem.  Mam wielką nadzieję, ze przy najbliższej okazji Mister z kolegami przypierdoli z grubej rury i zabije we mnie to malkontenctwo.

Myślałem, że jednak odpuszczę sobie PANDEMONIUM. Ciągle mam bowiem w pamięci kaszaneczkę, jaką zaserwowali na trasie z Behemoth i przed Slayerem w 2007 i raczej nie spodziewałem się fajerwerków, które to uczucie pogłębiło się, kiedym ujrzał, że gitarnik z basowym wychodzą na scenę odziani w suknie balowe rodem z bajki. I jużbym se poszedł, kiedy nagle….. JAK NIE PRZYJEBALI!!!  Świetne brzmienie, selektywność, ciężar jak nieszczęście i smoła szły z pieców załogi Paula strumieniem. Sporo starego materiału (między innymi „Unholy Existence” i „Memories” z wielkiego „Devilri”), parę rzeczy z okresu Domain (przy „Gat Etemmi” Paul nie oszczędził sobie złośliwostek pod adresem Mitloffa) i zadziwiająco dobrze wypadające na żywca kawałki z nowego dzieła Pandemonium, czyli „Hellspawn”  złożyły się na porywający set. Jak tak to ma wygladać, to w końcu mogę powiedzieć że wierzę w ten mityczny powrót Pandemonium z 2004 roku i wybaczam im „The Zonei”.  Świetny koncert.

Cały czas po publice chodziły ploteczki dotyczące wątpliwości, czy ASPHYX wogóle zagra, ponieważ okazało się że ich sprzęt został zatrzymany gdzieś na lotnisku w Amsterdamie. Atmosfera napięta jak baranie jaja, wszyscy w nerwach, czy zagrają, czy oleją te paręset luda w warszawskiej Progresji. No i w końcu. Niecałe pół godziny po końcu gigu Pandemonium na scenę wychodzi Paul Baayens i Alwin Zuur, za garkami zasiada Bob Baghus, zaś na koniec z boku sceny luźno człapie z browarem w dłoni i szlugiem w gębie maestro van Drunen. Krótkie sprawdzenie dźwięku i jazda!!!! Zaczynają genialnym „Vermin”, publika dostaje regularnego jobla! Drobne problemy z dźwiękiem, (całość na początku lekko sprzęga i się zlewa) zostają szybko naprawione przez dźwiękowca i kolejne ciosy padają na wygłodniałych fanów. „Scorbutics” i uśmiechnięty van Drunen chwali naszych, po czym zapowiada piosnkę wesołą o parostatku…”M.S. Bismarck”  pluje ołowiem w tłum pod sceną niczym w 1941.  Hymn o „stalowym gladiatorze” rozpoczyna istny koncert życzeń. Dedykowany wszystkim chujkom przedkładającym picikato i triolę w trzecim przewrocie nad śmierćmetalowe grzańsko „Death… The Brutal Way”, dziki headbanging na i pod sceną, „Sickening Dwell”, „Bloodswamp” (i pieprzny żarcik Martina nt. konotacji tytułu z comiesięczną kobiecą przypadłością), okrutnie ciężki „The Krusher”, dedykowany Traumie „The Rack” (ekipa Mistera stanęła na wysokości zadania pożyczając Holendrom sprzęt. Szacun wielki.), „Incarnation Of Lust”,” Asphyx (The Forgotten War)”, ludzie pod sceną dostają spazmów, jeden przepiękny i kompletny chaos!!!! Martin zapewnia, że to jeszcze nie koniec, mówiąc iż pierdoli wszystkich gwiazdorków, którzy jako headliner grają po 50 minut góra i jadą dalej.

„Pages in Blood” i autentyczne łzy wzruszenia mojego kumpla, miażdżący doomowy potwór w postaci „Asphyx II (They Died As They Marched”,  Martin znowu bryluje jako konferansjer obwieszczając, że leje na to, w co kto wierzy, czy w to co na górze, czy w to co na dole, bo i tak najważniejszy jest metal i dają „Food For The Ignorant”. Atmosfera robi się gorętsza z każdą sekundą. Nasi pod sceną wywijają łbami i tratują się w młynie jakby jutra miało nie być. Holendrzy nie pozostają dłużni i dają z siebie wszystko, napieprzając łbami jak dzicy i siejąc riffami zdolnymi niszczyć obiekty. „Streams Of Ancient Wisdom” , „Eisenbahnmorser” i w końcu „The Last One On Earth” kończy zasadniczą część gigu. Koniec? ALEŻ KURWA SKĄD!!! Niderlandczycy nie dają się długo prosić i po chwili skandowania pojawiają się z powrotem na scenie. Cały czas mam nadzieję na jeden kawałek… Czy to..? Teraz..? TAAAK!!! „Serenade In Lead” pruje ze wzmacniaczy a ja dostaję najprawdziwszego pierdolca, rzucając się na bliźnich, wymachując łbem i ogólnie zachowując się jak derwisz z atakiem choroby św. Wita. Martin dziękuje „za to że sprawiliśmy, ze poczuł się jak w domu” i dedykuje wszystkim naszym wrogom „Riflegun Redeemer”.  Wybaczcie, nie pamiętam wszystkiego, ale ONI GRALI  PONAD DWIE GODZINY!  Kiedy skończyli wszyscy byli zjechani jak Anabel Chong  po pobiciu swego wiekopomnego rekordu ze stycznia 1995 roku i prawdopodobnie tak samo szczęśliwi, jeśli nie bardziej. To był prawdopodobnie najlepszy koncert death metalowy na jakim w życiu byłem. I chyba tylko Social Distortion w Madrycie łońskiego roku przebija ten gig w moim prywatnym i własnym mniemaniu. Wszystko było na najwyższym poziomie. Dobór kawałków, brzmienie, wykonanie, prezencja a nade wszystko zajebista zabawa i szacunek dla fanów. Vader? Behemoth? Hehe… Idźta lepiej na dobranockę. Król jest tylko jeden. I nawet 12 godzin powrotnej drogi do domu (Hubercik, Franca pozdro! Megafukkoff dla Wąchola i Półtuszy, aka bilecianych ripoffów  z pociągu TLK relacji Wawa-Warka [kurwa Strong]!!!)  nie jest w stanie zmienić mojego zdania w tym temacie.

Die by fuckin’ Asphyx!!! Ultra loud we slay!!!
Skinned alive you humbly beg for… DEATH!!!! THE BRUTAL WAY!!!!!!!!!!!!