Arkona, North, Deadthorn, Nyja, Heksan; Gdynia, Klub Ucho; 13.02.2016

Arkona, North, Deadthorn, Nyja, Heksan 13.02.2016Dobra, ja wiem że ten koncert był grubo ponad dwa tygodnie temu, ale że był to zajebisty koncert, to jednak warto co nieco o nim napisać. Oczywiście, poniższa relacja powstała o wiele wcześniej, ale ponieważ nie było zbytnio czasu na jej publikację, to właśnie teraz ląduje ona na kejosowych łamach. Oczywiście, wszystko zaczęło się już przed samym Uchem, gdzie pojawiliśmy się tuż przed godziną 19. Jako że do otwarcia bram było jeszcze trochę czasu trzeba było rozgrzać się napojami z odpowiednią ilością procentów. Trochę dyskusji na temat ligi angielskiej, trochę o kolejnej edycji z cyklu release party z naczelnym Necroscope’zine – z podkładką w postaci cytrynóweczki własnej roboty – podniosło mi to ciśnienie na tyle skutecznie, że przed wejściem na koncert zrobiony byłem już równiutko… Przejdźmy jednak do rzeczy.

Jako pierwsi na scenie pojawili się panowie z muzycznego zespołu pieśni i tańca Heksan. Ponieważ było moje pierwsze spotkanie z twórczością tego jakże ciekawego bendu postanowiłem nie spożywać alkoholu i skupić się na wartości muzycznej tego tria. I co mogę powiedzieć? Panowie grają naprawdę fajną mieszankę heavy i thrash metalu na modłę lat ‘80 i początku ‘90. Energiczne kompozycje, mnóstwo ciekawych solówek i przede wszystkim wokal Krzyśka przypominający mi miejscami barwą samego Krzysztofa „Uriah” Ostasiuka z Fatum – a to naprawdę duży plus dla wokalisty. To wszystko sprawiło że dobrze naładowałem baterie przed kolejnymi hordes, które tego zimnego wieczoru miały zagrać.

Szybkie odcedzenie kartofli w uchowym kiblu oraz nabicie kufla złocistym płynem tuż przy barze i można było iść pod scenę, gdzie swoje dźwięki zaraz miała uskuteczniać Nyja. Pierwszy raz o istnieniu tego zespołu dowiedziałem się z plakatu promującego imprezę i gdy zobaczyłem młodą niewiastę z kontrabasem i zioma z lirą korbową, którzy ustawiali się na scenie wiedziałem że będzie srogo. I nie pomyliłem się wcale a wcale w swoich domysłach, bowiem Nyja rozbujała publikę dosyć mocno swoim skocznym folk metalem. Mało tego. Zdziwienie było tym większe, że dosyć niepozorna młoda niewiasta odpowiedzialna za wokale potrafiła wydrzeć się na tyle skutecznie, że uaktywniła tym nawet najtwardszych metali, którzy w rytm skocznych melodii zrobili naprawdę spory kociołek pod sceną. Z reguły taki rodzaj metalu mnie zupełnie nie interesuje, ale że tego dnia byłem porobiony jak nigdy, to bawiłem się przednio he he… Nyja na pewno znajdzie swoją niszę, choć tego wieczoru pasowała ona do całego składu jak pięść do nosa. No ale mniejsza o to.

Deadthorn_1Jako kolejni na scenie pojawili się szataniści z Deadthorn. Ile razy ja już ten zespół widziałem na żywo, to już nawet nie zliczę, ale przyznać trzeba jedno. Tego wieczoru dorzucili do kotła tyle nienawiści, że ten ledwo wytrzymał pod naporem death/black metalowego zła. Żaba, niczym Cronos w blasku odbijającego się od jego łysiny światła pluł na lewo i prawo niesamowitym, wokalnym jadem. Chriss niczym kat ścinał co rusz głowy wiernych kolejnymi riffami Thomas, egzekutor i buldożer w jednym jak zwykle ładnie wyglądał w nowych kowbojkach he he, zaś Kozak, jak to Kozak: Kozaczył niezwykle wściekle na bębnach raz po raz miażdżąc swoimi blastami kończyny przybyłych na koncert (widać, że granie w Deadthorn sprawia temu gościowi iście piekielną przyjemność, więc dobrze się stało, że jednak do zespołu powrócił). I tak owe misterium trwało w najlepsze. Deadthorn tego wieczoru zagrał jeszcze jeden, nowy kawałek. Zabrzmiał on naprawdę ciekawie i mam nadzieje, że w końcu płyta którą panowie szykują znajdzie w końcu odpowiednią drogę do wydania. Zdecydowanie najlepszy set tego zespołu jaki widziałem. Oby więcej.

North_1

Po szatanistach przyszła pora na weteranów sceny, czyli North. O nich w zasadzie napisano już wszystko, widział ich każdy i każdy wie co ów band dla sceny znaczy. Z kronikarskiego obowiązku dodam tylko, ze North oczywiście pozamiatał na scenie na tyle dokładnie, że pozostali nie musieli nic sprzątać he he… Serio jednak, to był bardzo energiczny set, z odpowiednim kopem oraz iście pogańskim feelingiem. Sirkis naturalnie musiał sobie na scenie pogadać, ale ten typ tak ma he he…Na setliście znalazło się oczywiście sporo kilerów (“Czas by powstali”, “Krwawy blask”) włącznie z – jak zwykle świetnie wykonanym, a jakże – coverze Bathory“A Fine Day To Die”. Ogólnie set na wysokim poziomie, ale jak się widzi tą kapelę po raz 4 oczekuje się nieco więcej.

Arkona_1

Koło godziny 23:30 na scenie pojawiła się na scenie Arkona. Miałem z lekka obawy przed występem zielonogórzan (ale żem babola dojebał, naturalnie że nie zielonogórzan acz Panów z Perzowa. Tak, byłem nietrzeźwy gdy pisałem owe słowa i tak, przyznaję się do błędu… –  przpr.  Łysy), ale zaraz po pierwszym riffie moje serce dziwnie się uspokoiło he he… Dziś ten zespół to sprawna maszyneria, która wytoczona na scenę potrafi z niej zrobić całkiem sporych rozmiarów piekło. Naturalnie, chłodu było co niemiara, miejscami może nieco cieplej, ale takie kawałki jak – no kurwa klasyk – “Pluję na twą marność psie” czy “Zasypiając w strachu” sprawiły, że gęba sama rwała się do wykrzykiwania kolejnych wersetów owych utworów. Arkona zagrała nieco ponad 45 minut, ale trzeba przyznać, że zrobiła 45 minut intensywnej scenicznej zawieruchy, podczas której zdążyłem otrzeźwieć bez teoretycznie przyszłych zbędnych odwiedzin na wytrzeźwiałce. Osobiście, bardzo jestem ciekaw co owy zespół zaprezentuje wraz z kolejnym albumem (w końcu papier z Debemur Morti to nie przelewki), bo jeśli będą grali z takim polotem jak na owym koncercie, to aż strach myśleć, co to będzie za krążek.

Podsumowując. Były momenty słabsze i lepsze, ale tych ostatnich na szczęście było o wiele więcej. Na Arkonie się nie zawiodłem. North utrzymał poziom, Deadthorn przeszedł sam siebie zaś Nyja i Heksan jak na pierwsze występy zagrały bardzo poprawnie. Oczywiście Eryk z Old Temple ze swym kramem też był, ale tym razem nie zostawiłem mu hajlsu (innym razem !). Po tym wszystkim nastąpił sprint do ostatniej sensownej SKMki jadącej prosto do Gdańska Oliwy, gdzie przy ulokowanym tuż przy stacji pubie Rock Out nastąpiła tradycyjna już po każdym koncercie eskalacja pozostałej niewerbalnej energii i wbicie ostatniego piwnego gwoździa, który skutecznie dobił piszącego tą relację.

Autor

333 tekstów dla Chaos Vault

M. Grafoman, pies karawaniarski... Koneser i nałogowy degustator 40%. Fan zarówno śmierć, jak i czarciego metalu, którego słucha od komunii...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *