Anti God 2015; Rzeszów, klub Vinyl; 21.03.2015

antigod nowyCały koncert w którym miało okazję brać 3/5 załogi można sprowadzić do stwierdzenia „Rzeszów – chuligani zawsze wierni!” Bon mot ten został wygłoszony przez jednego z uczestników imprezy, prawie młodego i jakże przystojnego chłopca z ADHD, czyli Tymka – wtedy akurat z Ragehammer. Jak jednak mawia mistrz niekończącego się suspensu Boguś Wołoszański: „ale nie uprzedzajmy faktów”.

Na miejsce koncertu, czyli do klubu Winyl, przybyliśmy wraz z panem Wyrocznią o czasie. Bramka pusta, ludzi poza zespołami w zasadzie brak. Ki chuj? Na odbywającym się parę tygodni wcześniej 25-leciu Christ Agony o tej porze nie dało się dobić do baru. Cóż, postanowiliśmy zastanawiać się nad tym nieco później, bo jako autorzy najbardziej poczytnego łebzina między Odrą a Bugiem, mieliśmy ważne zadanie do spełnienia. Zdobycie setlisty wszystkich występujących tego dnia bandów – wszak bez tego żadna relacja się nie odbędzie. Nie udało się. Będzie więc jednak się musiała obejść. Dobra, piwo mamy, przywitania z dawno niewidzianymi znajomi za sobą, (buziaczki dla Tymka, Maćka i Tomka;]) czas na pierwszy zespół.

Koncert otwierało miejscowe Cerebrum. Niespecjalnie gustuje w ich graniu, więc i odbiór mój „taki o”. Jeśli dobrze ucho przyłożyłem i pamięć nie myli, zapodali bodaj drugą, ostatnią jak do tej pory, płytę. Dla mnie jak mówię bez historii, ale faktem jest, że z racji tegoż iż grali u siebie, publiki zgromadzili sporo (ta w tak zwanym międzyczasie ta zjawiła się w klubie całkiem licznie). Gooma wywijał się z mikrofonem prezentując swoje racje, panowie rzeźbili, ale dupy nie urwało.

Co innego w przypadku Ragehammer, które niejako w trybie awaryjnym zastąpiło inny krakowski band w którym drze się wspomniany przystojniak, czyli Exmortum. I może lepiej dla tego wieczoru. Panowie zainstalowali się na scenie i bez zbędnego pierdolenia dojebali do pieca. Dosłownie. To właśnie w tymże momencie padło hasło „ „Rzeszów – chuligani zawsze wierni!”, które odnieść można do gorącego przywitania krakusów przez część publiki ( z różnych powodów, ale o tym sza). Zainteresowanie moim zdaniem rosło wraz z kolejnymi utworami. Pod „sceną” powstał taki powiedzmy przedsionek piekła, które to zgotowało sobie nawzajem te kilkanaście odważnych osób. Srogo to nie brzmi, frekwencyjnego szału może nie ma, ale przynajmniej się nie oszczędzali się. Palcami pokazywał nie będę, ale prym wiódł Oracle, który zresztą za pierdolnięcie pewnym podpitym młodzieniaszkiem o ziemię zebrał cztery „10” i wyrazy uznania zgromadzonych. Panowie zagrali materiał z EP-ki plus nowości (pierwsza z nich tak podobna mi do czegoś wydaje, co już słyszałem, że wstyd będzie jak to jednak był cover, dla niepoznaki pozerom, własnym utworem nazwany). Zakończyli „Winter of War” Gehennah. Po raz kolejny ogień z dupy. W trakcie ich koncertu  miał miejsce pewien występek, z racji jednak tego,  że Rysio Nowak czuwa, to głośno mówił nie będę. Chociaż po przegranej sprawie z Darskim może już stracił zainteresowanie takimi działaniami;]

Ogotay widziałem półtora utworu. Panowie prezentują kompletnie nie moje granie. Tylko bym im swoją „relacją” zaszkodził, więc odpuściłem. Z kronikarskiego obowiązku powiem, że mieli przymocowany miecz (O. czy co tam w końcu ustaliliśmy? – [widelec na moje oko – Oracle]) W tym czasie zajęliśmy się głównie piciem piwa, dowcipami o cyganach i rozkminą pod tytułem „kurwa, Ty, to jest ten gość z Pereł metalu?” Ponoć każdy ma swojego bliźniaka na ziemi, ale tak po prawdzie ten był podobny jedynie w pewnym stopniu;]. Ogólnie taka tam nasiadówa w jebanej komorze gazowej, jaką jest palarnia w klubie Vinyl. Plus wzajemne szacunki i rispekty z Markiem I., któremu rzekłbym łza zakręciła się w oku, że w Rzeszowie jak zwykle są ludzie i to nie mało. No cóż – zawsze wierni. Tutaj niestety mój koncert powodów ode mnie niezależnych (nie, nie spiłem się) się zakończył i headlinera opisuje już Oracle.

Pandemonium ostatnio mieli pecha, bo Paweł dojechać nie mógł, przez co wówczas obowiązki przyjął na siebie rzeczony wcześniej Marek. Dziś jednak wszystko było wedle zaplanowanego porządku. Panowie zaprezentowali nam materiał trwający coś około godziny i co by nie mówić – byli w doskonałej formie. Serio, Paweł co chwila coś tam dopowiadał do mikrofonu, pozostali muzycy widać też byli zadowoleni. Muzyka Pandemonium na żywca brzmi potężnie, nie wiem jak oni to robią po tylu latach, ale gratuluję zacięcia. Pod scenę ruszyło nawet kilku starszych pryków, ale były też jakieś dziwne ewenementy w postaci jakiegoś hiphopowca i jego laski, którzy po murzyńsku się bujali, a jak ktoś w nich wpadł to byli wielce obruszeni tym faktem. No i był jeszcze jakiś typ, co wyglądał jak brat Pawła Mazura (tego z Pandemonium of korz), co wpierdalał się im na scenę co chwila i ogólnie był bardzo łakomy muzyki i zabawy, hehe… Przyjemnie się oglądało ich recital, było to całkowicie nie wymuszone granie. Na koniec zagrali „Haga Sophia”, bo bez tego pewnie nie pozwolilibyśmy im wyjechać z miasta, a wiadomo – kto chciałby siedzieć na Podkarpaciu dłużej niż to konieczne, hehe? Było to iście idealne zwieńczenie wieczoru, Pandemonium pożegnało się z klasą. Więc jak panowie, widzimy się za rok?

Autor

3203 tekstów dla Chaos Vault

Cyniczny i złośliwy chuj. Od zawsze.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *