Ledwo opadł kurz po zniszczeniu jakie zafundowała ziemi polskiej trasa Immolation i Azarath, a tu pojawił się kolejny koncert, na który stawiennictwo jawiło się jako obowiązek. Mówię, rzecz jasna o Archgoat. Z początku miałem pewien dylemat, czy jechać na Arcykozę, czy też Satyricon. Satyra i Frosta widziałem już na żywo, zaś Archgoat ani razu. Pozostawało więc krzyknąć „KU WOJNIE!” i ruszyć na Wrocław.

Gdy naszedł więc dzień upragniony udałem się pociągiem do centrum dolnośląskiej cywilizacji. Rytuały miały odbywać się znów w Pralni, dlatego tez problemów z dotarciem na miejsce nie było. Od razu wspomnę tu, jak kto będzie przyjeżdżał spoza Wrocka, do klubu można dotrzeć prosto z dworca PKP tramwajem 5, wysiadka z Centrum Handlowym na Krakowskiej. W Pralni stawiłem się przed czasem, pozostało więc zapalić co, wypić i przywitać się z kilkoma bdb znajomymi. Niemal równiutko o 18.30 rozpoczęto wpuszczanie do środka. Chwila przestoju w kolejce i można było lokować się wewnątrz.

A tuż od wejścia na piętro przybywających witało pięknie pokaźne stoisko z merchem, z którym uwijała się niebanalnej urody niewiasta. Wybór był bogaty, szczególnie spośród dobra wszelakiego od Archgoat. Kolekcjonerów na pewno zadowolił fakt, iż było sporo winyli do nabycia, zaś najistotniejszym jest fakt, iż ceny wszystkiego były nieludzko przystępne. 140 złociszy za bluzę Archgoat? Płytki w cenie 50 zł? Grzech ciężki nie brać! No i te zajebiste plakaty po 5 zeta za sztukę. Ciekawostką było, iż EPkę „Damnation Of The Christ”, podług informacji zawartej na standzie, można było nabyć jedynie podczas niniejszej trasy koncertowej, tak więc jak tu się nie skusić?

Jeszcze tylko szybkie piwo i można było lecieć pod scenę, gdzie lokowało się już szwajcarskie komando, Eggs of Gomorrh. To był pierwszy kontakt z tym bandem, i muszę przyznać, że brzmiało to niezgorzej, aż nóżka chodziła sama do rytmu. Solidne, blackmetalowe napierdalanie wojną nie pozostawiało wątpliwości, co do inspiracji Szwajcarów, ot by daleko nie szukać, Blasphemy. Z publiką początkowo było biednie ale jakoś w środku występu salka ładnie się wypełniła.

dav

Gdy otwieracz imprezy zakończył kanonadę można było się udać na szybkie piwko i ćmika, a następnie pędem pod scenę bo lokowało się tam islandzkie Svartidaudi. Ta muzyka… by najlepiej ją opisać zerknijcie sobie na okładkę ich EPki „Hideous Silhouettes of Lynched Gods”. Słuchając ich grania miałem wrażenie, że znajduję się w jakiejś bogato zdobionej świątyni, katedrze choćby, gdzie na ołtarzu czai się coś niewypowiedzianie bluźnierczego oraz złowrogiego, co wabi nęci – to chyba najlepiej oddaje ten hipnotyzujący black. Kawałki płynęły jeden za drugim, z krótkimi przerwami na solidne pociąganie przez Islandczyków Łomży z butelek, nie puszczając słuchających nawet na chwilę. W trakcie były także próby moshpitu i pojedyncze heile w stronę grających. Świetne było to granie, ba zajebiste! Aż żal, że ta godzinka minęła tak błyskawicznie.

Zakończywszy rytuały pod sceną wypadało odświeżyć się nieco, tym razem solidną porcją Jim Beama i można było wracać, bo oto znów scena gościła krajan Gigera, w formie dwuosobowego fenomenu muzycznego, Bölzer. Od siebie mogę powiedzieć, że histeria na ten band jakoś całkowicie mnie nie sięga. Dobrze grają, przyjemnie się tego słucha ale nie rusza mnie to, choć swoim przekonaniu tkwię raczej odosobniony czemu przeczy dobitnie wojna jaka rozpętała się pod sceną jak tylko duet zaczął grać. Harce były po prostu dzikie i to już od pierwszego kawałka, „Roman Acupuncutre”, by rozkręcić się na dobre w „Archer” przechodząc w czyste, pierdolone pandemonium podczas „Hero”. Poziom młócki i ekstazy wśród publiki osiągnął istne apogeum niszczące wszystko na swojej drodze. Przyznaję, mogę nie być fanjbojem Bölzera, ale widok dwóch typów robiących na scenie robotę lepszą niż niejedna kapela w pełnym składzie, budzi respekt. Po „Hero” emocje publiki nieco przygasły, choć wciąż ktoś harcował, zaś było do czego, bo poza wcześniej wymienionymi ze sceny podzielono takimi strzałami jak, „Phosphor”, „I AM III”, czy wieńczące występ „Entranced by the Wolfshook”.

Po tym wszystkim publika wycofała się lizać rany i zregenerować siły, jednakże ja postanowiłem zostać, oczekując cierpliwie na piewców prawdziwego zła, Archgoat i czarną gwiazdę wieczoru. Po krótkiej chwili sala wypełniła się po brzegi zaś w powietrzu czuć było nerwowe wyczekiwanie.

Różnica w nastroju była diametralna. Nie było śmieszkowania tylko skupienie i powaga… oraz intensywne napierdalanie w moshpicie, bo jak tylko Finowie rozlokowali się na scenie, jak już przyjebali tym swoim ciężkim, smolistym death/blackiem to nie było, co zbierać. Miażdżące riffy, przetaczały się przez publikę niczym walec, zostawiając po sobie jedynie śmierć i pożogę, zaś rannych dorzynała amunicja przeciwpancerna świetnej perkusji. Całość dopełniał kapitalny, grobowy wokal Lorda Angelslayera. Z jednej strony aż brakowało tu jakichś rekwizytów w postaci płonącego krzyża, kościoła czy czasek ale z drugiej to nie teatrzyk. Ta muza broni się sama smagając siarczyście słuchacza niczym czarci ogon. Nieświętą komunię udzielano publice przy takich ciosach jak „Lord of the Void”, „Grand Lucipherian Theophany”, „Blessed Vulva” a jak dowalili „Black mass Mysticism” to myślałem, że padnę na kolana, bo na żywca brzmiało to arcywykurwiście. Arcykoza zafundowała więc słuchającym piękną przekrojówkę ze swojej twórczości, co się ze wszech miar chwali. Gdy więc już przygasły płomienie płonących, świętych przybytków oraz ucichł krzyk pomordowanych można było z błogosławieństwem piekieł udać się do domu.

Zaprawdę, zaprawdę powiadam wam, mocarne to było pierdolnięcie. Pralnia okazuje się być kapitalną miejscówką na organizację koncertów, wiec oczekiwać należy, że nie raz się tam trzeba będzie stawić. Za minus mogę policzyć nieco skopane nagłośnienie, na co zwróciło tez uwagę parę osób ale nie było aż tak tragicznie. Gig uznaję za wszechmiar udany. Oby więcej takich!